Mój przyjemny i głęboki sen został przerwany przez dźwięk, który uporczywie dobijał się do moich uszu. Kiedy wyostrzyłam słuch, pomimo zaspania rozpoznałam skomlenie psa. Coś się stało Blanc? Zerwałam się nadal ledwo kontaktując z otaczającym mnie światem. Ruszyłam szybko w kierunku źródła dźwięku. Moim oczom ukazał się Lee nachylony nad skomlącym Shilohem.
-Co się dzieje? – Od razu mój mózg otrząsnął się z resztek snu.
-Coś jest z nim nie tak. – Czarnowłosy był załamany.
-Nie ma co siedzieć i myśleć. – Ubrałam się w ciuchy, które były porozrzucane na kanapie. – Trzeba działać. Musimy zabrać go do najbliższej kliniki weterynaryjnej.
-Tutaj niedaleko jest jedna. – Lee pozbierał się i też zaczął działać. Blanc błąkała się nam między nogami, pełna niepokoju. Po chwili byliśmy gotowi, by wyruszyć z chorym psiakiem do lekarza. Złotooki wziął swojego podopiecznego w ramiona i ostrożnie go uniósł. Shiloh strasznie skomlał. To nas zmusiło do pośpiechu. W parę minut znaleźliśmy się w gabinecie starszego weterynarza, który spojrzał badawczo na naszego psa.
-Czy psiak wychodził sam na dwór, bądź mógł mieć kontakt z niebezpiecznymi substancjami?
-Raczej nie, a co pan podejrzewa? – Lee wbił wzrok w okulary siwego mężczyzny.
-Otrucie, albo jakąś poważną niedrożność przewodu pokarmowego. – Odparł rzeczowo. – Zrobimy USG jamy brzusznej.
Doktorek przygotował wszelki potrzebny sprzęt i zaczął badanie. Na niewielkim monitorku przewijał się obraz, który niewiele mi mówił. W pewnym momencie weterynarz wskazał na coś, co wyglądało jak wielka plama.
-Jakiś obcy przedmiot tkwi w jelitach państwa zwierzaka. Musiał połknąć jakąś rzecz, która znajdowała się na podłodze. Trzeba ją usunąć operacyjnie. – Lekarz ewidentnie zaczął się szykować do wykonania zabiegu. Spojrzałam zaniepokojona na Lee. Był blady.
-Czy operacja jest konieczna? – Przełknął głośno ślinę.
-Niestety jest to jedyny możliwy sposób. – Staruszek westchnął i po chwili się uśmiechnął. – Ale proszę się nie martwić. To jest dość rutynowy zabieg, piesek jest młody i zdrowy, więc nie powinno być komplikacji.
-Ile to potrwa? – Teraz ja wtrąciłam swoje pytanko.
-Zakładam, że maksymalnie jakąś godzinę.- Weterynarz spojrzał na zegarek wiszący na ścianie. – Powinienem wyrobić się nawet wcześniej.
Potem czas zaczął się wlec. Kiedy Shiloh był operowany my wraz z Blanc siedzieliśmy w poczekalni pozostając w milczeniu. Po najdłuższych w naszym życiu 40 minutach, lekarz w zielonym fartuchu pojawił się przed nami.
-Państwa pies ma się dobrze, zaraz się wybudzi z narkozy. – Odchrząknął jakby zakłopotany. – Chcecie zobaczyć co było powodem tych dolegliwości?
Oboje z Lee jedynie kiwnęliśmy głowami i ruszyliśmy za staruszkiem. Po chwili przed nami leżało coś. To coś przypominało satynowe stringi, których ostatnio szukałam i nie mogłam znaleźć, a miałam je u Lee…
-O! To chyba moje stringi, których ostatnio szukałam i nie mogłam znaleźć… - Wypaliłam, jak głupia. Weterynarz zarumienił się i spojrzał speszony w kąt, a Lee wbił we mnie rozbawione spojrzenie.
***
Przez ponad tydzień od wizyty u weterynarza codziennie pomagałam Lee w opiece nad dochodzącym do siebie Shilohem, który miał specjalną dietę (na pewno nie mógł jeść moich stringów), by jego jelitka doszły do normalnego stanu. Bardzo zabawnie wyglądał w plastikowym kołnierzu, który nosił aby nie lizać szwów. Jakoś wydawało mi się, że Blanc przez ten kołnierz zaczęła go unikać. Musiała się bać tego dziwnego ustrojstwa na szyi swojego brata. Oprócz opiekowania się psiakami, razem z Lee zajmowaliśmy się także sobą ^^. W dzień zdejmowania szwów Shlioha, czarnowłosy udał się z nim do weterynarza, a ja postanowiłam pomieszkać trochę u siebie. Wpadłam do domu, przebrałam się w ciuchy do biegania, wzięłam Blanc i ruszyłam truchtem wzdłuż ulicy. Biała suczka biegła grzecznie obok mnie, co jakiś czas odwracając łepek w moją stronę i machając wesoło ogonem. W pewnym momencie twardy chodnik zmienił się w piaszczystą ścieżkę. Grunt miejscami nie był stabilny, ale mimo to biegłam dalej. W pewnym momencie poślizgnęłam się na błotnistej nawierzchni i fiknęłam do tyłu. Moja głowa boleśnie spotkała się z jakimś kamieniem, który wystawał na środku tej mizernej ścieżyny. Poczułam przeszywający ból w okolicy potylicy. Jednak podniosłam się w miarę szybko. Nie zauważyłam bym miała jakieś zawroty głowy, czy mdłości, które mogły świadczyć o wstrząsie mózgu. Jedynie wyczułam pod palcami, jak powoli rośnie mi guz. W dodatku w głowie mi huczało. Postanowiłam zakończyć na tym swoje bieganie i wrócić do domu. Resztę dnia przeleżałam, okładając obolołą głowę lodem. Oglądałam sobie telewizję, kiedy zadzwonił Lee.
-Hej, Shiloh już jest bez kołnierza. Od razu stał się weselszy, kiedy wreszcie ma pełen zasięg głowy. – Chłopak zaśmiał się do słuchawki.
-Haha, to dobrze. – Też się cicho zaśmiałam, gdyż głowa nadal mnie bolała.
-Wpadniesz dzisiaj do mnie, czy może chcesz, żebym ja przyszedł do ciebie? – Jego głos brzmiał ciepło i przyjaźnie. Miałam się już zgodzić, ale jednak ból odebrał mi na to ochotę.
-Dzisiaj muszę załatwić kilka spraw… Spotkajmy się jutro, ok? – Skłamałam. Nie chciałam, żeby się niepotrzebnie martwił, albo jeszcze tutaj do mnie przyszedł i próbował się mną zaopiekować.
-No dobra, to do jutra. – Westchnął, jakby lekko zawiedziony i się rozłączył. Odetchnęłam z ulgą i po chwili zapadłam w drzemkę.
(…) Następnego dnia, obudziłam się bardzo wcześnie. Otworzyłam ociążałe powieki i powoli się podniosłam. Kiedy stanęłam już na nogach, poczułam, jak kręci mi się w głowie. Ej, co się dzieje? To chyba nie od tej głowy? Zanim zdążyłam cokolwiek przeanalizować potwornie mnie zemdliło. Ruszyłam biegiem do toalety, gdzie wykonałam pokłon przed sedesem i zwróciłam zawartość żołądka. Torsje męczyły mnie jeszcze przez parę dobrych minut. W końcu odpuściły. Umyłam zęby i twarz i ruszyłam krokiem zombie w stronę kuchni. Zrobiłam sobie herbatę miętową i wypiłam ciurkiem. Nagle poczułam się bardzo głodna. Raczej normalne uczucie, kiedy twój żołądek świeci pustkami. Tylko, że nigdy nie byłam w stanie zjeść dwóch pełnych talerzy risotto na raz. A co dziwniejsze już pół godziny później stwierdziłam, że zjem jeszcze połowę pudełka lodów. Po tej uczucie poszłam na krótki spacer z Blanc i kiedy wróciłyśmy do domu padłam jak martwa na sofę, gdzie od razu zasnęłam wtulona w ciepłe ciałko białej suni. Obudził mnie dźwięk telefonu.
-Halo… - Odebrałam zaspana.
-Hej Lou! Spałaś? – To był Lee. Jego głos wydawał się trochę niepewny.
-A tak się chwilkę zdrzemnęłam. – Zerknęłam w międzyczasie na zegarek było przed 18. Jejku spałam gdzieś z 5 godzin. – Mogę do ciebie wpaść za pół godziny?
-Eee… jasne. – Chyba był zdziwiony moim zachowaniem. No, ale sama też się przyznam, że nie zachowuje się normalnie.
-Dobra, to do zobaczenia. – Mruknęłam i się rozłączyłam. Poszłam się wyszykować i punktualnie pół godziny później byłam już u Lee. Miałam zadziwiająco dobry humor. Uśmiech nie schodził mi z twarzy.
-Wydarzyło się coś wesołego, że tak ciągle się uśmiechasz? – Czarnowłosy uważnie badał mnie swoimi złotymi tęczówkami.
-Nic szczególnego. – Odparłam radośnie. Podeszłam do Shiloha i zaczęłam go głaskać. – Co tam malutki? Już dobrze się czujesz? – W odpowiedzi psiak polizał mnie po policzku.
- Od tamtej pory, kiedy zjadł twoje stringi nie rusza nic co nie znajduje się w jego misce. – Lee uśmiechnął się. To wystarczyło, żeby zrobiło mi się gorąco. Kurde, aż tak bardzo jestem napalona? Coś mi tutaj nie gra… Ale zabawić się można. Podeszłam do chłopaka, który siedział na sofie i usiadłam na jego kolanach. Chwyciłam go za koszulkę i przyciągnęłam do swoich ust. Lee nie spodziewał się tego, ale po chwili oddał się gorącemu pocałunkowi. Pociągnęłam go w kierunku łóżka. Pocałunki to za mało. Kiedy wylądowaliśmy w łóżku nadal namiętnie się całując i uporczywie badając swoje ciała dłońmi, nagle łzy zakręciły mi się w kącikach oczu. Zrobiło mi się strasznie smutno i czułam niesamowite przygnębienie. Oderwałam się od Lee i usiadłam w siadzie japońskim jak mała, nieporadna dziewczynka. Zaczęłam płakać. I to bardzo. Czarnowłosy spojrzał na mnie zaskoczony.
-Lou, co się dzieje? Coś ci zrobiłem? – Zapytał zaniepokojony.
-Nie, znaczy nie wiem. – Beczałam jak małe dziecko. – Jestem zmęczona.
Pociągnęłam nosem i położyłam się obok chłopaka. Po chwili już spałam.
(…) Kiedy się obudziłam było już rano. Chyba. Spojrzałam na zegarek. 6.15. Wow, ile ja potrafię spać? Spojrzałam na Lee, który nadal spał obok mnie. Spojrzałam na siebie. Spałam w ciuchach. Jejku, jak ja tego nienawidzę. Podniosłam się i ruszyłam do łazienki. Powtórka z dnia poprzedniego. Znowu mnie zemdliło, więc przyspieszyłam i dopadłam do sedesu. W przerwie między torsjami zamknęłam się na klucz. Co się ze mną dzieje? Wymioty, dziwny apetyt, ciągłe zmęczenie, spanie w nieludzkiej ilości… A co z okresem? Który dzisiaj? Zastanowiłam się głęboko. Kuźwa, powinnam dostać dwa dni temu. Ale ja z Lee chyba się zabezpieczałam… Nieee! Ten jeden, pierwszy raz nie było niczego. No to pięknie. Usłyszałam nagle głos chłopaka.
-Lou, dobrze się czujesz? – Serce waliło mi głośno w klatce piersiowej. Muszę mu to jakoś delikatnie powiedzieć. Mdłości przeszły, więc obmyłam twarz i otworzyłam drzwi. Stanęłam przed zdziwionym Lee. Spojrzałam mu prosto w oczy i wzięłam głęboki wdech.
-Muszę ci coś powiedzieć. –Matko, to brzmi jak w jakichś telenowelach. – Chyba jestem w ciąży.
[Lee?]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lou. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lou. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 10 października 2016
piątek, 7 października 2016
Od Lou - C.D Lee [18+]
Nie wiem,co się działo aktualnie z moimi uczuciami wobec Lee, ale ciało reagowało samo. Nie interesowało mnie tak naprawdę w tej chwili nic innego, jak to by wreszcie dotrzeć z moim złotookim przyjacielem do ostatniej bazy. Moje dotychczas wbite w blat palce, powędrowały ku spodniom chłopaka.
-Wyskakuj z nich. – Mruknęłam, pomiędzy kolejnymi jękami zachwytu nad tym, co jego palce czyniły z moim ciałem. Próbowałam pomóc mu je ściągnąć, ale nie bardzo mi to wychodziło, gdyż moje ciało przeszywały kolejne fale gorąca i dreszczy przenikające najmniejsze komórki mojego organizmu. Jedną ręką odgarnął moje dłonie od swoich bioder i przycisnął je z powrotem do krawędzi blatu. Następnie z zadziwiającą sprawnością, używając tylko tej jednej wolnej ręki, zdjął spodnie, nadal nie przestając pieścić mojego czułego punktu. O nie! Sam się chce rozebrać? No proszę, a z kim się tutaj zabawia? Nie jest sam. Wyrwałam z powrotem ku jego ustom i namiętnie go pocałowałam. Ręka z moich majtek przesunęła się nieco wyżej, gdyż chciał mnie przyciągnąć ku sobie. Nie ma tak dobrze. Wbiłam łokieć w jego brzuch, by pozostała pomiędzy nami przestrzeń, a następnie nadal nie pozwalając mu na nic innego jak całowanie, ściągnęłam mu bokserki. Widok jego członka mnie nie zdziwił. To było widać, że Lee jest trochę bardziej niż trochę podniecony. Nie musiałam mu zdejmować majtek, aby się o tym przekonać. Moje dłonie spoczęły na jego umięśnionym brzuchu i czekałam na jego ruch. Przerwał gorącą plątaninę naszych języków i spojrzał na mnie żółtymi oczami pociemniałymi od pożądania.
-Nie masz nic przeciwko? – Zamruczał mi tuż przy uchu i delikatnie ugryzł płatek małżowiny.
-Cicho. Zróbmy to wreszcie. – Wpięłam swoje palce w gładką skórę jego pleców. Jego gorące usta odszukały moich wędrując wzdłuż szyi a potem po linii mojej szczęki. Ponownie zaczęliśmy namiętną grę naszych warg. Jego dłonie w tym czasie zsunęły się ku biodrom i wsuwając palce za krawędź majtek zsunął je z moich pośladków. Gdyby ktoś nas teraz miał obserwować, to zobaczyłby dwójkę młodych ludzi, która całkiem naga baraszkowała w kuchni. No są różne lepsze miejsca do robienia takich rzeczy, ale kuchnia nie jest wcale najgorsza. Podobnie jak poprzedniego dnia wylądowałam na blacie kuchennym. Jednak tym razem całowanie nie obejmowało już jedynie ust. Lee zasypał mnie całym gradem namiętnych pocałunków. Moje ciało wiło się z rozkoszy pod dotykiem jego ciepłych warg. Nie byłam w stanie zbyt wiele zdziałać, gdyż miałam ograniczone ruchy. W końcu wylądowałam na dole, a nie jak lubiłam zwykle działać na górze. Trochę mnie to denerwowało, ale było mi zbyt dobrze, żeby zmieniać tą pozycję. Zarzuciłam jedynie swoje ręce na jego kark, gdzie bawiłam się czarnymi kosmykami, które miziały przyjemnie skórę. W końcu poczułam, jak Lee powoli i niespiesznie łączy się z moim ciałem. Pod wpływem tego niesamowitego uczucia, wygięłam się w łuk i jęknęłam, wbijając paznokcie w miejsce między łopatkami chłopaka. Uniosłam się i zaczęłam się gorączkowo całować. Czarnowłosy odwzajemnił pocałunek i delikatnymi ruchami swojej miednicy,napawał moje ciało kolejnymi dreszczami rozkoszy. W pewnym momencie przerwałam nasz pocałunek i cicho zamruczałam. To było cudowne uczucie. Zaczęłam obsypywać tors chłopaka, który ciężko oddychał, malutkimi całusami. Liznęłam okolice jego pępka. Miał skórę słoną od potu. Kiedy ja zachwycałam się jego ciałem on opuścił moje wnętrze i poderwał mnie na ręce. Zdziwiona spojrzałam na niego.
-Idziemy pod prysznic. – Odrzekł na moje nieme pytanie i skierował się w stronę łazienki niosąc mnie niczym księżniczkę. Weszliśmy do kabiny i puściliśmy ciepły strumień wody, który przy naszych rozgrzanych ciałach i tak wydawał się zimny. Rozpoczęliśmy namiętne pocałunki na nowo. Nasze języki nieustannie się łączyły i plątały, a ręce nie pozostawały bezczynne. Moje dłonie powędrowały w dół, gdzie delikatnie zaczęły masować sztywny członek Lee. Dłonie chłopaka tymczasem powędrowały ku moim piersiom. Wiadomo, że facet to lubi sobie trochę pomacać, póki ma okazję. Po chwili Lee przestał i sięgnął po żel oraz gąbkę. Pociągłymi ruchami palców, rozprowadził żel po moim ciele, nie omijając ani jednego skrawka skóry, po czym wziął gąbkę i delikatnie zaczął mnie nią masować. Było mi nieziemsko przyjemnie, aż z tej rozkoszy jęknęłam sobie parę razy. Potem ja zrobiłam to samo z jego ciałem. Tyle, że ja rozprowadzając żel musiałam stawać na palcach i w ten sposób ocierałam się o jego tors, piersiami. Nie pozwolił mi dokończyć tego co zaczęłam i chwycił mnie za pośladki, przyciągnął do siebie jeszcze mocniej i namiętnie pocałował. To był naprawdę goorący pocałunek. Kiedy strumień wody spłukał z nas wszystką pianę, postanowiliśmy opuścić kabinę, lekko się o nią obijając, gdyż nadal nasze języki miały sporo pracy. Byliśmy cali mokrzy. Lee sięgnął jedną ręką biały ręcznik i zaczął mnie wycierać. Ja sięgnęłam po drugi i zrobiłam to samo. Otarci z wody, nadal się obejmowaliśmy. Czarnowłosy całował mnie po szyi, a ja błądziłam palcami po jego torsie. Chcąc wyjść z łazienki, Lee zrobił krok w tył i… poślizgnął się. A ja poleciałam na niego.
-Lee! Nic ci nie jest? – Spojrzałam przerażona na przymknięte oczy mężczyzny.
[Lee?]
-Wyskakuj z nich. – Mruknęłam, pomiędzy kolejnymi jękami zachwytu nad tym, co jego palce czyniły z moim ciałem. Próbowałam pomóc mu je ściągnąć, ale nie bardzo mi to wychodziło, gdyż moje ciało przeszywały kolejne fale gorąca i dreszczy przenikające najmniejsze komórki mojego organizmu. Jedną ręką odgarnął moje dłonie od swoich bioder i przycisnął je z powrotem do krawędzi blatu. Następnie z zadziwiającą sprawnością, używając tylko tej jednej wolnej ręki, zdjął spodnie, nadal nie przestając pieścić mojego czułego punktu. O nie! Sam się chce rozebrać? No proszę, a z kim się tutaj zabawia? Nie jest sam. Wyrwałam z powrotem ku jego ustom i namiętnie go pocałowałam. Ręka z moich majtek przesunęła się nieco wyżej, gdyż chciał mnie przyciągnąć ku sobie. Nie ma tak dobrze. Wbiłam łokieć w jego brzuch, by pozostała pomiędzy nami przestrzeń, a następnie nadal nie pozwalając mu na nic innego jak całowanie, ściągnęłam mu bokserki. Widok jego członka mnie nie zdziwił. To było widać, że Lee jest trochę bardziej niż trochę podniecony. Nie musiałam mu zdejmować majtek, aby się o tym przekonać. Moje dłonie spoczęły na jego umięśnionym brzuchu i czekałam na jego ruch. Przerwał gorącą plątaninę naszych języków i spojrzał na mnie żółtymi oczami pociemniałymi od pożądania.
-Nie masz nic przeciwko? – Zamruczał mi tuż przy uchu i delikatnie ugryzł płatek małżowiny.
-Cicho. Zróbmy to wreszcie. – Wpięłam swoje palce w gładką skórę jego pleców. Jego gorące usta odszukały moich wędrując wzdłuż szyi a potem po linii mojej szczęki. Ponownie zaczęliśmy namiętną grę naszych warg. Jego dłonie w tym czasie zsunęły się ku biodrom i wsuwając palce za krawędź majtek zsunął je z moich pośladków. Gdyby ktoś nas teraz miał obserwować, to zobaczyłby dwójkę młodych ludzi, która całkiem naga baraszkowała w kuchni. No są różne lepsze miejsca do robienia takich rzeczy, ale kuchnia nie jest wcale najgorsza. Podobnie jak poprzedniego dnia wylądowałam na blacie kuchennym. Jednak tym razem całowanie nie obejmowało już jedynie ust. Lee zasypał mnie całym gradem namiętnych pocałunków. Moje ciało wiło się z rozkoszy pod dotykiem jego ciepłych warg. Nie byłam w stanie zbyt wiele zdziałać, gdyż miałam ograniczone ruchy. W końcu wylądowałam na dole, a nie jak lubiłam zwykle działać na górze. Trochę mnie to denerwowało, ale było mi zbyt dobrze, żeby zmieniać tą pozycję. Zarzuciłam jedynie swoje ręce na jego kark, gdzie bawiłam się czarnymi kosmykami, które miziały przyjemnie skórę. W końcu poczułam, jak Lee powoli i niespiesznie łączy się z moim ciałem. Pod wpływem tego niesamowitego uczucia, wygięłam się w łuk i jęknęłam, wbijając paznokcie w miejsce między łopatkami chłopaka. Uniosłam się i zaczęłam się gorączkowo całować. Czarnowłosy odwzajemnił pocałunek i delikatnymi ruchami swojej miednicy,napawał moje ciało kolejnymi dreszczami rozkoszy. W pewnym momencie przerwałam nasz pocałunek i cicho zamruczałam. To było cudowne uczucie. Zaczęłam obsypywać tors chłopaka, który ciężko oddychał, malutkimi całusami. Liznęłam okolice jego pępka. Miał skórę słoną od potu. Kiedy ja zachwycałam się jego ciałem on opuścił moje wnętrze i poderwał mnie na ręce. Zdziwiona spojrzałam na niego.
-Idziemy pod prysznic. – Odrzekł na moje nieme pytanie i skierował się w stronę łazienki niosąc mnie niczym księżniczkę. Weszliśmy do kabiny i puściliśmy ciepły strumień wody, który przy naszych rozgrzanych ciałach i tak wydawał się zimny. Rozpoczęliśmy namiętne pocałunki na nowo. Nasze języki nieustannie się łączyły i plątały, a ręce nie pozostawały bezczynne. Moje dłonie powędrowały w dół, gdzie delikatnie zaczęły masować sztywny członek Lee. Dłonie chłopaka tymczasem powędrowały ku moim piersiom. Wiadomo, że facet to lubi sobie trochę pomacać, póki ma okazję. Po chwili Lee przestał i sięgnął po żel oraz gąbkę. Pociągłymi ruchami palców, rozprowadził żel po moim ciele, nie omijając ani jednego skrawka skóry, po czym wziął gąbkę i delikatnie zaczął mnie nią masować. Było mi nieziemsko przyjemnie, aż z tej rozkoszy jęknęłam sobie parę razy. Potem ja zrobiłam to samo z jego ciałem. Tyle, że ja rozprowadzając żel musiałam stawać na palcach i w ten sposób ocierałam się o jego tors, piersiami. Nie pozwolił mi dokończyć tego co zaczęłam i chwycił mnie za pośladki, przyciągnął do siebie jeszcze mocniej i namiętnie pocałował. To był naprawdę goorący pocałunek. Kiedy strumień wody spłukał z nas wszystką pianę, postanowiliśmy opuścić kabinę, lekko się o nią obijając, gdyż nadal nasze języki miały sporo pracy. Byliśmy cali mokrzy. Lee sięgnął jedną ręką biały ręcznik i zaczął mnie wycierać. Ja sięgnęłam po drugi i zrobiłam to samo. Otarci z wody, nadal się obejmowaliśmy. Czarnowłosy całował mnie po szyi, a ja błądziłam palcami po jego torsie. Chcąc wyjść z łazienki, Lee zrobił krok w tył i… poślizgnął się. A ja poleciałam na niego.
-Lee! Nic ci nie jest? – Spojrzałam przerażona na przymknięte oczy mężczyzny.
[Lee?]
wtorek, 4 października 2016
Od Lou - C.D Lee
To co czułam, kiedy Lee znajdował się tak blisko mnie było nie do opisania. Moje zmysły szalały. Czułam jego przyjemny, męski zapach, który powodował, że chciałam jedynie więcej. Moje ręce powędrowały do szerokich pleców chłopaka. Ze względu na mój nieduży wzrost wylądowały bliżej bioder, dzięki czemu jednym sprawnym ruchem znalazły się na ciepłej, nagiej skórze. Nadal pochłonięci namiętnością naszych pocałunków obróciliśmy się tak, że ja znajdowałam się placami do kuchennej szafki. Było mi już trochę niewygodnie tak z zadartą głową, więc oderwałam na chwilę ręce od Lee i podparłam się o blat. Nie przerywając pocałunku, wspięłam się na mebel i usiadłam na nim. Od razu wygodniej.I miałam teraz więcej możliwości. Objęłam nogami biodra czarnowłosego i przyciągnęłam go do siebie jeszcze bliżej. Odrywając ręce od blatu szafki, niechcący przewróciłam naczynie ze sztućcami, które wpadły z głośnym brzdękiem do zlewu. Nas to jednak nie ruszyło. Oplotłam swoje dłonie na karku Lee. Przygryzłam jego wargę i delikatnie pociągnęłam go za czarną kitkę. Chłopak oderwał palce od mojej twarzy, które dotychczas intensywnie badały moje policzki i po części włosy, po czym wsunął ręce pod moją pupę i ostrożnie mnie uniósł. Cofał się ostrożnie w głąb salonu, aż jego nogi zostały podcięte przez oparcie sofy i miękko na niej wylądowaliśmy. W sumie Lee, ja na nim. Nasze usta oddaliły się od siebie. Oboje zaczerpnęliśmy głęboki oddech.
-Co my robimy? – Nadal ciężko oddychałam po tych ciągłych pocałunkach. Mimo to, na moje usta zawitał figlarny uśmiech.
-Nie wiem, ale chciałbym więcej. – Nie pozwolił mi na chwilę odpoczynku i wbił się ponownie w moje usta. Wsunął ręce pod obszerną bluzę i zaczął błądzić rękoma po moim ciele. Przeszedł mnie dreszcz podniecenia. Nie chcąc pozostawać w tyle, wsunęłam swoje łapki pod koszulkę chłopak, gdzie po chwili poczułam kształtny brzuch. Ojej… Widziałam go bez koszulki, ale nie wiedziałam, że jego tors jest taki przyjemny w dotyku. Przejechałam pazurkami po napiętej skórze w okolicach pępka. Tymczasem Lee wysunął ręce spod bluzy i rozpiął jej suwak. Oderwałam się od niego na chwilę i spojrzałam z udawaną pretensją.
-Chcesz mi zabrać bluzę? – Chłopak podniósł się na łokciach , równocześnie i mnie unosząc lekko do góry. Jedną ręką mnie przytrzymując zdjął ze mnie nakrycie.
-Nie zabrać, a odebrać co moje. – Mruknął i rzucił ubranie na stolik do kawy. Teraz byłam w samej bieliźnie. Trochę to nie fair, ale co mi tam… Skorzystałam z okazji, że nie całowaliśmy się i podciągnęłam koszulkę Lee do góry. Moje usta powolutku muskały jego odsłonięty brzuch. Natomiast ręce Lee wylądowały na moich plecach, gdzie swoimi palcami przyprawiał mnie o napady gorąca. Kiedy dotarłam do mostka, oderwałam usta od klatki piersiowej czarnowłosego. Spojrzałam uwodzicielsko w złote oczka i złożyłam długi i namiętny pocałunek na jego pięknych ustach. Przyciągnął mnie do siebie i z całą mocą oddał pocałunek. Używając wolnych w tej chwili rąk, zsunęłam jego dłonie z moich pleców i powoli się unosiłam, powodując, że nasze całowanie traciło na impecie. Równocześnie złapałam go za nadgarstek i delikatnie pociągnęłam. Zrozumiał mój przekaz i zaczął powoli się podnosić. Wreszcie nasze usta na dobre się rozstały i teraz już prowadziłam go w kierunku łóżka, co chwilę spoglądając na niego i kusząco się uśmiechając. Lee odwzajemniał ten uśmiech, patrząc na mnie zaczepnie. Po chwili znaleźliśmy się w jego łóżku. Padliśmy obok siebie, lecz prawie natychmiast usiadłam na jego biodrach.
-Koniec z tą niesprawiedliwością. – Zamruczałam jak kocica. Sięgnęłam po skrawek jego koszulki i pociągnęłam ku górze. Chłopak pomógł mi zdjąć z jego barków ubranie. Kiedy nachyliłam się, by ściągnąć resztki materiału z jego głowy, Lee natychmiast odnalazł moje usta i znowu połączył nas gorący pocałunek. Przyległam do jego nagiego torsu i wplotłam dłonie w czarne włosy. Odnalazłam gumkę podtrzymującą kitkę i zdjęłam ją, co spowodowało, że jego rozpuszczone włosy ropłynęły się po pościeli. Poczułam jak długie palce Lee sprawnie wspinały się wzdłuż moich pleców, aż dotarły do zapięcia od stanika. Próbując rozpiąć górną część bielizny, muskał moją skórę, co wprawiało mnie w zachwyt. Wreszcie odpiął i ostrożnie zdjął biustonosz po czym rzucił go gdzieś w bok. Trafił w lampkę, która zakołysała się, ale nie przewróciła. Teraz jego zwinne palce przesunęły się ku przodowi w kierunku moich piersi. Bardzo delikatnie zaczął je pieścić. Zadrżałam z rozkoszy. Moja dłoń powróciła na brzuch Lee, gdzie powolutku zsunęła się ku rozporkowi. Odpięłam guzik i rozsunęłam suwak. Mężczyzna wyczuwając do czego zmierzam, zahaczył palcem o skraj moich majtek. Kiedy oboje chcieliśmy poddać się tej fali pożądania na dobre…. Na nasze łóżko wskoczyły psiaki. Blanc zadowolona z siebie podeszła do mnie i liznęła mnie po całej długości twarzy. Natomiast Shiloh zepchnął mnie z Lee i się na nim ułożył. Były już dość spore, więc szczerze współczułam czarnowłosemu. Nasze spojrzenia spotkały się. Romantyczną atmosferę szlag trafił. Oboje zaczęliśmy się śmiać. Zgoniliśmy psy z łóżka i padliśmy obok siebie na pogniecioną pościel.
-Jestem wykończona. – Westchnęłam. Nie wiem, co najbardziej przeważało w tym, że się tak zmęczyłam, ale nasz szlak namiętności na pewno miał w tym swój udział.
-Ja chyba bym się trochę przespał. – Lee ziewnął. Kiedy tak o tym wspomniał mi też zachciało się spać. Trochę mnie bolał mój rozcięty łuk brwiowy, ale jakoś w tym momencie nie bardzo zwracałam na to uwagę. Zanim zauważyłam, już smacznie spałam.
[Lee?]
-Co my robimy? – Nadal ciężko oddychałam po tych ciągłych pocałunkach. Mimo to, na moje usta zawitał figlarny uśmiech.
-Nie wiem, ale chciałbym więcej. – Nie pozwolił mi na chwilę odpoczynku i wbił się ponownie w moje usta. Wsunął ręce pod obszerną bluzę i zaczął błądzić rękoma po moim ciele. Przeszedł mnie dreszcz podniecenia. Nie chcąc pozostawać w tyle, wsunęłam swoje łapki pod koszulkę chłopak, gdzie po chwili poczułam kształtny brzuch. Ojej… Widziałam go bez koszulki, ale nie wiedziałam, że jego tors jest taki przyjemny w dotyku. Przejechałam pazurkami po napiętej skórze w okolicach pępka. Tymczasem Lee wysunął ręce spod bluzy i rozpiął jej suwak. Oderwałam się od niego na chwilę i spojrzałam z udawaną pretensją.
-Chcesz mi zabrać bluzę? – Chłopak podniósł się na łokciach , równocześnie i mnie unosząc lekko do góry. Jedną ręką mnie przytrzymując zdjął ze mnie nakrycie.
-Nie zabrać, a odebrać co moje. – Mruknął i rzucił ubranie na stolik do kawy. Teraz byłam w samej bieliźnie. Trochę to nie fair, ale co mi tam… Skorzystałam z okazji, że nie całowaliśmy się i podciągnęłam koszulkę Lee do góry. Moje usta powolutku muskały jego odsłonięty brzuch. Natomiast ręce Lee wylądowały na moich plecach, gdzie swoimi palcami przyprawiał mnie o napady gorąca. Kiedy dotarłam do mostka, oderwałam usta od klatki piersiowej czarnowłosego. Spojrzałam uwodzicielsko w złote oczka i złożyłam długi i namiętny pocałunek na jego pięknych ustach. Przyciągnął mnie do siebie i z całą mocą oddał pocałunek. Używając wolnych w tej chwili rąk, zsunęłam jego dłonie z moich pleców i powoli się unosiłam, powodując, że nasze całowanie traciło na impecie. Równocześnie złapałam go za nadgarstek i delikatnie pociągnęłam. Zrozumiał mój przekaz i zaczął powoli się podnosić. Wreszcie nasze usta na dobre się rozstały i teraz już prowadziłam go w kierunku łóżka, co chwilę spoglądając na niego i kusząco się uśmiechając. Lee odwzajemniał ten uśmiech, patrząc na mnie zaczepnie. Po chwili znaleźliśmy się w jego łóżku. Padliśmy obok siebie, lecz prawie natychmiast usiadłam na jego biodrach.
-Koniec z tą niesprawiedliwością. – Zamruczałam jak kocica. Sięgnęłam po skrawek jego koszulki i pociągnęłam ku górze. Chłopak pomógł mi zdjąć z jego barków ubranie. Kiedy nachyliłam się, by ściągnąć resztki materiału z jego głowy, Lee natychmiast odnalazł moje usta i znowu połączył nas gorący pocałunek. Przyległam do jego nagiego torsu i wplotłam dłonie w czarne włosy. Odnalazłam gumkę podtrzymującą kitkę i zdjęłam ją, co spowodowało, że jego rozpuszczone włosy ropłynęły się po pościeli. Poczułam jak długie palce Lee sprawnie wspinały się wzdłuż moich pleców, aż dotarły do zapięcia od stanika. Próbując rozpiąć górną część bielizny, muskał moją skórę, co wprawiało mnie w zachwyt. Wreszcie odpiął i ostrożnie zdjął biustonosz po czym rzucił go gdzieś w bok. Trafił w lampkę, która zakołysała się, ale nie przewróciła. Teraz jego zwinne palce przesunęły się ku przodowi w kierunku moich piersi. Bardzo delikatnie zaczął je pieścić. Zadrżałam z rozkoszy. Moja dłoń powróciła na brzuch Lee, gdzie powolutku zsunęła się ku rozporkowi. Odpięłam guzik i rozsunęłam suwak. Mężczyzna wyczuwając do czego zmierzam, zahaczył palcem o skraj moich majtek. Kiedy oboje chcieliśmy poddać się tej fali pożądania na dobre…. Na nasze łóżko wskoczyły psiaki. Blanc zadowolona z siebie podeszła do mnie i liznęła mnie po całej długości twarzy. Natomiast Shiloh zepchnął mnie z Lee i się na nim ułożył. Były już dość spore, więc szczerze współczułam czarnowłosemu. Nasze spojrzenia spotkały się. Romantyczną atmosferę szlag trafił. Oboje zaczęliśmy się śmiać. Zgoniliśmy psy z łóżka i padliśmy obok siebie na pogniecioną pościel.
-Jestem wykończona. – Westchnęłam. Nie wiem, co najbardziej przeważało w tym, że się tak zmęczyłam, ale nasz szlak namiętności na pewno miał w tym swój udział.
-Ja chyba bym się trochę przespał. – Lee ziewnął. Kiedy tak o tym wspomniał mi też zachciało się spać. Trochę mnie bolał mój rozcięty łuk brwiowy, ale jakoś w tym momencie nie bardzo zwracałam na to uwagę. Zanim zauważyłam, już smacznie spałam.
[Lee?]
wtorek, 20 września 2016
[Team 4] Od Lou - C.D Kaito
Tu się nareszcie zaczęło coś dziać! Krew zaczęła mi szybciej
krążyć w żyłach, serce wybijało radosny rytm podniecenia, a ja paliłam się do
walki. Tygrysek pokazał pazurki i właśnie próbował skopać tyłek mojemu
przemądrzałemu braciszkowi. W tej chwili całą sobą kibicowałam koledze z
drużyny. W pewnym momencie nie wytrzymałam i musiałam interweniować. Po
pierwsze nie mogłam się powstrzymać, by w jakiś sposób choć odrobinę odegrać
się na Enzo, a po drugie rozgrzana walką chłopaków nabrałam ochoty na wygraną.
Zaatakowałam w momencie, kiedy to Satoru miał przewagę. Wiedziałam, że wtedy
moje szanse będą największe, by w jakiś sposób mu pomóc. Nie udało mi się
powalić bliźniaka na kolana, ale Brise savuage zarysował jego ramię.
Uśmiechnęłam się szeroko. To rozumiem. Obejrzałam się na Tygryska, który
wyraźnie docenił moje wysiłki. Już
miałam ponownie przymierzać się na Enzo, gdy znad Satoru wyleciał białowłosy o
skrzydłach aniołka. Osobiście uważałam, że ten członek teamu drugiego wygląda
uroczo. Jednak natychmiast zmieniłam o nim zdanie, gdy skierował swój lot w
moją stronę. Nie umiem określić, czy poza lataniem potrafi coś więcej,
aczkolwiek sam fakt, że unosi się w powietrzu daje mu pewną przewagę. Jednak
może też być jego przekleństwem w starciu ze mną. W końcu to ja rządzę wiatrem.
Uśmiechnęłam się do siebie.
-Latający chłopcze! Zanim zaczniemy walczyć, może chociaż się sobie przedstawimy? – Krzyknęłam do niego.
-Kaito Hamilton. – Skwitował krótko. Ważne, że wiem, jak ma na imię.
-Lou Daquin. Lepiej się walczy z konkretną osobą niż z bezimienną osobą. Wtedy walka nabiera charakteru. – Wyszczerzyłam się i ustawiłam w bojowej pozycji. Nogi ugięte w kolanach, w lekkim rozkroku, plecy pochylone do przodu, ręce zgięte w łokciach i dzierżące miecz. Brise sauvage jest bardzo lekką bronią. Nic prawie nie waży, dzięki czemu mogę zachować swoją nieprzeciętną prędkość i zwinność. Jednocześnie nie da się go ot tak po prostu złamać. Im więcej powietrza jest zgromadzone wokół jego klingi tym ciężej go zniszczyć. Tutaj miałam idealne warunki do walki. Sporo otwartej przestrzeni powodowało iż wiatr był tutaj dość silny. Przymknęłam na chwilę oczy. Zbierałam energię z otoczenia, chłonęłam całą sobą świeże powietrze. Moje ciało od razu przepełniła moc. Uchyliłam powieki, jednak nigdzie nie dostrzegłam Kaito. Obejrzałam się dookoła, ale tego ptaszka nigdzie nie było. Cholera, gdzie on jest? Nagle usłyszałam odgłos wystrzału. Nabój trafił jakieś pół metra od mojej stopy. Ma broń, ale nie ma cela. Poza tym jeśli użył tak szybko tego gadżetu to zgaduję, że jego Arcana nie posiada zbyt wiele ofensywnych ataków. Może uda mi się wygrać? W końcu w najgorszym wypadku i ja mogę użyć naszego pistoletu.
-Kaito, nie graj ze mną w chowanego! – Wydarłam się. Nagle usłyszałam szum skrzydeł tuż za sobą. Jest blisko. Bardzo blisko. Cholera, jeśli teraz strzeli to na pewno mnie trafi. Nie myśląc zbyt wiele, błyskawicznie oddaliłam się. Stanęłam twarzą do mojego przeciwnika, który od razu wzbił się w powietrze. Chciał już ponownie zniknąć, ale tym razem ja byłam szybsza. Zamachnęłam się swoim mieczem wzbijając falę podmuchu w kierunku białowłosego. Mój miecz go nie dosięgnie, ale wiatr zawsze. Kaito chyba nie wiedział, że mój atak to nie zwykłe machanie klingą, a wytworzenie silnego wiatru. Zbyt wolno zareagował i dostał , co spowodowało, że na chwilę stracił kontrolę nad tym co się dzieje na dole. Próbowałam powtórzyć mój atak, ale tym razem bez skutku. Pomimo tego, że oberwał, zdołał zrobić unik. Wyglądało to tak, jakby to przeczuł, a później teleportował. Znowu zniknął mi z oczu.
-Kaito ty zasrany ninjo, gdzie się podziewasz?! – Wydarłam się mocno wkurzona. Obawiając się, że mogę dostać kulką, otoczyłam się delikatną otoczką z bardzo silnego podmuchu – użyłam fhn chaudes. To zapewniało mi zarówno ochronę, jak i atak. Jeśli białowłosy spróbuje jeszcze raz tego, co wcześniej to chociaż raz jeden uda mi się go na to nabrać. Zaczęłam poruszać się szybko w nieregularny sposób. Chciałam go zwabić. Ja byłam najszybsza na ziemi, on w powietrzu. Wbrew pozorom nasze Arcany miały ze sobą coś wspólnego. Na chwilę przystanęłam, udając, że się rozglądam w jego poszukiwaniu. Kiedy miałam już zacząć dalej swój taniec, on zjawił się tuż za mną. Zanim jednak wystrzelił oberwał od mojej ochronnej otoczki. Równocześnie wymierzyłam w niego cios Brise sauvage. On jednak jakby znowu to przewidział i zdążył wzbić się w powietrze.
-Kuźwa, nie uciekaj! – Wydarłam się na niego. Wkurzał mnie tą swoją umiejętnością jasnowidzenia i szybkiego spierdalania. – Ej! Ty też jesteś Betą, prawda? Walczysz jak Beta! Tylko, że czasami trzeba walczyć twarzą w twarz, a nie ciągle uciekać!
[Kaito?]
-Latający chłopcze! Zanim zaczniemy walczyć, może chociaż się sobie przedstawimy? – Krzyknęłam do niego.
-Kaito Hamilton. – Skwitował krótko. Ważne, że wiem, jak ma na imię.
-Lou Daquin. Lepiej się walczy z konkretną osobą niż z bezimienną osobą. Wtedy walka nabiera charakteru. – Wyszczerzyłam się i ustawiłam w bojowej pozycji. Nogi ugięte w kolanach, w lekkim rozkroku, plecy pochylone do przodu, ręce zgięte w łokciach i dzierżące miecz. Brise sauvage jest bardzo lekką bronią. Nic prawie nie waży, dzięki czemu mogę zachować swoją nieprzeciętną prędkość i zwinność. Jednocześnie nie da się go ot tak po prostu złamać. Im więcej powietrza jest zgromadzone wokół jego klingi tym ciężej go zniszczyć. Tutaj miałam idealne warunki do walki. Sporo otwartej przestrzeni powodowało iż wiatr był tutaj dość silny. Przymknęłam na chwilę oczy. Zbierałam energię z otoczenia, chłonęłam całą sobą świeże powietrze. Moje ciało od razu przepełniła moc. Uchyliłam powieki, jednak nigdzie nie dostrzegłam Kaito. Obejrzałam się dookoła, ale tego ptaszka nigdzie nie było. Cholera, gdzie on jest? Nagle usłyszałam odgłos wystrzału. Nabój trafił jakieś pół metra od mojej stopy. Ma broń, ale nie ma cela. Poza tym jeśli użył tak szybko tego gadżetu to zgaduję, że jego Arcana nie posiada zbyt wiele ofensywnych ataków. Może uda mi się wygrać? W końcu w najgorszym wypadku i ja mogę użyć naszego pistoletu.
-Kaito, nie graj ze mną w chowanego! – Wydarłam się. Nagle usłyszałam szum skrzydeł tuż za sobą. Jest blisko. Bardzo blisko. Cholera, jeśli teraz strzeli to na pewno mnie trafi. Nie myśląc zbyt wiele, błyskawicznie oddaliłam się. Stanęłam twarzą do mojego przeciwnika, który od razu wzbił się w powietrze. Chciał już ponownie zniknąć, ale tym razem ja byłam szybsza. Zamachnęłam się swoim mieczem wzbijając falę podmuchu w kierunku białowłosego. Mój miecz go nie dosięgnie, ale wiatr zawsze. Kaito chyba nie wiedział, że mój atak to nie zwykłe machanie klingą, a wytworzenie silnego wiatru. Zbyt wolno zareagował i dostał , co spowodowało, że na chwilę stracił kontrolę nad tym co się dzieje na dole. Próbowałam powtórzyć mój atak, ale tym razem bez skutku. Pomimo tego, że oberwał, zdołał zrobić unik. Wyglądało to tak, jakby to przeczuł, a później teleportował. Znowu zniknął mi z oczu.
-Kaito ty zasrany ninjo, gdzie się podziewasz?! – Wydarłam się mocno wkurzona. Obawiając się, że mogę dostać kulką, otoczyłam się delikatną otoczką z bardzo silnego podmuchu – użyłam fhn chaudes. To zapewniało mi zarówno ochronę, jak i atak. Jeśli białowłosy spróbuje jeszcze raz tego, co wcześniej to chociaż raz jeden uda mi się go na to nabrać. Zaczęłam poruszać się szybko w nieregularny sposób. Chciałam go zwabić. Ja byłam najszybsza na ziemi, on w powietrzu. Wbrew pozorom nasze Arcany miały ze sobą coś wspólnego. Na chwilę przystanęłam, udając, że się rozglądam w jego poszukiwaniu. Kiedy miałam już zacząć dalej swój taniec, on zjawił się tuż za mną. Zanim jednak wystrzelił oberwał od mojej ochronnej otoczki. Równocześnie wymierzyłam w niego cios Brise sauvage. On jednak jakby znowu to przewidział i zdążył wzbić się w powietrze.
-Kuźwa, nie uciekaj! – Wydarłam się na niego. Wkurzał mnie tą swoją umiejętnością jasnowidzenia i szybkiego spierdalania. – Ej! Ty też jesteś Betą, prawda? Walczysz jak Beta! Tylko, że czasami trzeba walczyć twarzą w twarz, a nie ciągle uciekać!
[Kaito?]
sobota, 17 września 2016
[Team 4] Od Lou - Do Sory
Mój umysł dryfował w próżni. Kompletnie nie miałam pojęcia, co się ze mną właśnie dzieje. Może umarłam? Ale niby dlaczego? Do mojej świadomości zaczęły docierać pojedyncze sygnały z zewnątrz. Pierwsze, co rozpoznał mój odrętwiały mózg to głośny szum wiatru. Automatycznie mnie to uspokoiło. Powietrze zawsze działało na mnie kojąco. Przestałam się obawiać, czy żyję, czy też nie. Powoli zaczęły docierać do mnie także inne odczucia, takie jak chłód czegoś twardego pode mną albo to, że moja głowa pulsuje tępym bólem. Uchyliłam ociężałe powieki i pod wpływem ostrego światła od razu je zmrużyłam. Spróbowałam jeszcze raz i tym razem udało mi się dostrzec granatowe chmury i otaczające nas dookoła dziwne, wysokie budynki. Ostrożnie podparłam się rękoma o podłoże i powoli wstałam. Zachwiałam się, ale po chwili złapałam równowagę . Zdałam sobie w tej chwili sprawę, że znajduję się dość daleko od ziemi. Niepewnie podeszłam do skraju betonowej powierzchni. Stojąc o krok od samego końca, spojrzałam w dół. Znajdowałam się na dachu, jakiejś niezwykle dziwnej budowli. Coś co przypominało, wielką, betonową wieżę. Co ja tu robiłam? Wystawiłam twarz do wiatru, który smagał moje policzki. Był to porywisty podmuch, który tak bardzo różnił się od tych, które występowały tuż przy ziemi. Jednak wysokość robiła swoje. Na myśl nasunęło mi się pytanie, czy jestem tu sama. Rozejrzałam się po ogromnej powierzchni dachu. Mój wzrok napotkał dwie postacie, które właśnie powoli wstawały z ziemi. Wydawały się równie skołowane, jak ja na początku. Ruszyłam w ich kierunku. Pierwszą na mojej drodze napotkałam białowłosą dziewczynę o błękitnych oczach, której kobiece kształty na chwilę skupiły moją uwagę. Wyglądała na gorącą laskę. Ciekawe, czy miałaby ochotę się zabawić? Natomiast drugą osobą okazał się… tygrysek? Dość wysoki chłopak miał na czarnych włosach, coś na kształt czaszki tygrysa szablozębnego, a dodatkowo na policzkach widniały czerwone paski, niczym u drapieżnego kota. W dodatku miał dzikie, złote oczka. Ich barwa przypomniała mi oczy Lee, lecz jego wzrok wydawał się dużo łagodniejszy niż tego tutaj osobnika. Nagle bajerancki zegarek tej niebieskookiej kobietki zamigotał. Białowłosa spojrzała na niego i po chwili spędzonej na śledzeniu, jakiegoś tekstu odezwała się do nas beznamiętnym, stanowczym głosem. Wyczuwałam, że to ona będzie tu rządzić.
-Jestem Sora Carter, wasza pani Kapitan w zorganizowanej przez naukowców bitwie, która ma być treningiem dla Naturalnych Arcan, czyli dla was. – Tu wskazała na mnie i na Tygryska.
-Ehem… A z kim mamy niby walczyć? – To był pierwszy tego typu trening, w którym uczestniczyłam.
-Z pozostałymi drużynami. – Jej oczy były chłodne. Uhu, taka niby bezduszna a pewnie w łóżku niezły z niej kociak.
-Cóż… Tutaj chyba oprócz nas nie ma żywej duszy. – Po raz pierwszy głos zabrał chłopak. Rozejrzał się dookoła, mrużąc powieki od porywistego wiatru, który targał nam wszystkim włosy.
-No, jakby nie patrzeć znajdujemy się na dachu jakieś 50 metrów nad ziemią. – Zauważyłam i przeciągnęłam się ostrożnie. Byłam trochę obolała z jakichś powodów. Martwiła mnie jedna sprawa, że musiałam walczyć i to najprawdopodobniej sama. A ja w walce nie jestem zbyt mocna… Moje rozmyślania przerwał głos naszej Kapitan.
-Powinniśmy odnaleźć jakieś zejście stąd, ale wpierw chciałabym poznać wasze imiona i Arcany.- Wbiła w nas lodowate spojrzenie.
-Satoru Tadashi do usług. – Wykonał teatralny gest. – Moja Arcana robi ze mnie tygrysa w ludzkiej postaci. – Uśmiechnął się i wyciągnął dłoń ku górze. Jego paznokcie wydłużyły się i przekształciły błyszczące, stalowe pazury. Była to krótka prezentacja, jednak zdałam sobie sprawę, że facet ma silną Arcanę. Mimo to postarałam się nie tracić pewności siebie i wyciągnęłam z futerału, który miałam przypięty przy pasku, miecz. Mój drogi Brise sauvage.
-Lou Daquin. – Stanęłam w lekkim rozkroku. - Może i jestem jedynie Betą, ale nie poddam się bez walki. Jestem szybka i zwinna oraz… - Użyłam Tempête de haine i zamachnęłam się moim ostrzem. Fala wiatru, jaką spowodował ten atak trafiła w metalowy słupek, który znajdował się na skraju dachu i wytworzył w nim dość głębokie wgniecenie.
-Haha, szybkość ci pomoże w uciekaniu przed silniejszym od siebie. – Tygrysek się zaśmiał.
-Na pewno nie przeszkodzi. – Odpowiedziałam oschle.
-Radzę wam żyć w przyjaznych stosunkach, gdyż aby przetrwać tą bitwę i ją wygrać musimy ściśle współpracować. – Poważny głos Sory uciął natychmiast naszą rozmowę.
-Mogę z nim współpracować, ale nie musimy od razu zostawać przyjaciółmi. – Prychnęłam pod nosem.
-Może lepiej zamiast tu sobie tak rozmawiać, to lepiej weźmy się do roboty? – Satoru zauważył mądrze.
-Dobry pomysł. – Pani Kapitan zmierzyła nas zimnym wzrokiem.- Należy wpierw znaleźć zejście na dół, a następnie obmyślić dalszy plan działania.
-Niech każde z nas idzie w innym kierunku. – Zaproponowałam, a kiedy pozostała dwójka zgodziła się na ten plan przy pomocy skinięcia głowami, ruszyłam w stronę niewielkich zabudowań, na których znajdowały się różnego rodzaju anteny i nadajniki. Nie podobało mi się to wszystko. Wyczuwałam, że nie dogadam się ani z Tygryskiem, ani z Panią Kapitan. Satoru działał mi na nerwy i nie wydawał się zbytnio normalny, a Sora była straszna z tym brakiem okazywania jakichkolwiek uczuć. Jeszcze ja i moja słaba Arcana… Niby powiedziałam, że nie poddam się bez walki, ale na co może zdać się moja walka? Chyba, że trafię na kogoś słabszego od siebie psychicznie to może jakoś go zmiażdżę, ale jak trafię na taką drugą Sorę, która pewnie także jest cholernie silna…To będzie już po mnie. Ciekawe czy Lee bierze w tym udział? Jeśli tak, to czy będę zmuszona z nim walczyć? Ale ja nie będę mogła z nim walczyć! Po pierwsze to Lee, a po drugie on jest ode mnie dużo silniejszy. Ehh… W co ja się wpakowałam? Nagle przed sobą dostrzegłam niewielkie drzwi. Szarpnęłam za klamkę, która o dziwo ustąpiła bez oporów. Drzwi otworzyły się cicho przy tym skrzypiąc. Moim oczom ukazały się schody, prowadzące, gdzieś w dół. Jest, znalazłam zejście z tej wieży. Biegiem ruszyłam do moich kompanów. Wpierw napotkałam Satoru, który rozglądał się uważnie wzdłuż krawędzi dachu.
-Znalazłam zejście! – Uradowana podeszłam do czarnowłosego. Spojrzał na mnie dziwnie.
-Trzeba o tym powiedzieć Sorze. – Odparł.
- O co chodzi? – Pani Kapitan zaszła nas od tyłu, w ręku trzymając tajemniczą skrzynkę.
-Lou znalazła zejście na dół. – Tygrysek wbił zaciekawione spojrzenie w przedmiot, który przyniosła ze sobą białowłosa. – A ty co tam masz ciekawego?
-Najprawdopodobniej broń. – Skrzynka wylądowała na podłodze. Dziewczyna ją otworzyła, a naszym oczom ukazał się niesamowity pistolet.
-Kto go będzie używał? – Spytałam cicho.
[Sora?]
-Jestem Sora Carter, wasza pani Kapitan w zorganizowanej przez naukowców bitwie, która ma być treningiem dla Naturalnych Arcan, czyli dla was. – Tu wskazała na mnie i na Tygryska.
-Ehem… A z kim mamy niby walczyć? – To był pierwszy tego typu trening, w którym uczestniczyłam.
-Z pozostałymi drużynami. – Jej oczy były chłodne. Uhu, taka niby bezduszna a pewnie w łóżku niezły z niej kociak.
-Cóż… Tutaj chyba oprócz nas nie ma żywej duszy. – Po raz pierwszy głos zabrał chłopak. Rozejrzał się dookoła, mrużąc powieki od porywistego wiatru, który targał nam wszystkim włosy.
-No, jakby nie patrzeć znajdujemy się na dachu jakieś 50 metrów nad ziemią. – Zauważyłam i przeciągnęłam się ostrożnie. Byłam trochę obolała z jakichś powodów. Martwiła mnie jedna sprawa, że musiałam walczyć i to najprawdopodobniej sama. A ja w walce nie jestem zbyt mocna… Moje rozmyślania przerwał głos naszej Kapitan.
-Powinniśmy odnaleźć jakieś zejście stąd, ale wpierw chciałabym poznać wasze imiona i Arcany.- Wbiła w nas lodowate spojrzenie.
-Satoru Tadashi do usług. – Wykonał teatralny gest. – Moja Arcana robi ze mnie tygrysa w ludzkiej postaci. – Uśmiechnął się i wyciągnął dłoń ku górze. Jego paznokcie wydłużyły się i przekształciły błyszczące, stalowe pazury. Była to krótka prezentacja, jednak zdałam sobie sprawę, że facet ma silną Arcanę. Mimo to postarałam się nie tracić pewności siebie i wyciągnęłam z futerału, który miałam przypięty przy pasku, miecz. Mój drogi Brise sauvage.
-Lou Daquin. – Stanęłam w lekkim rozkroku. - Może i jestem jedynie Betą, ale nie poddam się bez walki. Jestem szybka i zwinna oraz… - Użyłam Tempête de haine i zamachnęłam się moim ostrzem. Fala wiatru, jaką spowodował ten atak trafiła w metalowy słupek, który znajdował się na skraju dachu i wytworzył w nim dość głębokie wgniecenie.
-Haha, szybkość ci pomoże w uciekaniu przed silniejszym od siebie. – Tygrysek się zaśmiał.
-Na pewno nie przeszkodzi. – Odpowiedziałam oschle.
-Radzę wam żyć w przyjaznych stosunkach, gdyż aby przetrwać tą bitwę i ją wygrać musimy ściśle współpracować. – Poważny głos Sory uciął natychmiast naszą rozmowę.
-Mogę z nim współpracować, ale nie musimy od razu zostawać przyjaciółmi. – Prychnęłam pod nosem.
-Może lepiej zamiast tu sobie tak rozmawiać, to lepiej weźmy się do roboty? – Satoru zauważył mądrze.
-Dobry pomysł. – Pani Kapitan zmierzyła nas zimnym wzrokiem.- Należy wpierw znaleźć zejście na dół, a następnie obmyślić dalszy plan działania.
-Niech każde z nas idzie w innym kierunku. – Zaproponowałam, a kiedy pozostała dwójka zgodziła się na ten plan przy pomocy skinięcia głowami, ruszyłam w stronę niewielkich zabudowań, na których znajdowały się różnego rodzaju anteny i nadajniki. Nie podobało mi się to wszystko. Wyczuwałam, że nie dogadam się ani z Tygryskiem, ani z Panią Kapitan. Satoru działał mi na nerwy i nie wydawał się zbytnio normalny, a Sora była straszna z tym brakiem okazywania jakichkolwiek uczuć. Jeszcze ja i moja słaba Arcana… Niby powiedziałam, że nie poddam się bez walki, ale na co może zdać się moja walka? Chyba, że trafię na kogoś słabszego od siebie psychicznie to może jakoś go zmiażdżę, ale jak trafię na taką drugą Sorę, która pewnie także jest cholernie silna…To będzie już po mnie. Ciekawe czy Lee bierze w tym udział? Jeśli tak, to czy będę zmuszona z nim walczyć? Ale ja nie będę mogła z nim walczyć! Po pierwsze to Lee, a po drugie on jest ode mnie dużo silniejszy. Ehh… W co ja się wpakowałam? Nagle przed sobą dostrzegłam niewielkie drzwi. Szarpnęłam za klamkę, która o dziwo ustąpiła bez oporów. Drzwi otworzyły się cicho przy tym skrzypiąc. Moim oczom ukazały się schody, prowadzące, gdzieś w dół. Jest, znalazłam zejście z tej wieży. Biegiem ruszyłam do moich kompanów. Wpierw napotkałam Satoru, który rozglądał się uważnie wzdłuż krawędzi dachu.
-Znalazłam zejście! – Uradowana podeszłam do czarnowłosego. Spojrzał na mnie dziwnie.-Trzeba o tym powiedzieć Sorze. – Odparł.
- O co chodzi? – Pani Kapitan zaszła nas od tyłu, w ręku trzymając tajemniczą skrzynkę.
-Lou znalazła zejście na dół. – Tygrysek wbił zaciekawione spojrzenie w przedmiot, który przyniosła ze sobą białowłosa. – A ty co tam masz ciekawego?
-Najprawdopodobniej broń. – Skrzynka wylądowała na podłodze. Dziewczyna ją otworzyła, a naszym oczom ukazał się niesamowity pistolet.
-Kto go będzie używał? – Spytałam cicho.
[Sora?]
wtorek, 13 września 2016
Od Lou - C.D Lee
Od nieszczęśliwego wypadku Lee minął miesiąc. Przez te cztery tygodnie prawie codziennie zaglądałam do niego do domu i pomagałam w obowiązkach, które sprawiały mu czasami niewielkie problemy. Prócz zajmowaniem się moim przyjacielem , opiekowałam się również w większej mierze szczeniakami, które strasznie szybko rosły. Z małych kuleczek rozwinęły się szczupłe i bardzo żwawe młode psy sięgające do kolan. Spacery z nimi stały się teraz jedną wielką gonitwą za ich coraz to nowszymi pomysłami. Na szczęście u mnie z bieganiem nie było problemu, jednak Lee ze względu na swoje urazy nie bardzo mógł z nimi wychodzić. Całość szczęścia przypadła na mnie i szczerze mówiąc po miesiącu takiego biegania z dwoma psami miałam trochę dość. Również opieka nad moim czarnowłosym przyjacielem była już trochę uciążliwa. Mimo, że w tym czasie zbliżyliśmy się do siebie i nasza przyjaźń była naprawdę niezwykłym doświadczeniem, to kiedy tylko Lee zaproponował, żebym przyprowadziła do niego Blanc i Shiloh , a sama poszła się rozerwać, nie zastanawiałam się długo. Postanowiłam wybrać się na zakupy, aby nabyć nową parę butów do kolekcji, której tak dawno nie wzbogaciłam o nowe nabytki. Poza tym miałam zamiar buszować po sklepach przez cały dzień. Tylko ja i zakupowe szaleństwo. Rano zaprowadziłam psiaki do Lee, który już był w pełni sprawny, a przynajmniej gorąco mnie o tym zapewniał.
-Ale naprawdę dasz sobie radę? Nic cię nie boli? – Zerknęłam sceptycznie na jego klatkę piersiową, gdzie najbardziej zawsze dokuczały mu złamane żebra.
-Spokojnie Lou! Nic mi już nie grozi. – Uśmiechał się szeroko, kiedy przejmował ode mnie smyczy Blanc i Shiloh. – Jestem zdrowy jak ryba. Idź sobie i odpocznij ode mnie. – Dodał żartobliwym tonem.
-Eh… Chyba będę musiała ci uwierzyć . – Westchnęłam i się lekko uśmiechnęłam. – To ja idę na zakupy! Do zobaczenia!
-Udanego polowania. Pa! – Chłopak mi pomachał ręką, a ja oddaliłam się w stronę centrum. Moim celem była wielka galeria handlowa, w której sklepów było tyle co nie miara. Zakupy zleciały mi w tempie błyskawicznym. Skończyło się na tym, że kupiłam nie tylko parę , ale 5 par butów. Botki na słupku, kolejne szpilki w kolorze morskim, wygodne, czarne trampki, koronkowe balerinki i śliczne sandałki z rzemyków. Prawie udało mi się kupić sukienkę, ale była za mała w cyckach i wyrwała mi ją jakaś wstrętna ruda baba. Kiedy wracałam było już ciemno. Na ulicach widniały pojedyncze kałuże po niewielkiej ulewie, która miała miejsce, kiedy ja w najlepsze bawiłam się galerii. Idąc skrajem chodnika obserwowałam, jak uliczne światła odbijają się w wodnych zwierciadłach. Nagle jakiś sportowy samochód gwałtownie zahamował tuż obok mnie na czerwonym świetle. To spowodowało, że woda znajdująca się na ulicy, a w sumie błoto wylądowało wprost na moich ciuchach.
-Co to za idiota! – Podeszłam do okna auta i zapukałam w szybę, która cicho się otworzyła.
-Czego blondi? – Burknęła do mnie ta sama ruda baba, która wyrwała mi z rąk sukienkę.
- Uważaj jak jeździsz! Przez ciebie ty bezmózga kobieto, jestem cała w błocie! – Wydarłam się do niej zagłuszając dudniące na cały regulator radio.
-Jak ty mnie nazwałaś tleniona blondyno?! – Ruda wysiadła z samochodu, pomimo, że właśnie światło zmieniło się na zielone i sznur samochodów za nią zaczął trąbić. – W tym błocie do twarzy, takiemu paszczurowi jak ty!
Teraz to przesadziła. Podeszła do mnie bliżej i zmierzyła mnie pogardliwym wzrokiem. Ja niewiele się zastanawiając, wykonałam kopa z półobrotu i ta wstrętna żmija dostała prosto w żebra. Zgięła się wpół i zaczęła łapczywie łapać powietrze.
-Ze mną się nie zadziera. – Prychnęłam i już miałam się odwracać, kiedy tamta wyższa ode mnie kobieta, wymierzyła mi prawy sierpowy, który trafił zamiast w mój lewy policzek, trafił na wysokości mojego lewego oka. Zatoczyłam się od tego uderzenia, które było dość mocne.
-Masz za swoje blondi! – Oddaliła się, wsiadła do swojego wozu i ruszyłam z piskiem opon, ponownie mnie ochlapując. Byłam cała w błocie. Czułam, że coś w środku mnie rozpiera. Nie wiem, czy była to wściekłość, czy moja moc, ale postanowiłam ukryć się w jakimś ciemnym zaułku. Kiedy już tam się znalazłam w napadzie złości zerwałam z siebie zabłocone ubrania. Dobrze, że chociaż moje nowe buty nie zostały uszkodzone w tym wypadku. CHOLERA! Co za jędza. Co za babsztyl. Co za kurwa ruda małpa! Oko mnie bolało a rozcięty łuk brwiowy zaczął puchnąć. Uderzyłam pięścią w ścianę.
-Au! Co za… - W dodatku rozwaliłam sobie rękę. Brawo. Przyjrzałam się swojej dłoni. Była pościerana i chyba nic więcej się nie stało, ale bolało, jak cholera.
-Lou uspokój się. – Zaczęłam mruczeć do siebie. Wzięłam głęboki wdech i wypuściłam głośno powietrze. Co teraz? Nie pójdę, przecież w samej bieliźnie przez połowę ośrodka do domu. Znaczy mi to nie bardzo przeszkadza, ale ktoś mógłby się do mnie przyczepić, a miałam już dość na dzisiaj niemiłych spotkań. Coś trzeba wymyślić. Wiem! Gdzie jest mój telefon? Rozejrzałam się w poszukiwaniach za swoją torebką. Leżała na stercie toreb z butami. Wyjęłam urządzenie i wybrałam numer Lee.
-Cześć Lou! Jak tam zakupy? – W słuchawce odezwał się znajomy głos.
-Lee! Potrzebuję cię! – Odparłam szybko.
-Co? Coś ci się stało? Jesteś ranna? – Chłopak zaczął lekko panikować.
-Nie. Znaczy tak. Znaczy nieważne. Po prostu weź jakąś swoją bluzę i przyjdź na skrzyżowanie tuż przy galerii. – Rozejrzałam się dookoła. Na szczęście nikogo tu nie ma. – Jak będziesz na miejscu to wejdź w taką ciemną uliczkę po prawej.
-Lou, co się dzieje? – Lee wydawał się zaniepokojony.
-Nic poważnego, po prostu przyjdź tu jak najszybciej dasz radę, dobrze? – Nie czekając na odpowiedź, rozłączyłam się. Stałam niespokojnie i rozglądałam się, czy czasami nikt nie idzie. Nie chciałam być tutaj zgwałcona przez jakichś meneli. Na szczęście po upływie jakichś 20 minut od mojego telefonu przybył Lee z czarną bluzą w ręku. Podeszłam do niego.
-Nareszcie! – Uśmiechnęłam się szeroko i objęłam go delikatnie na przywitanie, nie zważając, że jestem w samej bieliźnie.
[Lee?]
-Ale naprawdę dasz sobie radę? Nic cię nie boli? – Zerknęłam sceptycznie na jego klatkę piersiową, gdzie najbardziej zawsze dokuczały mu złamane żebra.
-Spokojnie Lou! Nic mi już nie grozi. – Uśmiechał się szeroko, kiedy przejmował ode mnie smyczy Blanc i Shiloh. – Jestem zdrowy jak ryba. Idź sobie i odpocznij ode mnie. – Dodał żartobliwym tonem.
-Eh… Chyba będę musiała ci uwierzyć . – Westchnęłam i się lekko uśmiechnęłam. – To ja idę na zakupy! Do zobaczenia!
-Udanego polowania. Pa! – Chłopak mi pomachał ręką, a ja oddaliłam się w stronę centrum. Moim celem była wielka galeria handlowa, w której sklepów było tyle co nie miara. Zakupy zleciały mi w tempie błyskawicznym. Skończyło się na tym, że kupiłam nie tylko parę , ale 5 par butów. Botki na słupku, kolejne szpilki w kolorze morskim, wygodne, czarne trampki, koronkowe balerinki i śliczne sandałki z rzemyków. Prawie udało mi się kupić sukienkę, ale była za mała w cyckach i wyrwała mi ją jakaś wstrętna ruda baba. Kiedy wracałam było już ciemno. Na ulicach widniały pojedyncze kałuże po niewielkiej ulewie, która miała miejsce, kiedy ja w najlepsze bawiłam się galerii. Idąc skrajem chodnika obserwowałam, jak uliczne światła odbijają się w wodnych zwierciadłach. Nagle jakiś sportowy samochód gwałtownie zahamował tuż obok mnie na czerwonym świetle. To spowodowało, że woda znajdująca się na ulicy, a w sumie błoto wylądowało wprost na moich ciuchach.
-Co to za idiota! – Podeszłam do okna auta i zapukałam w szybę, która cicho się otworzyła.
-Czego blondi? – Burknęła do mnie ta sama ruda baba, która wyrwała mi z rąk sukienkę.
- Uważaj jak jeździsz! Przez ciebie ty bezmózga kobieto, jestem cała w błocie! – Wydarłam się do niej zagłuszając dudniące na cały regulator radio.
-Jak ty mnie nazwałaś tleniona blondyno?! – Ruda wysiadła z samochodu, pomimo, że właśnie światło zmieniło się na zielone i sznur samochodów za nią zaczął trąbić. – W tym błocie do twarzy, takiemu paszczurowi jak ty!
Teraz to przesadziła. Podeszła do mnie bliżej i zmierzyła mnie pogardliwym wzrokiem. Ja niewiele się zastanawiając, wykonałam kopa z półobrotu i ta wstrętna żmija dostała prosto w żebra. Zgięła się wpół i zaczęła łapczywie łapać powietrze.
-Ze mną się nie zadziera. – Prychnęłam i już miałam się odwracać, kiedy tamta wyższa ode mnie kobieta, wymierzyła mi prawy sierpowy, który trafił zamiast w mój lewy policzek, trafił na wysokości mojego lewego oka. Zatoczyłam się od tego uderzenia, które było dość mocne.
-Masz za swoje blondi! – Oddaliła się, wsiadła do swojego wozu i ruszyłam z piskiem opon, ponownie mnie ochlapując. Byłam cała w błocie. Czułam, że coś w środku mnie rozpiera. Nie wiem, czy była to wściekłość, czy moja moc, ale postanowiłam ukryć się w jakimś ciemnym zaułku. Kiedy już tam się znalazłam w napadzie złości zerwałam z siebie zabłocone ubrania. Dobrze, że chociaż moje nowe buty nie zostały uszkodzone w tym wypadku. CHOLERA! Co za jędza. Co za babsztyl. Co za kurwa ruda małpa! Oko mnie bolało a rozcięty łuk brwiowy zaczął puchnąć. Uderzyłam pięścią w ścianę.
-Au! Co za… - W dodatku rozwaliłam sobie rękę. Brawo. Przyjrzałam się swojej dłoni. Była pościerana i chyba nic więcej się nie stało, ale bolało, jak cholera.
-Lou uspokój się. – Zaczęłam mruczeć do siebie. Wzięłam głęboki wdech i wypuściłam głośno powietrze. Co teraz? Nie pójdę, przecież w samej bieliźnie przez połowę ośrodka do domu. Znaczy mi to nie bardzo przeszkadza, ale ktoś mógłby się do mnie przyczepić, a miałam już dość na dzisiaj niemiłych spotkań. Coś trzeba wymyślić. Wiem! Gdzie jest mój telefon? Rozejrzałam się w poszukiwaniach za swoją torebką. Leżała na stercie toreb z butami. Wyjęłam urządzenie i wybrałam numer Lee.
-Cześć Lou! Jak tam zakupy? – W słuchawce odezwał się znajomy głos.
-Lee! Potrzebuję cię! – Odparłam szybko.
-Co? Coś ci się stało? Jesteś ranna? – Chłopak zaczął lekko panikować.
-Nie. Znaczy tak. Znaczy nieważne. Po prostu weź jakąś swoją bluzę i przyjdź na skrzyżowanie tuż przy galerii. – Rozejrzałam się dookoła. Na szczęście nikogo tu nie ma. – Jak będziesz na miejscu to wejdź w taką ciemną uliczkę po prawej.
-Lou, co się dzieje? – Lee wydawał się zaniepokojony.
-Nic poważnego, po prostu przyjdź tu jak najszybciej dasz radę, dobrze? – Nie czekając na odpowiedź, rozłączyłam się. Stałam niespokojnie i rozglądałam się, czy czasami nikt nie idzie. Nie chciałam być tutaj zgwałcona przez jakichś meneli. Na szczęście po upływie jakichś 20 minut od mojego telefonu przybył Lee z czarną bluzą w ręku. Podeszłam do niego.
-Nareszcie! – Uśmiechnęłam się szeroko i objęłam go delikatnie na przywitanie, nie zważając, że jestem w samej bieliźnie.
[Lee?]
niedziela, 11 września 2016
Od Lou - C.D Lee
Szpitalne światło i ten charakterystyczny zapach mnie przytłaczały i przerażały jednocześnie. Siedziałam na plastikowym krzesełku i czekałam. Ten czas oczekiwania był nieznośny. To co się wydarzyło, jawiło mi się teraz niczym zły sen, z którego nadal nie mogłam się wybudzić. Widziałam tylko bladego Lee, który leży na asfalcie i się kompletnie nie rusza. Przez chwilę myślałam, że go straciłam na zawsze. Emocje targające mną były tak skrajne, że nie mogłam usiedzieć w miejscu. Wstałam i zaczęłam krążyć po pustym korytarzu. Nagle z sali operacyjnej wyszła jakaś pielęgniarka.
-Co z nim? Będzie żył? – Zasypałam ją pytaniami.
-Pani jest jego rodziną? – Zerknęła na mnie podejrzliwie.
-Nie, do cholery, jesteśmy w ośrodku, gdzie nikt nie ma swojej rodziny! – Wydarłam się na nią.
-Proszę pani, zaraz panią stąd wyproszę, jeśli się pani nie uspokoi. – Zmierzyła mnie gniewnym wzrokiem.
-Za ile koniec tej operacji? – Zignorowałam ją i spojrzałam na nią wrogo.
-Za jakieś 5 godzin. Radzę pani opuścić szpital i wrócić, kiedy pani ochłonie. – Wskazała mi bezczelnie drzwi wyjściowe.
-Chrzań się! – Mruknęłam pod nosem i usadowiłam z powrotem na krzesełku.
-Jeśli pani stąd nie wyjdzie w tej chwili to wezwę ochroniarza. – Stała nade mną i gapiła się jak sroka w gnat.
-Niech sobie pani wzywa. – Na myśl przyszły mi szczeniaki siedzące same w domu Lee. Zerwałam się na równe nogi i ruszyłam do wyjścia. Piguła stała, jak osłupiała. Dobrze jej tak. Przez 5 godzin i tak nic nie zrobię, a z maluchami trzeba wyjść i je nakarmić. Pobiegłam. Zimne powietrze owiewało mi twarz i gdy tak biegłam pozbywałam się nadmiaru emocji. Nadal jednak niepokoiłam się o życie Lee. Bałam się, że może tego nie przeżyć. To uderzenie wyglądało tak tragicznie, że bałam się z początku podejść do leżącego nieruchomo ciała czarnowłosego, w obawie, że będzie martwy. Nareszcie znalazłam się przed drzwiami mieszkania. I zdałam sobie sprawę, że nie mam do nich kluczy.
-Idiotka ze mnie. – Złapałam się za głowę. Ale po chwili wpadłam na genialny pomysł. Wyjęłam z włosów jedną z wielu wsuwek i wykrzywiłam ją odpowiednio. Takim improwizowanym wytrychem otworzyłam drzwi i weszłam do apartamentu. Szczeniaki od razu do mnie doskoczyły. Wzięłam je na smycz i czym prędzej wyprowadziłam. Skoczyłam po drodze do swojego mieszkania, gdzie wzięłam prysznic i się przebrałam. Odprowadziłam szczeniaczki z powrotem, nakarmiłam je i zajęłam zabawkami. Następnie wzięłam kilka ciuchów Lee i zatrzasnęłam za sobą drzwi do jego apartamentu. W drodze do szpitala, wstąpiłam do sklepu i kupiłam trochę owoców i wodę mineralną. Znowu wylądowałam w tym okropnym miejscu. Na szczęście pielęgniary nigdzie już nie było. Tym razem spotkałam jakiegoś miłego, starszego lekarza.
-Przepraszam, czy operacja Lee Vreinh’a dobiegła już końca? – Spytałam się grzeczniutko, jak mała dziewczynka.
-Hmm… Tak, właśnie go przewieźli na wydział ortopedii. – Staruszek spojrzał na mnie ponad okularami.
-A czy on dojdzie do siebie? – Wbiłam rozpaczliwe spojrzenie w doktorka.
-Tak. Miał dużo szczęścia. Ma złamane dwa żebra, pękniętą miednicę… - Zaczął wymieniać.
-Pękniętą miednicę?! – Moje oczy rozszerzyły się w zdumieniu, przecież to brzmi strasznie poważnie.
-Spokojnie, to nic poważnego. Miał niewielki krwotok wewnętrzny, ale na szczęście już temu zaradziliśmy. Tak samo nie ma już zagrożenia ze strony rany ciętej uda, która była dość głęboka, ale na szczęście nie uszkodziła tętnicy udowej. – Wyjaśnił rzeczowo, po czym spojrzał się na mnie. – Można powiedzieć, że pani chłopak miał dużo szczęścia w tym całym zdarzeniu.
-Ehm… Tak można tak powiedzieć. – Przytaknęłam nie wnikając już w szczegóły, że wcale nie jesteśmy parą. W sumie nie miałabym nic przeciwko, gdyby tak było. W końcu Lee to naprawdę świetny facet, na którym zawsze można polegać. Uratował obcą dziewczynkę, co według mnie było naprawdę godne podziwu, zwłaszcza, że sam mógł zginąć. Na szczęście tak się nie stało.
-W której leży sali? – Spytałam się jeszcze miłego pana doktora, który właśnie ruszał dalej.
-113. Niech się pani nie martwi, szybko z tego wyjdzie. – Mężczyzna puścił do mnie oczko i poszedł w swoją stronę. Szybko odnalazłam wskazaną salę i bez chwili wahania weszłam do pomieszczenia. Na szpitalnym łóżku leżał Lee. Jego włosy były rozpuszczone i czarne kosmyki tworzyły nieregularny wzór na białej pościeli. Chłopak spał i cicho oddychał, a jego klatka usiana licznymi kabelkami, podnosiła się i opadała. Usiadłam ostrożnie, nie wydając najmniejszego dźwięku na krześle przy jego łóżku. Chwyciłam go za rękę i położyłam głowę obok niej. Po moich policzkach spływały ciepłe łzy. Cieszyłam się, że żyje i będę mogła jeszcze ujrzeć jego złote oczy. Chyba opuszczała mnie właśnie resztka adrenaliny, bo poczułam się strasznie zmęczona. Zasnęłam.
(…) Lee spał jeszcze spał, kiedy ja uchyliłam powieki. Poszłam na chwilę do łazienki opłukać twarz. Moje odbicie w lustrze ukazywało cienie pod oczami, odgnieciony policzek i potargane włosy. Pięknie… Doprowadziłam się do porządku i wróciłam na salę.
-Hej Lou! – Lee już nie spał i niezgrabnie próbował się podnieść na poduszkach.
-Poczekaj, pomogę ci. – Opanowałam swoje emocje i pomogłam mu wygodnie się usadowić.
-Dzięki. Wszystko mnie boli. – Mruknął i potarł twarz rękoma.
-Nie dziwię się. W końcu potrącił cię samochód. – Próbowałam zachować się w miarę normalnie, ale nie wytrzymałam i go przytuliłam. – Tak się cieszę, że żyjesz. – Szepnęłam.
-Auć. –Delikatnie mnie odepchnął. – Lou nie chcę być nie miły, ale trochę mnie to boli.
-Aa, przepraszam. – Zrobiłam smutną minkę. – Nie chciałam.
-Wiem, wiem. – Zaśmiał się cicho, ale zaraz syknął z bólu. – Cholera, nawet śmiać się nie mogę.
-Masz złamane dwa żebra, to pewnie przez to. – Zmarszczyłam brwi. Sięgnęłam po przyniesione zakupy. – Chcesz się napić albo coś zjeść?
-Napiję się wody. – Sięgnął po butelkę, którą trzymałam w wyciągniętej ręce .
-Ciekawe, kiedy cię wypiszą? – Podrapałam się po ramieniu.
-Mam nadzieję, że jak najszybciej. – Mruknął. – Nienawidzę szpitali.
-Ja też. – Pokiwałam głową. – Muszę cię zostawić na trochę samego i wrócić do naszych psiaków, żeby z nimi wyjść.
-Idź, one cię bardziej potrzebują niż ja w tym momencie. – Uśmiechnął się. – Ja mam tutaj pielęgniarki.
-Niektóre są okropne. – Prychnęłam i ruszyłam w kierunku drzwi. – Do zobaczenia!
-Wracaj szybko! – Zdążyłam jeszcze to usłyszeć i w niedługim czasie znalazłam się na ulicy. Mnie też wszystko bolało od tego spania w dziwnej pozycji. Przeciągając się ruszyłam do domu Lee po Blanc i Shiloh.
[Lee?]
-Co z nim? Będzie żył? – Zasypałam ją pytaniami.
-Pani jest jego rodziną? – Zerknęła na mnie podejrzliwie.
-Nie, do cholery, jesteśmy w ośrodku, gdzie nikt nie ma swojej rodziny! – Wydarłam się na nią.
-Proszę pani, zaraz panią stąd wyproszę, jeśli się pani nie uspokoi. – Zmierzyła mnie gniewnym wzrokiem.
-Za ile koniec tej operacji? – Zignorowałam ją i spojrzałam na nią wrogo.
-Za jakieś 5 godzin. Radzę pani opuścić szpital i wrócić, kiedy pani ochłonie. – Wskazała mi bezczelnie drzwi wyjściowe.
-Chrzań się! – Mruknęłam pod nosem i usadowiłam z powrotem na krzesełku.
-Jeśli pani stąd nie wyjdzie w tej chwili to wezwę ochroniarza. – Stała nade mną i gapiła się jak sroka w gnat.
-Niech sobie pani wzywa. – Na myśl przyszły mi szczeniaki siedzące same w domu Lee. Zerwałam się na równe nogi i ruszyłam do wyjścia. Piguła stała, jak osłupiała. Dobrze jej tak. Przez 5 godzin i tak nic nie zrobię, a z maluchami trzeba wyjść i je nakarmić. Pobiegłam. Zimne powietrze owiewało mi twarz i gdy tak biegłam pozbywałam się nadmiaru emocji. Nadal jednak niepokoiłam się o życie Lee. Bałam się, że może tego nie przeżyć. To uderzenie wyglądało tak tragicznie, że bałam się z początku podejść do leżącego nieruchomo ciała czarnowłosego, w obawie, że będzie martwy. Nareszcie znalazłam się przed drzwiami mieszkania. I zdałam sobie sprawę, że nie mam do nich kluczy.
-Idiotka ze mnie. – Złapałam się za głowę. Ale po chwili wpadłam na genialny pomysł. Wyjęłam z włosów jedną z wielu wsuwek i wykrzywiłam ją odpowiednio. Takim improwizowanym wytrychem otworzyłam drzwi i weszłam do apartamentu. Szczeniaki od razu do mnie doskoczyły. Wzięłam je na smycz i czym prędzej wyprowadziłam. Skoczyłam po drodze do swojego mieszkania, gdzie wzięłam prysznic i się przebrałam. Odprowadziłam szczeniaczki z powrotem, nakarmiłam je i zajęłam zabawkami. Następnie wzięłam kilka ciuchów Lee i zatrzasnęłam za sobą drzwi do jego apartamentu. W drodze do szpitala, wstąpiłam do sklepu i kupiłam trochę owoców i wodę mineralną. Znowu wylądowałam w tym okropnym miejscu. Na szczęście pielęgniary nigdzie już nie było. Tym razem spotkałam jakiegoś miłego, starszego lekarza.
-Przepraszam, czy operacja Lee Vreinh’a dobiegła już końca? – Spytałam się grzeczniutko, jak mała dziewczynka.
-Hmm… Tak, właśnie go przewieźli na wydział ortopedii. – Staruszek spojrzał na mnie ponad okularami.
-A czy on dojdzie do siebie? – Wbiłam rozpaczliwe spojrzenie w doktorka.
-Tak. Miał dużo szczęścia. Ma złamane dwa żebra, pękniętą miednicę… - Zaczął wymieniać.
-Pękniętą miednicę?! – Moje oczy rozszerzyły się w zdumieniu, przecież to brzmi strasznie poważnie.
-Spokojnie, to nic poważnego. Miał niewielki krwotok wewnętrzny, ale na szczęście już temu zaradziliśmy. Tak samo nie ma już zagrożenia ze strony rany ciętej uda, która była dość głęboka, ale na szczęście nie uszkodziła tętnicy udowej. – Wyjaśnił rzeczowo, po czym spojrzał się na mnie. – Można powiedzieć, że pani chłopak miał dużo szczęścia w tym całym zdarzeniu.
-Ehm… Tak można tak powiedzieć. – Przytaknęłam nie wnikając już w szczegóły, że wcale nie jesteśmy parą. W sumie nie miałabym nic przeciwko, gdyby tak było. W końcu Lee to naprawdę świetny facet, na którym zawsze można polegać. Uratował obcą dziewczynkę, co według mnie było naprawdę godne podziwu, zwłaszcza, że sam mógł zginąć. Na szczęście tak się nie stało.
-W której leży sali? – Spytałam się jeszcze miłego pana doktora, który właśnie ruszał dalej.
-113. Niech się pani nie martwi, szybko z tego wyjdzie. – Mężczyzna puścił do mnie oczko i poszedł w swoją stronę. Szybko odnalazłam wskazaną salę i bez chwili wahania weszłam do pomieszczenia. Na szpitalnym łóżku leżał Lee. Jego włosy były rozpuszczone i czarne kosmyki tworzyły nieregularny wzór na białej pościeli. Chłopak spał i cicho oddychał, a jego klatka usiana licznymi kabelkami, podnosiła się i opadała. Usiadłam ostrożnie, nie wydając najmniejszego dźwięku na krześle przy jego łóżku. Chwyciłam go za rękę i położyłam głowę obok niej. Po moich policzkach spływały ciepłe łzy. Cieszyłam się, że żyje i będę mogła jeszcze ujrzeć jego złote oczy. Chyba opuszczała mnie właśnie resztka adrenaliny, bo poczułam się strasznie zmęczona. Zasnęłam.
(…) Lee spał jeszcze spał, kiedy ja uchyliłam powieki. Poszłam na chwilę do łazienki opłukać twarz. Moje odbicie w lustrze ukazywało cienie pod oczami, odgnieciony policzek i potargane włosy. Pięknie… Doprowadziłam się do porządku i wróciłam na salę.
-Hej Lou! – Lee już nie spał i niezgrabnie próbował się podnieść na poduszkach.
-Poczekaj, pomogę ci. – Opanowałam swoje emocje i pomogłam mu wygodnie się usadowić.
-Dzięki. Wszystko mnie boli. – Mruknął i potarł twarz rękoma.
-Nie dziwię się. W końcu potrącił cię samochód. – Próbowałam zachować się w miarę normalnie, ale nie wytrzymałam i go przytuliłam. – Tak się cieszę, że żyjesz. – Szepnęłam.
-Auć. –Delikatnie mnie odepchnął. – Lou nie chcę być nie miły, ale trochę mnie to boli.
-Aa, przepraszam. – Zrobiłam smutną minkę. – Nie chciałam.
-Wiem, wiem. – Zaśmiał się cicho, ale zaraz syknął z bólu. – Cholera, nawet śmiać się nie mogę.
-Masz złamane dwa żebra, to pewnie przez to. – Zmarszczyłam brwi. Sięgnęłam po przyniesione zakupy. – Chcesz się napić albo coś zjeść?
-Napiję się wody. – Sięgnął po butelkę, którą trzymałam w wyciągniętej ręce .
-Ciekawe, kiedy cię wypiszą? – Podrapałam się po ramieniu.
-Mam nadzieję, że jak najszybciej. – Mruknął. – Nienawidzę szpitali.
-Ja też. – Pokiwałam głową. – Muszę cię zostawić na trochę samego i wrócić do naszych psiaków, żeby z nimi wyjść.
-Idź, one cię bardziej potrzebują niż ja w tym momencie. – Uśmiechnął się. – Ja mam tutaj pielęgniarki.
-Niektóre są okropne. – Prychnęłam i ruszyłam w kierunku drzwi. – Do zobaczenia!
-Wracaj szybko! – Zdążyłam jeszcze to usłyszeć i w niedługim czasie znalazłam się na ulicy. Mnie też wszystko bolało od tego spania w dziwnej pozycji. Przeciągając się ruszyłam do domu Lee po Blanc i Shiloh.
[Lee?]
czwartek, 8 września 2016
Od Lou - C.D Lee
Zaśnięcie na kanapie nie przypadło mi do gustu. To nie była moja kanapa. Tak, nagle sobie uświadomiłam, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż wcale nie znajduję się we własnym mieszkaniu. Na mojej sofie spało się dużo wygodniej. Otworzyłam oczy, lecz dookoła było cholernie ciemno. Gdziekolwiek się znajdowałam wszyscy już spali. Zerwałam się do pionu i usiadłam na brzegu sofy. W głowie nadal mi szumiało , a świat nie do końca chciał ustać w jednym miejscu. Miałam na sobie sukienkę. Cholera, jak ja nienawidzę spać w ciuchach. Zdjęłam majtki i rzuciłam je gdzieś w ciemność. Wstałam i chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę kuchni, po drodze zawadzając o jakieś rzeczy. W pewnym momencie się zachwiałam i złapałam szafki, która lekko się przechyliła i coś z łoskotem spadło na ziemię.
-Upsik… - Zachichotałam po cichu do siebie. – Przepraszam książeczki.
Nagle stwierdziłam, że sukienka mnie dusi. Po paru niezgrabnych próbach zdjęcia ubrania z siebie, zaplątałam się całkowicie w materiał. Zmęczona tą batalią i bardzo wkurzona, chwyciłam tkaninę w dwie ręce i jednym gwałtownym ruchem rozdarłam na dwoje i dawna sukienka opadła swobodnie na ziemię. Wkurzona na głupią sukienkę wzięłam ją i rzuciłam przed siebie. Trafiła chyba na jakąś sporych rozmiarów roślinę w doniczce. Może lepiej będzie się spełniała w roli łańcucha na choinkę niż jako moje odzienie. Zostałam w szpilkach i staniku. I w takim stroju trafiłam do kuchni. Chciało mi się strasznie pić. Znalazłam jakąś szklankę, ale wyślizgnęła mi się z rąk i trochę się stłukła.
-Auć, to musiało zaboleć… - Mruknęłam pod nosem i zajrzałam do lodówki, gdzie znalazłam zimną puszkę coli. No nareszcie coś co się nie potłucze. Otworzyłam i spieniona ciecz wylądowała na moim biuście.
-Kurwa, i co teraz? – Spojrzałam na zachlapany stanik, a potem na lodówkę. Rozpięłam zapięcie i wrzuciłam na jedną z półek w lodówce. – No tutaj powinno wyschnąć.
Resztę pozostałej coli wypiłam za jednym łykiem. Ale ulga. Jednak przez to picie, poczułam nagłą potrzebę skorzystania z łazienki. Wyruszyłam na poszukiwania tego jakże ważnego pomieszczenia. Parę razy obiłam się o coś i chyba po drodze stłukłam coś. Wreszcie dostrzegłam światełko w tunelu. Znaczy białe drzwi z charakterystycznymi otworami na dole. To jednoznacznie dawało do zrozumienia, że odnalazłam łazienkę. Chcąc zapalić światło, zahaczyłam ręką o obraz, który wisiał kilka centymetrów od włącznika. Jak można było się domyślić, obraz spadł. Niech sobie leży, było nie wieszać tak blisko łazienki! Weszłam załatwiłam co musiałam, umyłam ręce i zdjęłam buty. Zaczęły mnie trochę uwierać, więc za karę wylądowały w kabinie prysznicowej.
-Niegrzeczne buciki! – Pomachałam im palcem i wyszłam z łazienki. Po omacku trafiłam do jakiegoś pokoju, gdzie moim oczom ukazało się łóżko z prawdziwego zdarzenia. A w łóżku spał jeszcze jakiś facet! Rzuciłam się na miękki materac i odpłynęłam z powrotem w śnie.
(…)– Lou? Masz piękne kształty, ale… – Do moich uszu doleciał znajomy głos. Uniosłam ociężałe powieki. Przede mną leżał, a w sumie prawie siedział Lee. Miał nagi tors i machał mi rękoma prawie przed nosem. Zerknęłam na siebie. Byłam całkiem naga. O matko!
-Czy między nami do czegoś doszło? – Zmarszczyłam brwi, głowa mi pękała, a mój głos był zachrypnięty.
-Raczej nie… - Odparł niepewnie Lee, patrząc na mnie podejrzliwie. Zwlekłam się z łóżka. Wszystko mnie bolało a w głowie coś świdrowało tak, że oprócz bólu czułam dziwne zawroty. Na komodzie leżała czarna koszulka. Niepewnie stawiając kroki podeszłam do mebla i wzięłam ją.
-Mogę? – Zerknęłam w stronę czarnowłosego, który nadal był lekko wstrząśnięty tym co się działo. Tylko jak ja wylądowałam naga w jego łóżku?
-Jasne. – Pokiwał głową i również wstał z łóżka. Założyłam sprawnie dużo za dużą koszulkę na siebie i wyruszyłam na poszukiwanie swoich rzeczy. Kiedy wyszłam z sypialni i zagłębiałam się w resztę mieszkania, dostrzegłam dość spory bałagan. Ciekawe co tu się wydarzyło?
-Lee, chyba musisz trochę tu posprzątać. – Zwróciłam się do czarnowłosego, który stanął obok mnie i badał wzrokiem rozmiary zniszczenia. Nie odezwał się tylko zaczął to wszystko ogarniać. Podniósł strzępy mojej sukienki. Przyjrzał się temu uważnie, a następnie mi. Wtedy sobie przypomniałam co wyprawiałam w nocy. Załamana usiadłam na sofie, obok której na stoliku do kawy leżały moje stringi. Ten widok dobił mnie jeszcze bardziej. Przypomniałam sobie także wydarzenia u Enzo i to, jak kazał mi się wynosić. A także moment, w którym pomyliłam mieszkanie Lee ze swoim i zlana w trupa wparowałam do niego. Podparłam głowę na dłoniach, a łokcie na udach. W takiej pozycji zastał mnie Lee. Miał ze sobą szklankę wody i jakąś tabletkę.
-Połknij to, powinno pomóc na kaca. – Zerknął na moje stringi. – Cóż… To chyba twoje, prawda?
-Tak. – Zgarnęłam majtki i położyłam obok siebie. – A masz coś na kaca moralnego?
-Aktualnie chyba nie posiadam. – Uśmiechnął się leciutko.
-Przepraszam cię Lee. Miałeś rację co do Enzo, a ja jeszcze… Jestem żałosna. – Załamałam się całkowicie. Zapadła cisza. No jasne, przecież na takie beznadziejne wyżalanie się to nawet nie ma sensu reagować. Jednak po chwili milczenia, chłopak przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Ten gest mnie zaskoczył, jednocześnie dając mi poczucie wsparcia ze strony Lee. Co ciekawe sama wtuliłam się w niego mocniej i przymknęłam oczka.
-Dziękuję. – Szepnęłam. Po dłużej trwającej chwili naszego uścisku, usłyszeliśmy popiskiwanie piesków.
-Chyba trzeba z nimi wyjść. – Odparł cicho.
-Jeśli nie chcesz mieć więcej sprzątania, to radzę z nimi iść. – Uśmiechnęłam się pod nosem. Chłopak ostrożnie wypuścił mnie z ramion i poszedł się ubrać, by wyjść z naszymi szczeniakami.
-Z chęcią bym poszła z wami, ale… - Spojrzałam na swoje ubranie, składające się nadal jedynie z koszulki Lee. – Moja sukienka jest w strzępach.
-Nie wiem, co ty robiłaś w nocy, ale trochę żałuję, że tego nie widziałem. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Wziął smycze i wyszedł na zewnątrz. Poszłam do łazienki, by doprowadzić się do w miarę normalnego stanu. Uczesałam się, umyłam twarz, przepłukałam usta… Chciałam wziąć prysznic, ale w kabinie znalazłam swoje szpilki. Cholera! Co ja robię ze swoim życiem? Przecież wystarczyłoby odrobinę wilgoci i moje piękne zamszowe szpilki szlag by trafił. Jaka ja nierozsądna. Moje wewnętrzne refleksje zostały przerwane przez odgłos otwieranych drzwi wejściowych. Wychyliłam się z łazienki i zobaczyłam znowu ją! Elizę.
- Co ty tutaj robisz do cholery o tej porze? – Podniosłam głos, jednak natychmiast tego pożałowałam, bo moją głowę przeszył ostry ból.
-Raczej co ty tutaj robisz? I w dodatku w koszulce Lee?! – Jej głosik stał się piskliwy. Chyba ją zazdrość zżerała.
-Nie twój interes mała gówniaro. – Prychnęłam.
-Tak.. Pewnie się schlałaś i pogubiłaś wszystkie ciuchy… Idiotka. – Spojrzała na mnie z pogardą i ruszyła do lodówki. -Zrobię śniadanko mojemu kochanemu Lee.
To dziecko mnie strasznie wkurzało. Rządziła się w cudzym domu, jak u siebie. I jeszcze gadała, jakby nie miałam piątej klepki.
-A wiesz co twój „kochany” jada na śniadanie? – Zapytałam się sarkastycznie.
-Niee, ale zaraz zobaczę co ma w lodówce. – Otworzyła drzwi lodówki i wyjęła z niego mój stanik. – Po rozmiarze chyba mogę stwierdzić, że twój. Taki baleron, jak ty ma odpowiedni balast. Dziwię się, że taki kawałek materiału i koronki utrzymuje tyle tłuszczu.
-Ty mała jędzo! – Ruszyłam w jej kierunku. Tamta rzuciła się na mnie z pazurami. Zaczęłyśmy się szarpać za włosy i dziko piszczeć. Eliza pojechała długim paznokciem po moim policzku, co odrobinę zabolało. Ja natomiast pociągnęłam ją trochę mocniej za włosy, tak że w mojej garści pozostało sporo kasztanowych kosmyków. Nagle w progu kuchni stanął Lee, a u jego nóg kręciły się szczeniaki, które zaczęły piskliwie poszczekiwać. Odczepiłam się od młodej, która trzymała w ręku mój stanik. Eliza spoglądała na swego idola oczami okrągłymi jak spodki. Zaczęła ronić pojedyncze łzy.
-Lee! – Zawyła żałośnie. – Ona się na mnie rzuciła!
Świetne zagranie ze strony tej diablicy w ciele nastolatki. Najlepiej wszystko zwalić na nieokrzesaną Lou.
[Lee?]
-Upsik… - Zachichotałam po cichu do siebie. – Przepraszam książeczki.
Nagle stwierdziłam, że sukienka mnie dusi. Po paru niezgrabnych próbach zdjęcia ubrania z siebie, zaplątałam się całkowicie w materiał. Zmęczona tą batalią i bardzo wkurzona, chwyciłam tkaninę w dwie ręce i jednym gwałtownym ruchem rozdarłam na dwoje i dawna sukienka opadła swobodnie na ziemię. Wkurzona na głupią sukienkę wzięłam ją i rzuciłam przed siebie. Trafiła chyba na jakąś sporych rozmiarów roślinę w doniczce. Może lepiej będzie się spełniała w roli łańcucha na choinkę niż jako moje odzienie. Zostałam w szpilkach i staniku. I w takim stroju trafiłam do kuchni. Chciało mi się strasznie pić. Znalazłam jakąś szklankę, ale wyślizgnęła mi się z rąk i trochę się stłukła.
-Auć, to musiało zaboleć… - Mruknęłam pod nosem i zajrzałam do lodówki, gdzie znalazłam zimną puszkę coli. No nareszcie coś co się nie potłucze. Otworzyłam i spieniona ciecz wylądowała na moim biuście.
-Kurwa, i co teraz? – Spojrzałam na zachlapany stanik, a potem na lodówkę. Rozpięłam zapięcie i wrzuciłam na jedną z półek w lodówce. – No tutaj powinno wyschnąć.
Resztę pozostałej coli wypiłam za jednym łykiem. Ale ulga. Jednak przez to picie, poczułam nagłą potrzebę skorzystania z łazienki. Wyruszyłam na poszukiwania tego jakże ważnego pomieszczenia. Parę razy obiłam się o coś i chyba po drodze stłukłam coś. Wreszcie dostrzegłam światełko w tunelu. Znaczy białe drzwi z charakterystycznymi otworami na dole. To jednoznacznie dawało do zrozumienia, że odnalazłam łazienkę. Chcąc zapalić światło, zahaczyłam ręką o obraz, który wisiał kilka centymetrów od włącznika. Jak można było się domyślić, obraz spadł. Niech sobie leży, było nie wieszać tak blisko łazienki! Weszłam załatwiłam co musiałam, umyłam ręce i zdjęłam buty. Zaczęły mnie trochę uwierać, więc za karę wylądowały w kabinie prysznicowej.
-Niegrzeczne buciki! – Pomachałam im palcem i wyszłam z łazienki. Po omacku trafiłam do jakiegoś pokoju, gdzie moim oczom ukazało się łóżko z prawdziwego zdarzenia. A w łóżku spał jeszcze jakiś facet! Rzuciłam się na miękki materac i odpłynęłam z powrotem w śnie.
(…)– Lou? Masz piękne kształty, ale… – Do moich uszu doleciał znajomy głos. Uniosłam ociężałe powieki. Przede mną leżał, a w sumie prawie siedział Lee. Miał nagi tors i machał mi rękoma prawie przed nosem. Zerknęłam na siebie. Byłam całkiem naga. O matko!
-Czy między nami do czegoś doszło? – Zmarszczyłam brwi, głowa mi pękała, a mój głos był zachrypnięty.
-Raczej nie… - Odparł niepewnie Lee, patrząc na mnie podejrzliwie. Zwlekłam się z łóżka. Wszystko mnie bolało a w głowie coś świdrowało tak, że oprócz bólu czułam dziwne zawroty. Na komodzie leżała czarna koszulka. Niepewnie stawiając kroki podeszłam do mebla i wzięłam ją.
-Mogę? – Zerknęłam w stronę czarnowłosego, który nadal był lekko wstrząśnięty tym co się działo. Tylko jak ja wylądowałam naga w jego łóżku?
-Jasne. – Pokiwał głową i również wstał z łóżka. Założyłam sprawnie dużo za dużą koszulkę na siebie i wyruszyłam na poszukiwanie swoich rzeczy. Kiedy wyszłam z sypialni i zagłębiałam się w resztę mieszkania, dostrzegłam dość spory bałagan. Ciekawe co tu się wydarzyło?
-Lee, chyba musisz trochę tu posprzątać. – Zwróciłam się do czarnowłosego, który stanął obok mnie i badał wzrokiem rozmiary zniszczenia. Nie odezwał się tylko zaczął to wszystko ogarniać. Podniósł strzępy mojej sukienki. Przyjrzał się temu uważnie, a następnie mi. Wtedy sobie przypomniałam co wyprawiałam w nocy. Załamana usiadłam na sofie, obok której na stoliku do kawy leżały moje stringi. Ten widok dobił mnie jeszcze bardziej. Przypomniałam sobie także wydarzenia u Enzo i to, jak kazał mi się wynosić. A także moment, w którym pomyliłam mieszkanie Lee ze swoim i zlana w trupa wparowałam do niego. Podparłam głowę na dłoniach, a łokcie na udach. W takiej pozycji zastał mnie Lee. Miał ze sobą szklankę wody i jakąś tabletkę.
-Połknij to, powinno pomóc na kaca. – Zerknął na moje stringi. – Cóż… To chyba twoje, prawda?
-Tak. – Zgarnęłam majtki i położyłam obok siebie. – A masz coś na kaca moralnego?
-Aktualnie chyba nie posiadam. – Uśmiechnął się leciutko.
-Przepraszam cię Lee. Miałeś rację co do Enzo, a ja jeszcze… Jestem żałosna. – Załamałam się całkowicie. Zapadła cisza. No jasne, przecież na takie beznadziejne wyżalanie się to nawet nie ma sensu reagować. Jednak po chwili milczenia, chłopak przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Ten gest mnie zaskoczył, jednocześnie dając mi poczucie wsparcia ze strony Lee. Co ciekawe sama wtuliłam się w niego mocniej i przymknęłam oczka.
-Dziękuję. – Szepnęłam. Po dłużej trwającej chwili naszego uścisku, usłyszeliśmy popiskiwanie piesków.
-Chyba trzeba z nimi wyjść. – Odparł cicho.
-Jeśli nie chcesz mieć więcej sprzątania, to radzę z nimi iść. – Uśmiechnęłam się pod nosem. Chłopak ostrożnie wypuścił mnie z ramion i poszedł się ubrać, by wyjść z naszymi szczeniakami.
-Z chęcią bym poszła z wami, ale… - Spojrzałam na swoje ubranie, składające się nadal jedynie z koszulki Lee. – Moja sukienka jest w strzępach.
-Nie wiem, co ty robiłaś w nocy, ale trochę żałuję, że tego nie widziałem. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Wziął smycze i wyszedł na zewnątrz. Poszłam do łazienki, by doprowadzić się do w miarę normalnego stanu. Uczesałam się, umyłam twarz, przepłukałam usta… Chciałam wziąć prysznic, ale w kabinie znalazłam swoje szpilki. Cholera! Co ja robię ze swoim życiem? Przecież wystarczyłoby odrobinę wilgoci i moje piękne zamszowe szpilki szlag by trafił. Jaka ja nierozsądna. Moje wewnętrzne refleksje zostały przerwane przez odgłos otwieranych drzwi wejściowych. Wychyliłam się z łazienki i zobaczyłam znowu ją! Elizę.
- Co ty tutaj robisz do cholery o tej porze? – Podniosłam głos, jednak natychmiast tego pożałowałam, bo moją głowę przeszył ostry ból.
-Raczej co ty tutaj robisz? I w dodatku w koszulce Lee?! – Jej głosik stał się piskliwy. Chyba ją zazdrość zżerała.
-Nie twój interes mała gówniaro. – Prychnęłam.
-Tak.. Pewnie się schlałaś i pogubiłaś wszystkie ciuchy… Idiotka. – Spojrzała na mnie z pogardą i ruszyła do lodówki. -Zrobię śniadanko mojemu kochanemu Lee.
To dziecko mnie strasznie wkurzało. Rządziła się w cudzym domu, jak u siebie. I jeszcze gadała, jakby nie miałam piątej klepki.
-A wiesz co twój „kochany” jada na śniadanie? – Zapytałam się sarkastycznie.
-Niee, ale zaraz zobaczę co ma w lodówce. – Otworzyła drzwi lodówki i wyjęła z niego mój stanik. – Po rozmiarze chyba mogę stwierdzić, że twój. Taki baleron, jak ty ma odpowiedni balast. Dziwię się, że taki kawałek materiału i koronki utrzymuje tyle tłuszczu.
-Ty mała jędzo! – Ruszyłam w jej kierunku. Tamta rzuciła się na mnie z pazurami. Zaczęłyśmy się szarpać za włosy i dziko piszczeć. Eliza pojechała długim paznokciem po moim policzku, co odrobinę zabolało. Ja natomiast pociągnęłam ją trochę mocniej za włosy, tak że w mojej garści pozostało sporo kasztanowych kosmyków. Nagle w progu kuchni stanął Lee, a u jego nóg kręciły się szczeniaki, które zaczęły piskliwie poszczekiwać. Odczepiłam się od młodej, która trzymała w ręku mój stanik. Eliza spoglądała na swego idola oczami okrągłymi jak spodki. Zaczęła ronić pojedyncze łzy.
-Lee! – Zawyła żałośnie. – Ona się na mnie rzuciła!
Świetne zagranie ze strony tej diablicy w ciele nastolatki. Najlepiej wszystko zwalić na nieokrzesaną Lou.
[Lee?]
poniedziałek, 5 września 2016
Od Lou - C.D Lee
Kiedy odnalazła się Blanc poczułam nieopisaną ulgę. Strasznie się do niej przywiązałam i gdybym ją teraz straciła, w dodatku z własnej winy, to nie wiem jakbym spojrzała na siebie w lustrze. Dziewczyna, która ją trzymała wydała mi się na pierwszy rzut oka dość uroczym stworzeniem o niewinnych niebieskich oczach i burzy kasztanowych włosów. Jednak, kiedy zawitała u progu mieszkania Lee zaczęłam wątpić w jej niewinność. Przeczuwałam jakieś niezbyt korzystne rozwinięcie sytuacji.
-Zapraszam w moje skromne progi, panno Elizo. – Odparł niepewnie czarnowłosy. Młoda weszła energicznie do mieszkania i bez żadnego skrępowania rozejrzała się ciekawsko dokoła.
-Całkiem przytulnie tutaj sobie mieszkasz. – Mruknęła pod nosem, po czym podbiegła do Blanc i Shiloh, które się razem bawiły u moich stóp. – Jakie one są urocze. Chciałabym mieć tą białą. Jak ona miała?
-Blanc. – Odparłam i powoli się schyliłam by ją wziąć na ręce. – Jest moja i nie mam zamiaru nikomu jej oddać.
-Phi… Co za idiotyczne imię… - Młoda prychnęła i ubiegła moje zamiary. Sunia wylądowała w jej drobnych ramionach. – Kto je w ogóle wymyślił? Ty Lee?
Ta bezczelna dziewucha olała mnie całkowicie i wlepiła maślany wzrok w gospodarza tego dobytku. Wyglądała, jakby się w nim conajmniej zauroczyła.
-Nie ja, tylko Lou. – Chłopak wskazał na mnie z lekko zakłopotaną miną. Dziewczyna odwróciła się w moją stronę i zmierzyła mnie pogardliwym wzrokiem.
-Widać, że nie grzeszy inteligencją. – Zadarła nosa i znowu zwróciła swe niebieskie ślepia w kierunku Lee. Ta … Ta… mała, jędza śmiała mnie obrazić.
-Ty! – Zaczęła mi drgać powieka. Spokojnie Lou, to tylko niewychowany bachor. Mój głos był łagodny jak u baranka. – A ty jakbyś ją nazwała?
-Pearl. Wyjątkowa, czysta, bez skazy i doskonała w swojej prostocie. – Przymilnym głosikiem szczebiotała do swojego bożyszcza. Odłożyła Blanc na podłogę i chwyciła chłopaka pod ramię. – Mogę prosić o filiżankę herbatki?
- Właśnie miałem to zaproponować. – Lee wydawał się być przyparty do muru. Eliza wnerwiała mnie strasznie, ale mimo to poszłam za nimi. Usiadłam przy stole, by dokończyć swoją herbatę.
- Późno się zrobiło. – Powiedziałam głośno. – Małe dzieci powinny już spać.
-Właśnie, co ty tutaj jeszcze robisz? – Elizabeth spojrzała na mnie z wyższością. Zatkało mnie. Patrzyłam się na nią szeroko otwartymi oczyma i nie mogłam uwierzyć w jej niewyparzony jęzor.
-Cóż Elizo, to mój gość, a ja nie mam pretensji, że Lou nadal u mnie jest… - Lee odezwał się za mnie.
-Hmm… Skoro tak… - Mały paszczur przekrzywił głowę w zamyśleniu. – Ja też jestem twoim gościem, więc nie będziesz miał nic przeciwko, jak zostanę tutaj na noc?
Mężczyzna spojrzał się na nią dziwnie.
-Jednodniowi goście nie mogą dostąpić takiego zaszczytu, przykro mi młoda. – W jego głosie słychać było lekką irytację. Brawo! Nie tylko mnie ona wkurzała. Lee też widocznie zaczęła działać na nerwy.
-Ja się nie zaliczam do gości jednodniowych, prawda? - Uśmiechnęłam się zwycięsko. A co pocisnę ją do końca, aż jej w pięty pójdzie. Było mnie nie obrażać. - Czyli mogę zostać na noc?
Chłopak spogląda na mnie zdziwiony swoimi złotymi oczkami.
-No, ty to co innego, Lou. – Jego twarz przecina uśmieszek. Młoda jest widocznie zawiedziona odpowiedzią swojego idola.
-Lou sru… Przecież ten czerwonooki królik jest głupszy od mojego buta! – Wytknęła mnie palcem i buntowniczo tupnęła swoją cienką nóżką.
- Królik?- Moje brwi powędrowały do góry. – HAHAHA!- Wybuchnęłam głośnym, niekontrolowanym śmiechem.
-Króliki są przecież urocze. – Dodał Lee śmiejąc się cicho. Eliza szybko wychyliła swoją herbatę i szybkim krokiem doskoczyła do drzwi.
-Jeszcze tu wrócę. – Prcyhnęła i rzuciła mi złowieszczy uśmiech,a do chłopaka puściła oczko. Zamknęła za sobą drzwi, o dziwo nie trzaskając nimi. Spojrzałam rozbawiona na czarnowłosego.
-Jaki bulwers! – Zaśmiałam się. – Ta dziewczynka chyba bardzo poważnie się w tobie zadurzyła, a we mnie widzi swojego największego wroga.
-A ma powód, żeby widzieć w tobie wroga? Hmm? – Założył ręce na klatce piersiowej i w cwanym uśmieszku podniósł jedną brew do góry. To dowalił z grubej rury.
-No, a jak? Przecież zostaję u ciebie na noc. – Podeszłam bliżej i mrugnęłam do niego. – Blanc się ucieszy, że może sobie dłużej z braciszkiem pobyć.
-Coś mi się wydaje, że nie tylko ona. – Uśmieszek nadal nie schodził mu z ust.
-Jutro widzę się znowu z Enzo. Idę do niego na kolację. – Oznajmiłam z uśmiechem. Natomiast mina Lee jakoś zrzedła. – Nadal jesteś uprzedzony do mojego brata?
-Ja? Wcale. – Mruknął. – Gdzie chcesz spać?
-Chyba prześpię się na kanapie. – Odparłam niezrażona jego nagłą zmianą humoru.
-Jak sobie życzysz. Przyniosę ci koc i poduszki. – Poszedł, gdzieś w głąb swojego apartamentu. Gdy tak nagle zaczął mówić o spaniu, zachciało mi się niesamowicie położyć i zasnąć kamiennym snem. Poszłam do łazienki, gdzie wzięłam szybki prysznic i pozostając w samej bieliźnie wyszłam do salonu, w którym miałam spać. Nie czułam się skrępowana,gdyż no … widzieliśmy się już w bardziej skromnych odzieniach. Chyba jednak mimo naszych doświadczeń, Lee był zaskoczony moim strojem.
-Nie lubię spać w ciuchach, a nie chce mi się lecieć do domku po koszulę nocną. – Ziewnęłam zakrywając usta dłonią. – Jestem padnięta.
- Mi to nie przeszkadza. – Znowu powrócił mu na usta ten specyficzny uśmieszek. Eh, co ja poradzę, że mam takie piękne ciałko? No nic. – A czemu jesteś taka wykończona? Przecież nawet nie ma 22…
-A bo najpierw ten basen, gdzie prawie się utopiłam a potem jeszcze zniknięcie Blanc… Sporo emocji i trochę mnie to zmęczyło. – Machnęłam ręką i ułożyłam sobie przyniesione poduszki i kocyk, tak aby móc wygodnie się ułożyć do snu.
-Czekaj, czekaj. – Lee pokręcił głową. – Czy ja dobrze usłyszałem, że się prawie utopiłaś?
-No taak. – Położyłam się na sofie i przykryłam kocem. – Wiesz uczyłam się nurkować i coś nie mi to nie za dobrze poszło. Dobrze, że mnie Enzo uratował. – Przemilczałam jego dziwne rozbawienie, podczas kiedy ja ledwo uszłam z życiem. To nie musiało nic oznaczać, a Lee pewnie w ogóle już by pałał do niego nienawiścią, chociaż nie wiem komlpetnie z jakiego powodu. Zanim czarnowłosy zdążył to skomentować, ja zdążyłam odpłynąć w przyjemnym śnie.
(…)
Dochodziła 19. Szłam szybkim krokiem, by nie spóźnić się do mojego brata. Stanęłam przed drzwiami, za którymi miało znajdować się mieszkanie Enzo. Wzięłam głęboki oddech i zapukałam. Po chwili pojawił się jasnowłosy chłopak i wpuścił mnie do środka.
-Witaj Lou! – Uściskał mnie przyjaźnie. – Przygotowałem dla ciebie coś specjalnego.
-To znaczy? – Moja brew powędrowała ku górze.
-Same pyszności, czyli cudowną pizzę własnej roboty. – Uśmiechnął się nieskromnie.
-Hmm… Pizza? Zaraz zobaczymy, czy przypadnie mi do gustu. – Pokazałam mu język.
-Na pewno. – Zaprowadził mnie do salonu, gdzie na stole leżał olbrzymi talerz, na którym przepięknie prezentowało się cienkie ciasto z mnóstwem dodatków. Ślinka naleciała mi do kącików ust. Zabraliśmy się za jedzenie. W trakcie posiłku rozmawialiśmy na luźne tematy. Nie było żadnych niewygodnych pytań, ani dziwnych zachowań. Było naprawdę miło. Po zjedzeniu połowy pizzy, oboje mieliśmy dość.
-Trochę za dużo, jak na naszą dwójkę, nie sądzisz? – Uśmiechnęłam się błogo, najedzona i zadowolona.
-Może trochę… - Enzo przyznał mi rację, nieznacznie kiwając głową. – Chcesz się czegoś napić?
- A co proponujesz? – Zerknęłam na spokojną twarz mojego brata. Wyglądał na zrelaksowanego.
- A mam taki fajny napój, zaraz ci go przyniosę. – Powoli wstał z miejsca i poszedł do kuchni. Po chwili wrócił z dwoma szklaneczkami, w których znajdował się ciemny płyn. Powąchałam. Czuć było jakby słodycz jakiegoś owocu.
-Co to? – Zerknęłam zaciekawiona na Enzo.
-To bardzo dobry napój energetyczny. – Uśmiechnął się szeroko. – O dość naturalnym składzie.
-Cóż…. Spróbujmy. – Łyknęłam odrobinkę. Był naprawdę dobry. Wypiłam całą szklaneczkę. Powiem szczerze, po tej pizzy strasznie chciało mi się pić, gdyż duża ilość przypraw spowodowała u mnie pragnienie.
-Chcesz jeszcze? – Chłopak jakby czytając mi w myślach zaproponował kolejną szklaneczkę. Zgodziłam się. Wypiłam jeszcze dwie i zaczęłam się dziwnie czuć. Było mi jakoś lekko, a obraz dokoła zaczął się jakby rozmazywać. Kręciło mi się także delikatnie w głowie.
-Enszoo… Bo ja mym pytankho. – Mój język się dziwnie plątał. – Szy tu nie ma szadnego alkoholu? – Wskazałam palcem na pustą szklaneczkę.
-A była wódeczka. I to w dość dużej ilości. – Na jego ustach pojawił się ironiczny uśmieszek.
-Ale… Pszeciesz ja nie lubię alkoholu. – Mruknęłam zdumiona. – Fujka.
-Tutaj ci nie przeszkadzał i jak widzę nawet całkiem nieźle na ciebie zadziałał. – Zaśmiał się szyderczo. – Wiesz? Teraz możesz sobie już iść i więcej się ze mną nie spotykać. Nie chce mi się dalej z tobą bawić w rodzinkę. Chociaż było całkiem zabawnie.
-Szo ty mófisz? – Co ona za głupoty plecie?
-Dowiedziałem się tego, co mi było potrzebne, a teraz spadaj. – Enzo szarpnął mnie i otworzył drzwi od mieszkania. – Wypad.
-Źle z tobą, szo nie? – Popatrzyłam się na lekko rozmazaną twarz białowłosego. – Frócę jak się poczujesz lepiej, dopsze? – Nie czekając na odpowiedź. Chwiejnym krokiem ruszyłam w drogę powrotną. Dłużyła mi się ona niemiłosiernie. Może, gdyby chodnik był jeden a nie trzy i w dodatku ruchome poszłoby mi to szybciej. Tuż przed drzwiami do mieszkania, dotarło do mnie, że mój brat nie chce mnie znać. Rozpłakałam się. Wyjęłam klucz i próbując trafić w uciekający przede mną zamek zanosiłam się płaczem. W końcu trafiłam w dziurkę, ale klucz nie pasował. Łzy zostały zastąpione wściekłością. Zaczęłam walić w drzwi. O dziwo, nagle się otworzyły i stanął w nich pan z kiteczką. A za nim ta mała zołza.
-A szo wy robicie w moim mieszkaniu?! – Moje zdziwienie nie znało granic. – Umafiasz się z nią thutaj na tajne schadzki?
[Lee? Pijana Lou w akcji ^^]
-Zapraszam w moje skromne progi, panno Elizo. – Odparł niepewnie czarnowłosy. Młoda weszła energicznie do mieszkania i bez żadnego skrępowania rozejrzała się ciekawsko dokoła.
-Całkiem przytulnie tutaj sobie mieszkasz. – Mruknęła pod nosem, po czym podbiegła do Blanc i Shiloh, które się razem bawiły u moich stóp. – Jakie one są urocze. Chciałabym mieć tą białą. Jak ona miała?
-Blanc. – Odparłam i powoli się schyliłam by ją wziąć na ręce. – Jest moja i nie mam zamiaru nikomu jej oddać.
-Phi… Co za idiotyczne imię… - Młoda prychnęła i ubiegła moje zamiary. Sunia wylądowała w jej drobnych ramionach. – Kto je w ogóle wymyślił? Ty Lee?
Ta bezczelna dziewucha olała mnie całkowicie i wlepiła maślany wzrok w gospodarza tego dobytku. Wyglądała, jakby się w nim conajmniej zauroczyła.
-Nie ja, tylko Lou. – Chłopak wskazał na mnie z lekko zakłopotaną miną. Dziewczyna odwróciła się w moją stronę i zmierzyła mnie pogardliwym wzrokiem.
-Widać, że nie grzeszy inteligencją. – Zadarła nosa i znowu zwróciła swe niebieskie ślepia w kierunku Lee. Ta … Ta… mała, jędza śmiała mnie obrazić.
-Ty! – Zaczęła mi drgać powieka. Spokojnie Lou, to tylko niewychowany bachor. Mój głos był łagodny jak u baranka. – A ty jakbyś ją nazwała?
-Pearl. Wyjątkowa, czysta, bez skazy i doskonała w swojej prostocie. – Przymilnym głosikiem szczebiotała do swojego bożyszcza. Odłożyła Blanc na podłogę i chwyciła chłopaka pod ramię. – Mogę prosić o filiżankę herbatki?
- Właśnie miałem to zaproponować. – Lee wydawał się być przyparty do muru. Eliza wnerwiała mnie strasznie, ale mimo to poszłam za nimi. Usiadłam przy stole, by dokończyć swoją herbatę.
- Późno się zrobiło. – Powiedziałam głośno. – Małe dzieci powinny już spać.
-Właśnie, co ty tutaj jeszcze robisz? – Elizabeth spojrzała na mnie z wyższością. Zatkało mnie. Patrzyłam się na nią szeroko otwartymi oczyma i nie mogłam uwierzyć w jej niewyparzony jęzor.
-Cóż Elizo, to mój gość, a ja nie mam pretensji, że Lou nadal u mnie jest… - Lee odezwał się za mnie.
-Hmm… Skoro tak… - Mały paszczur przekrzywił głowę w zamyśleniu. – Ja też jestem twoim gościem, więc nie będziesz miał nic przeciwko, jak zostanę tutaj na noc?
Mężczyzna spojrzał się na nią dziwnie.
-Jednodniowi goście nie mogą dostąpić takiego zaszczytu, przykro mi młoda. – W jego głosie słychać było lekką irytację. Brawo! Nie tylko mnie ona wkurzała. Lee też widocznie zaczęła działać na nerwy.
-Ja się nie zaliczam do gości jednodniowych, prawda? - Uśmiechnęłam się zwycięsko. A co pocisnę ją do końca, aż jej w pięty pójdzie. Było mnie nie obrażać. - Czyli mogę zostać na noc?
Chłopak spogląda na mnie zdziwiony swoimi złotymi oczkami.
-No, ty to co innego, Lou. – Jego twarz przecina uśmieszek. Młoda jest widocznie zawiedziona odpowiedzią swojego idola.
-Lou sru… Przecież ten czerwonooki królik jest głupszy od mojego buta! – Wytknęła mnie palcem i buntowniczo tupnęła swoją cienką nóżką.
- Królik?- Moje brwi powędrowały do góry. – HAHAHA!- Wybuchnęłam głośnym, niekontrolowanym śmiechem.
-Króliki są przecież urocze. – Dodał Lee śmiejąc się cicho. Eliza szybko wychyliła swoją herbatę i szybkim krokiem doskoczyła do drzwi.
-Jeszcze tu wrócę. – Prcyhnęła i rzuciła mi złowieszczy uśmiech,a do chłopaka puściła oczko. Zamknęła za sobą drzwi, o dziwo nie trzaskając nimi. Spojrzałam rozbawiona na czarnowłosego.
-Jaki bulwers! – Zaśmiałam się. – Ta dziewczynka chyba bardzo poważnie się w tobie zadurzyła, a we mnie widzi swojego największego wroga.
-A ma powód, żeby widzieć w tobie wroga? Hmm? – Założył ręce na klatce piersiowej i w cwanym uśmieszku podniósł jedną brew do góry. To dowalił z grubej rury.
-No, a jak? Przecież zostaję u ciebie na noc. – Podeszłam bliżej i mrugnęłam do niego. – Blanc się ucieszy, że może sobie dłużej z braciszkiem pobyć.
-Coś mi się wydaje, że nie tylko ona. – Uśmieszek nadal nie schodził mu z ust.
-Jutro widzę się znowu z Enzo. Idę do niego na kolację. – Oznajmiłam z uśmiechem. Natomiast mina Lee jakoś zrzedła. – Nadal jesteś uprzedzony do mojego brata?
-Ja? Wcale. – Mruknął. – Gdzie chcesz spać?
-Chyba prześpię się na kanapie. – Odparłam niezrażona jego nagłą zmianą humoru.
-Jak sobie życzysz. Przyniosę ci koc i poduszki. – Poszedł, gdzieś w głąb swojego apartamentu. Gdy tak nagle zaczął mówić o spaniu, zachciało mi się niesamowicie położyć i zasnąć kamiennym snem. Poszłam do łazienki, gdzie wzięłam szybki prysznic i pozostając w samej bieliźnie wyszłam do salonu, w którym miałam spać. Nie czułam się skrępowana,gdyż no … widzieliśmy się już w bardziej skromnych odzieniach. Chyba jednak mimo naszych doświadczeń, Lee był zaskoczony moim strojem.
-Nie lubię spać w ciuchach, a nie chce mi się lecieć do domku po koszulę nocną. – Ziewnęłam zakrywając usta dłonią. – Jestem padnięta.
- Mi to nie przeszkadza. – Znowu powrócił mu na usta ten specyficzny uśmieszek. Eh, co ja poradzę, że mam takie piękne ciałko? No nic. – A czemu jesteś taka wykończona? Przecież nawet nie ma 22…
-A bo najpierw ten basen, gdzie prawie się utopiłam a potem jeszcze zniknięcie Blanc… Sporo emocji i trochę mnie to zmęczyło. – Machnęłam ręką i ułożyłam sobie przyniesione poduszki i kocyk, tak aby móc wygodnie się ułożyć do snu.
-Czekaj, czekaj. – Lee pokręcił głową. – Czy ja dobrze usłyszałem, że się prawie utopiłaś?
-No taak. – Położyłam się na sofie i przykryłam kocem. – Wiesz uczyłam się nurkować i coś nie mi to nie za dobrze poszło. Dobrze, że mnie Enzo uratował. – Przemilczałam jego dziwne rozbawienie, podczas kiedy ja ledwo uszłam z życiem. To nie musiało nic oznaczać, a Lee pewnie w ogóle już by pałał do niego nienawiścią, chociaż nie wiem komlpetnie z jakiego powodu. Zanim czarnowłosy zdążył to skomentować, ja zdążyłam odpłynąć w przyjemnym śnie.
(…)
Dochodziła 19. Szłam szybkim krokiem, by nie spóźnić się do mojego brata. Stanęłam przed drzwiami, za którymi miało znajdować się mieszkanie Enzo. Wzięłam głęboki oddech i zapukałam. Po chwili pojawił się jasnowłosy chłopak i wpuścił mnie do środka.
-Witaj Lou! – Uściskał mnie przyjaźnie. – Przygotowałem dla ciebie coś specjalnego.
-To znaczy? – Moja brew powędrowała ku górze.
-Same pyszności, czyli cudowną pizzę własnej roboty. – Uśmiechnął się nieskromnie.
-Hmm… Pizza? Zaraz zobaczymy, czy przypadnie mi do gustu. – Pokazałam mu język.
-Na pewno. – Zaprowadził mnie do salonu, gdzie na stole leżał olbrzymi talerz, na którym przepięknie prezentowało się cienkie ciasto z mnóstwem dodatków. Ślinka naleciała mi do kącików ust. Zabraliśmy się za jedzenie. W trakcie posiłku rozmawialiśmy na luźne tematy. Nie było żadnych niewygodnych pytań, ani dziwnych zachowań. Było naprawdę miło. Po zjedzeniu połowy pizzy, oboje mieliśmy dość.
-Trochę za dużo, jak na naszą dwójkę, nie sądzisz? – Uśmiechnęłam się błogo, najedzona i zadowolona.
-Może trochę… - Enzo przyznał mi rację, nieznacznie kiwając głową. – Chcesz się czegoś napić?
- A co proponujesz? – Zerknęłam na spokojną twarz mojego brata. Wyglądał na zrelaksowanego.
- A mam taki fajny napój, zaraz ci go przyniosę. – Powoli wstał z miejsca i poszedł do kuchni. Po chwili wrócił z dwoma szklaneczkami, w których znajdował się ciemny płyn. Powąchałam. Czuć było jakby słodycz jakiegoś owocu.
-Co to? – Zerknęłam zaciekawiona na Enzo.
-To bardzo dobry napój energetyczny. – Uśmiechnął się szeroko. – O dość naturalnym składzie.
-Cóż…. Spróbujmy. – Łyknęłam odrobinkę. Był naprawdę dobry. Wypiłam całą szklaneczkę. Powiem szczerze, po tej pizzy strasznie chciało mi się pić, gdyż duża ilość przypraw spowodowała u mnie pragnienie.
-Chcesz jeszcze? – Chłopak jakby czytając mi w myślach zaproponował kolejną szklaneczkę. Zgodziłam się. Wypiłam jeszcze dwie i zaczęłam się dziwnie czuć. Było mi jakoś lekko, a obraz dokoła zaczął się jakby rozmazywać. Kręciło mi się także delikatnie w głowie.
-Enszoo… Bo ja mym pytankho. – Mój język się dziwnie plątał. – Szy tu nie ma szadnego alkoholu? – Wskazałam palcem na pustą szklaneczkę.
-A była wódeczka. I to w dość dużej ilości. – Na jego ustach pojawił się ironiczny uśmieszek.
-Ale… Pszeciesz ja nie lubię alkoholu. – Mruknęłam zdumiona. – Fujka.
-Tutaj ci nie przeszkadzał i jak widzę nawet całkiem nieźle na ciebie zadziałał. – Zaśmiał się szyderczo. – Wiesz? Teraz możesz sobie już iść i więcej się ze mną nie spotykać. Nie chce mi się dalej z tobą bawić w rodzinkę. Chociaż było całkiem zabawnie.
-Szo ty mófisz? – Co ona za głupoty plecie?
-Dowiedziałem się tego, co mi było potrzebne, a teraz spadaj. – Enzo szarpnął mnie i otworzył drzwi od mieszkania. – Wypad.
-Źle z tobą, szo nie? – Popatrzyłam się na lekko rozmazaną twarz białowłosego. – Frócę jak się poczujesz lepiej, dopsze? – Nie czekając na odpowiedź. Chwiejnym krokiem ruszyłam w drogę powrotną. Dłużyła mi się ona niemiłosiernie. Może, gdyby chodnik był jeden a nie trzy i w dodatku ruchome poszłoby mi to szybciej. Tuż przed drzwiami do mieszkania, dotarło do mnie, że mój brat nie chce mnie znać. Rozpłakałam się. Wyjęłam klucz i próbując trafić w uciekający przede mną zamek zanosiłam się płaczem. W końcu trafiłam w dziurkę, ale klucz nie pasował. Łzy zostały zastąpione wściekłością. Zaczęłam walić w drzwi. O dziwo, nagle się otworzyły i stanął w nich pan z kiteczką. A za nim ta mała zołza.
-A szo wy robicie w moim mieszkaniu?! – Moje zdziwienie nie znało granic. – Umafiasz się z nią thutaj na tajne schadzki?
[Lee? Pijana Lou w akcji ^^]
czwartek, 1 września 2016
Od Lou - C.D Lee
Nadmierna ciekawość często szkodzi, aczkolwiek pod wpływem trochę natrętnych pytań Lee uświadomiłam sobie, że tak naprawdę niewiele wiem o moim bracie. To napawa mnie trochę dziwnymi odczuciami na temat naszych relacji, ale nie mogę się od razu źle nastawiać wobec Enzo, mając za sobą tylko jedno spotkanie. Nie leży w mojej naturze, by przekreślać kogoś tylko po pojedynczym zachowaniu. Może po prostu najpierw chciał się dowiedzieć, jaka ja jestem by móc później jak najlepiej opowiedzieć o sobie i stwierdzić, co w nas jest podobne a co różne. Sama chciałam się tak wielu rzeczy o nim dowiedzieć, by móc ocenić czy jesteśmy podobni, więc wydaje mi się, że go rozumiem. Lee tak niespodziewanie się pożegnał, może to i lepiej? Po tym jak mnie złapał za nadgarstek przez moje ciało przelała się fala ciepła, a w mojej głowie zrodziło się tysiąc nowych myśli. O co tu chodzi? Taki zwykły, banalny gest, a tak wiele uczuć wzbudza w człowieku. To normalne? Czy może tylko jak tak reaguję? Poza tym Lee wydawał się trochę przybity. Jednak musiałam teraz skupić się na swoim bracie. Ważne jest, by zbudować z nim jakąś nić porozumienia i utrwalić naszą relację. Jeśli Lee mnie chociaż trochę rozumie, powinien wiedzieć, że to nie jest łatwy czas dla mnie. Z jednej strony pełen pozytywnych myśli, z drugiej pełen obaw i niewyjaśnionych spraw. Biegłam tak z 20 minut, aż trochę już zmęczona powróciłam do swojego mieszkania. W progu powitała mnie Blanc, która merdała wesoło ogonkiem. Wzięłam ją na ręce i przytuliłam do siebie. Była milutka i ciepła. Taka kochana. Od niedawna jedna niezmienna w moim życiu. Poszłam szybko wziąć prysznic, włożyłam jakieś luźne ciuchy i wyszłam na spacer z moją białą towarzyszką. Mała biegła przed siebie i wesoło poszczekiwała. Trochę się z nią pobawiłam i wróciłyśmy do czterech ścian. Nie jedząc kolacji położyłam się spać. Byłam padnięta.
(…) Następnego dnia po porannych, typowych zajęciach, spakowałam torbę na basen i wybrałam z mojej niezbyt bogatej kolekcji strojów kąpielowych, jednoczęściowy, sportowy okaz. Pokrzątałam się jeszcze trochę po domu, poukładałam buty, zrobiłam jakieś pranie, wyszłam z Blanc’ą na spacer i wreszcie rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Opanowana na zewnątrz, chociaż gotująca się od różnych emocji w środku, otworzyłam drzwi mojemu bratu.
-Hej Lou, jesteś gotowa na pływanko? – Uśmiechnął się. Niby ten uśmiech był pogodny i zwyczajny, ale wydawało mi się, że przemknął po nim cień ironii.
-Oczywiście, że jestem. – Wyciągnęłam przed siebie sportową torbę i wyszłam przed drzwi. Zamknęłam je za sobą i ruszyliśmy przed siebie.
-Lubisz pływać? – Zerknęłam na Enzo, który z uśmieszkiem na ustach obserwował okolicę.
-Uwielbiam. – Odparł krótko. – Bardziej interesuje mnie, jak ty sobie radzisz w wodzie.
-Cóż nie jest chyba ze mną najgorzej, ale na pewno nie jestem jakaś szczególnie dobra w tej dziedzinie sportu. Chyba wolę sporty, które pozwalają mi na kontakt z powietrzem. – Uśmiechnęłam się leciutko. Nagle usłyszałam znajomy głos wołający moje imię.
-Chyba Lee mnie woła, słyszysz coś? – Chciałam odwrócić głowę, by to sprawdzić, ale brat pokręcił przecząco głową.
-Wydaje ci się, to tylko wiatr. Pospieszmy się, bo nie mogę się już doczekać wody. – Chwycił moją rękę i przyspieszyliśmy kroku. Dotarliśmy do okazałego budynku, w którym mieścił się basen.
-Okej to teraz szybko do szatni i idziemy pływać. – Klasnęłam w ręce i udałam się kierunku damskich szatni, natomiast Enzo do męskiej. Po 10 minutach spotkaliśmy się na zimnych kafelkach tuż przed rozpościerającym się olbrzymim basenem. Trochę mnie ta wielkość i ilość wody przestraszyła. Jednak nie dając nic po sobie poznać, odgarnęłam włosy z twarzy i z bananem na twarzy spojrzałam na powierzchnię, błękitnej wody.
-Wow, ale wielki! – Mój podziw był może trochę sztuczny, ale starałam się by brzmiał jak najbardziej naturalnie.
-Ma wymiary zbliżone do olimpijskiego. – Enzo był podekscytowany i widziałam, jak bardzo chce już się zanurzyć w wodzie. – Ma 2,5 metra głębokości, 40 metrów długości i 20 metrów szerokości.
-No to co? Płyniemy? – Zanim skończyłam dobrze swoją wypowiedź, Enzo już wskoczył do wody i płynął niczym strzała. Weszłam ostrożnie do trochę zimnawej wody. Zanurzyłam się od razu po szyję. Przez ilość wody i jej temperaturę przez chwilę miałam problem z oddychaniem. Nie było to ciekawe doświadczenie. Ale po minucie mój organizm przyzwyczaił się do nowego środowiska i powoli ruszyłam. W porównaniu do Enzo wlekłam się niczym żółw. Kiedy ja dopłynęłam nareszcie do końca, on kończył już 3 długość. Braciszek miał piękne ciałko, tego nie mogłam mu odmówić. Dzięki pływaniu, jak myślę, miał świetnie umięśnione plecy i jego postura nabierała wręcz atletycznych kształtów. Jednak to mój brat, nie mogłam przecież go załapać za tyłek, bo trochę byłoby to dziwne. Myślę, że on też miał niezłe widoki. Moje piersi było ciasno opięte przez mokry materiał kostiumu i nie powiem, wyglądałam bosko. W pewnym momencie wreszcie się spotkaliśmy. Enzo zatrzymał się i spojrzał na mnie z dziwnym błyskiem w oku.
-Może sobie ponurkujemy? – Uśmiechnął się w ten swój charakterystyczny sposób.
-Chyba nie miałam jeszcze okazji nurkować, ale możemy spróbować. – Mój głos był niepewny. Wolałam mieć kontakt z powietrzem. Bez tego czułam się słaba i krucha.
-Dobra, to na mój znak musisz wskoczyć do wody i z całej siły machać nogami, kierując się w stronę dna. Pamiętaj, żeby zaczerpnąć dużo powietrza i wstrzymać oddech. – Poinstruował mnie, po czym dał znak ręką. Zrobiłam to co mi kazał, ale gdy znalazłam się pod wodą i płynęłam coraz niżej i niżej, nagle poczułam jak zaczyna brakować mi tchu. Mimo to płynęłam dalej. To był błąd. Zaczęłam się dusić. To było okropne uczucie. Moje ciało nie chciało wykonywać poleceń i nie mogłam się wynurzyć, by zaczerpnąć tchu. Do nosa i buzi dostało mi się mnóstwo wody. Kiedy już myślałam, że się utopię, poczułam jak czyjeś mocne ramię mnie otacza i unosi ku górze. W kontakcie ze świeżym powietrzem zaczęłam się krztusić i kasłać. Wzięłam głęboki oddech i nadal nie mogąc w to uwierzyć spojrzałam zdziwiona na Enzo.
-Prawie się utopiłam. – Chłopak nie wiedzieć, czemu zaczął się śmiać.
-Widziałem, ale prawie dotarłaś na dno, dlatego ci nie przerywałem. – Parsknął śmiechem.
-C o w tym takiego śmiesznego? Mogłam zginąć. – Byłam wkurzona, nie rozumiałam co go tak śmieszy.
-Nie mogłaś zginąć, bo bym cię uratował i tak i tak. – Trochę spoważniał, ale uśmiech nadal majaczył mu na ustach.
-Wiesz, co? Ja chyba mam na dzisiaj dość wody. Kończymy?- Zaczęłam gramolić się na brzeg.
-Jak sobie życzysz siostrzyczko. – Wyskoczył szybciej ode mnie i podał mi rękę. Poszliśmy do szatni, gdzie się osuszyłam i doprowadziłam do względnego porządku. Miałam przekrwione od chloru oczy, co nadawało im iście szatański wygląda. Prawie całe były teraz szkarłatne i tylko gdzieniegdzie prześwitywała biała gałka oczna. Wyszliśmy z budynku i ruszyliśmy w kierunku mojego domu.
-To co wybieramy się jutro gdzieś? – Zagadnął mnie Enzo.
-A co proponujesz? – Niestety nie brzmiałam specjalnie entuzjastycznie, gdyż to całe podtopienie odebrało mi dobry humor.
-Może pójdziemy do jakiegoś klubu, na drinka? – Uśmiechnął się figlarnie.
-Nie pije alkoholu, a kluby średnio do mnie przemawiają. – Mruknęłam zniechęcona.
-To może po prostu wpadniesz do mnie na kolację? – Moja niechęć nie przeszkadzała nadal wesołemu Enzo. Zaczynał mnie trochę denerwować. Jak zdążyłam zauważyć był aż nazbyt aktywny, jakby miał ADHD, albo coś w tym stylu.
-Okej, o której do ciebie wpaść? – Spojrzałam na niego.
-Bądź tak na 19. – Mrugnął do mnie.
-Jasne, będę na pewno. – Wykrzesałam z siebie trochę entuzjazmu i uśmiechnęłam się. Byliśmy już pod moimi drzwiami.
-Ehm, Lou czy ty zamknęłaś dobrze drzwi? – Enzo zmarszczył brwi i wskazał na uchylone drzwi wejściowe.
-Chyba tak! – Zaczęłam się powoli denerwować. Weszłam natychmiast do środka i omiotłam wzrokiem wszystkie pomieszczenia. Na pierwszy rzut oka nic nie zniknęło. – Chyba nikt się nie włamał.
-A co z twoim psem? – Pytanie Enzo, uświadomiło mi, że nigdzie nie widziałam Blanc.
-Musiała uciec…- Przez głowę przeleciała mi myśl, gdzie mogła się wybrać.
-Pomóc ci jej szukać? – Brat spojrzał na mnie pytająco.
-Nie, nie kłopocz się. – Zaprzeczyłam. – Chyba wiem, gdzie może być. Dam sobie radę.
-No dobrze, skoro tak mówisz… To ja się zbieram. Pa. – Przytulił mnie lekko i zniknął za drzwiami. Rzuciłam torbę w kąt i od razu wybiegłam z mieszkania. Po chwili dotarłam na miejsce. Zapukałam. Usłyszałam zbliżające się kroki i zgrzyt zamka. Zza drzwi wyłoniły się złote oczy i ich właściciel.
-Lou, co ty tu robi… - Nie zdążył skończyć pytania, bo mu przerwałam:
-Jest u ciebie Blanc?
[Lee?]
(…) Następnego dnia po porannych, typowych zajęciach, spakowałam torbę na basen i wybrałam z mojej niezbyt bogatej kolekcji strojów kąpielowych, jednoczęściowy, sportowy okaz. Pokrzątałam się jeszcze trochę po domu, poukładałam buty, zrobiłam jakieś pranie, wyszłam z Blanc’ą na spacer i wreszcie rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Opanowana na zewnątrz, chociaż gotująca się od różnych emocji w środku, otworzyłam drzwi mojemu bratu.
-Hej Lou, jesteś gotowa na pływanko? – Uśmiechnął się. Niby ten uśmiech był pogodny i zwyczajny, ale wydawało mi się, że przemknął po nim cień ironii.
-Oczywiście, że jestem. – Wyciągnęłam przed siebie sportową torbę i wyszłam przed drzwi. Zamknęłam je za sobą i ruszyliśmy przed siebie.
-Lubisz pływać? – Zerknęłam na Enzo, który z uśmieszkiem na ustach obserwował okolicę.
-Uwielbiam. – Odparł krótko. – Bardziej interesuje mnie, jak ty sobie radzisz w wodzie.
-Cóż nie jest chyba ze mną najgorzej, ale na pewno nie jestem jakaś szczególnie dobra w tej dziedzinie sportu. Chyba wolę sporty, które pozwalają mi na kontakt z powietrzem. – Uśmiechnęłam się leciutko. Nagle usłyszałam znajomy głos wołający moje imię.
-Chyba Lee mnie woła, słyszysz coś? – Chciałam odwrócić głowę, by to sprawdzić, ale brat pokręcił przecząco głową.
-Wydaje ci się, to tylko wiatr. Pospieszmy się, bo nie mogę się już doczekać wody. – Chwycił moją rękę i przyspieszyliśmy kroku. Dotarliśmy do okazałego budynku, w którym mieścił się basen.
-Okej to teraz szybko do szatni i idziemy pływać. – Klasnęłam w ręce i udałam się kierunku damskich szatni, natomiast Enzo do męskiej. Po 10 minutach spotkaliśmy się na zimnych kafelkach tuż przed rozpościerającym się olbrzymim basenem. Trochę mnie ta wielkość i ilość wody przestraszyła. Jednak nie dając nic po sobie poznać, odgarnęłam włosy z twarzy i z bananem na twarzy spojrzałam na powierzchnię, błękitnej wody.
-Wow, ale wielki! – Mój podziw był może trochę sztuczny, ale starałam się by brzmiał jak najbardziej naturalnie.
-Ma wymiary zbliżone do olimpijskiego. – Enzo był podekscytowany i widziałam, jak bardzo chce już się zanurzyć w wodzie. – Ma 2,5 metra głębokości, 40 metrów długości i 20 metrów szerokości.
-No to co? Płyniemy? – Zanim skończyłam dobrze swoją wypowiedź, Enzo już wskoczył do wody i płynął niczym strzała. Weszłam ostrożnie do trochę zimnawej wody. Zanurzyłam się od razu po szyję. Przez ilość wody i jej temperaturę przez chwilę miałam problem z oddychaniem. Nie było to ciekawe doświadczenie. Ale po minucie mój organizm przyzwyczaił się do nowego środowiska i powoli ruszyłam. W porównaniu do Enzo wlekłam się niczym żółw. Kiedy ja dopłynęłam nareszcie do końca, on kończył już 3 długość. Braciszek miał piękne ciałko, tego nie mogłam mu odmówić. Dzięki pływaniu, jak myślę, miał świetnie umięśnione plecy i jego postura nabierała wręcz atletycznych kształtów. Jednak to mój brat, nie mogłam przecież go załapać za tyłek, bo trochę byłoby to dziwne. Myślę, że on też miał niezłe widoki. Moje piersi było ciasno opięte przez mokry materiał kostiumu i nie powiem, wyglądałam bosko. W pewnym momencie wreszcie się spotkaliśmy. Enzo zatrzymał się i spojrzał na mnie z dziwnym błyskiem w oku.
-Może sobie ponurkujemy? – Uśmiechnął się w ten swój charakterystyczny sposób.
-Chyba nie miałam jeszcze okazji nurkować, ale możemy spróbować. – Mój głos był niepewny. Wolałam mieć kontakt z powietrzem. Bez tego czułam się słaba i krucha.
-Dobra, to na mój znak musisz wskoczyć do wody i z całej siły machać nogami, kierując się w stronę dna. Pamiętaj, żeby zaczerpnąć dużo powietrza i wstrzymać oddech. – Poinstruował mnie, po czym dał znak ręką. Zrobiłam to co mi kazał, ale gdy znalazłam się pod wodą i płynęłam coraz niżej i niżej, nagle poczułam jak zaczyna brakować mi tchu. Mimo to płynęłam dalej. To był błąd. Zaczęłam się dusić. To było okropne uczucie. Moje ciało nie chciało wykonywać poleceń i nie mogłam się wynurzyć, by zaczerpnąć tchu. Do nosa i buzi dostało mi się mnóstwo wody. Kiedy już myślałam, że się utopię, poczułam jak czyjeś mocne ramię mnie otacza i unosi ku górze. W kontakcie ze świeżym powietrzem zaczęłam się krztusić i kasłać. Wzięłam głęboki oddech i nadal nie mogąc w to uwierzyć spojrzałam zdziwiona na Enzo.
-Prawie się utopiłam. – Chłopak nie wiedzieć, czemu zaczął się śmiać.
-Widziałem, ale prawie dotarłaś na dno, dlatego ci nie przerywałem. – Parsknął śmiechem.
-C o w tym takiego śmiesznego? Mogłam zginąć. – Byłam wkurzona, nie rozumiałam co go tak śmieszy.
-Nie mogłaś zginąć, bo bym cię uratował i tak i tak. – Trochę spoważniał, ale uśmiech nadal majaczył mu na ustach.
-Wiesz, co? Ja chyba mam na dzisiaj dość wody. Kończymy?- Zaczęłam gramolić się na brzeg.
-Jak sobie życzysz siostrzyczko. – Wyskoczył szybciej ode mnie i podał mi rękę. Poszliśmy do szatni, gdzie się osuszyłam i doprowadziłam do względnego porządku. Miałam przekrwione od chloru oczy, co nadawało im iście szatański wygląda. Prawie całe były teraz szkarłatne i tylko gdzieniegdzie prześwitywała biała gałka oczna. Wyszliśmy z budynku i ruszyliśmy w kierunku mojego domu.
-To co wybieramy się jutro gdzieś? – Zagadnął mnie Enzo.
-A co proponujesz? – Niestety nie brzmiałam specjalnie entuzjastycznie, gdyż to całe podtopienie odebrało mi dobry humor.
-Może pójdziemy do jakiegoś klubu, na drinka? – Uśmiechnął się figlarnie.
-Nie pije alkoholu, a kluby średnio do mnie przemawiają. – Mruknęłam zniechęcona.
-To może po prostu wpadniesz do mnie na kolację? – Moja niechęć nie przeszkadzała nadal wesołemu Enzo. Zaczynał mnie trochę denerwować. Jak zdążyłam zauważyć był aż nazbyt aktywny, jakby miał ADHD, albo coś w tym stylu.
-Okej, o której do ciebie wpaść? – Spojrzałam na niego.
-Bądź tak na 19. – Mrugnął do mnie.
-Jasne, będę na pewno. – Wykrzesałam z siebie trochę entuzjazmu i uśmiechnęłam się. Byliśmy już pod moimi drzwiami.
-Ehm, Lou czy ty zamknęłaś dobrze drzwi? – Enzo zmarszczył brwi i wskazał na uchylone drzwi wejściowe.
-Chyba tak! – Zaczęłam się powoli denerwować. Weszłam natychmiast do środka i omiotłam wzrokiem wszystkie pomieszczenia. Na pierwszy rzut oka nic nie zniknęło. – Chyba nikt się nie włamał.
-A co z twoim psem? – Pytanie Enzo, uświadomiło mi, że nigdzie nie widziałam Blanc.
-Musiała uciec…- Przez głowę przeleciała mi myśl, gdzie mogła się wybrać.
-Pomóc ci jej szukać? – Brat spojrzał na mnie pytająco.
-Nie, nie kłopocz się. – Zaprzeczyłam. – Chyba wiem, gdzie może być. Dam sobie radę.
-No dobrze, skoro tak mówisz… To ja się zbieram. Pa. – Przytulił mnie lekko i zniknął za drzwiami. Rzuciłam torbę w kąt i od razu wybiegłam z mieszkania. Po chwili dotarłam na miejsce. Zapukałam. Usłyszałam zbliżające się kroki i zgrzyt zamka. Zza drzwi wyłoniły się złote oczy i ich właściciel.
-Lou, co ty tu robi… - Nie zdążył skończyć pytania, bo mu przerwałam:
-Jest u ciebie Blanc?
[Lee?]
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Od Lou - C.D Lee
Wielkimi krokami zbliżała się godzina 16. Już nie mogłam się doczekać, aż wreszcie go spotkam. Mojego brata bliźniaka. Chociaż rano gnębiły mnie ponure myśli, którymi w pewien sposób zaraził mnie Lee, teraz odeszły w niepamięć. Mój czarnowłosy kolega musiał za bardzo panikować. W ogóle co mnie podkusiło, żeby zacząć myśleć w podobny do niego sposób? Może to przez to nieoczekiwane chwycenie mnie za rękę? Zawróciło mi to w głowie i przez chwilę wpuściłam jego obawy do mojego umysłu. Tak, to pewnie dlatego. Chociaż to tylko zwykłe trzymanie się za ręce. Eh… Byłam wewnętrznie zdezorientowana. Nie wiedziałam kompletnie, w jakim kierunku zmierzają moje myśli. Otrząsnełam się z tych dziwnych refleksji i zabrałam za dalsze szykowanie do przyjęcia mojego niezwykłego gościa. Wyszłam spod prysznica i nadal ociekająca wodą zawinęłam się w biały ręcznik. Wyszłam z łazienki i skierowałam się ku garderobie, w której spędziłam długie minuty wybierając odpowiedni strój. Zdecydowałam się zwykłą , czarną sukienkę, która posiadała delikatny gorset i tiulowy dół. Do tego nałożyłam jasne czułenka na niewysokim obcasie. Wróciłam do łazienki, gdzie wysuszyłam włosy i związałam je w luźny warkocz. Użyłam delikatnych perfum i założyłam srebną bransoletkę. Byłam gotowa. W momencie, kiedy spojrzałam na zegar rozległ się dzwonek do drzwi. Podeszłam i uchyliłam je, by mój gość mógł wejść.
-Witaj Enzo! – Uśmiechnęłam się delikatnie.
-Hej Lou, ale tu do ciebie daleko ode mnie. – Westchnął zabawnie i wszedł głębiej. Przyjrzałam mu się uważniej. Był dużo wyższy ode mnie, ale jedno na pewno świadczyło o naszym pokrewieństwie – identyczne,szkarłatne oczy. W dodatku włosy, które niby wydawały się białe, tak naprawdę były ciut jaśniejsze od moich, ale nadal w tym samym odcieniu. Tak, z pewnością jesteśmy rodzeństwem.
-Ale mam przystojnego braciszka. – Mruknęłam zadowolona. Enzo spojrzał na mnie przelotnie.
-No proszę, jaka ciekawa siostrzyczka. – Pokręcił lekko głową i rozsiadł się na sofie. Pewny siebie. Cóż to chyba w takim razie rodzinne.
-Napijesz się czegoś? Kawy?Herbaty? – Spytałam się z kuchni.
-Poproszę samej wody. – Odparł.
-Jesteś pewien? – Wychyliłam się i spojrzałam na jego twarz. Jego mina wyrażała coś z pogranicza zainteresowania i powierzchownej obojętności. Taka mina luzaka.
-Taa. Jak masz możesz dorzucić kostki lodu. – Mrugnął do mnie okiem. Był niesamowity. Przyniosłam mu szklankę wody, a sobie sok pomarańczowy.
-Nadal nie mogę uwierzyć, że tutaj w ośrodku mam rodzinę. – Uśmiechnęłam się do niego ciepło i upiłam łyk soku.
-Hmm… Tak to dość niespotykane. Aczkolwiek nie niemożliwe. –Rozglądał się dyskretnie po moim pokoju.
-Mój … kolega też właśnie niedawno się dowiedział, że ma młodszego brata tutaj w Rimear. – Nie wiedzieć, czemu zawahałam się przy nazwaniu Lee kolegą. Co się ze mną dzieje? Potrząsnęłam głową. Enzo przyglądał mi się badawczo. Trochę dziwnie było patrzeć w swoje własne oczy, które należały do innej twarzy.
-Tak, jak mówiłem zdarzają się takie przypadki. – Nadal skupiał się na mnie. – Długo jesteś w ośrodku?
-Jakieś niecałe 3 miesiące. – Zerknęłam na kalendarz. Czas tak wolno tu płynął. – A ty?
-Ja już od roku sobie tutaj mieszkam. – Odparł i od razu zarzucił mnie kolejnym pytaniem. – Masz jakieś wspomnienia sprzed pobytu tutaj?
-Niestety nie. Jednak… - Zaczęłam niepewnie. Mimo, że wierzyłam, że jest moim bratem nie wiedziałam, czy mogę mu powiedzieć tak osobiste odczucia.
-Śmiało mów, co chcesz. – Uśmiechnął się ciepło, co było niezwykłą odmianą jego dotychczasowego obycia. Przyłożył palec do ust. – Obiecuję, że nikomu nie powiem.
-No dobrze. – Przełamałam się i odetchnęłam głębiej. – Ostatnio miałam coś jakby sen, w którym widziałam twarze bardzo podobne do mojej. Chyba to była nasza mama, ty i nasz ojciec, a potem wylądowałam w jakimś lesie, gdzie ktoś mnie gonił. Wydaje mi się, że mógł to być moment, kiedy zabierali mnie do Rimear.
-Ciekawe… Śniło ci się to raz, czy może więcej? – Wbił we mnie badawcze spojrzenie. Poczułam się trochę jak na przesłuchaniu.
-Nie, tylko raz. – Podeszła do mnie Blanc’a, która skomlała cicho. Wzięłam ją na kolana i powolutku zaczęłam głaskać.
-Masz psa? – Mój bliźniak wydawał się być zaskoczony.
-Tak. Tą sunię znalazłam niedawno porzuconą przy drodze wraz z jej braciszkiem. Nazwałam ją Blanc.
-Biała. Faktycznie pasuje jej to imię. – Pogłaskał ją ostrożnie, a mała go uważnie obwąchała po czym polizała jego palce. Jak Blanc go polubiła to nie może mieć złych zamiarów. Nagle ciszę przerwał dźwięk telefonu. Jak się okazało mojego.
-Poczekaj chwileczkę. – Wzięłam telefon i oddaliłam się do kuchni, jednocześnie wynosząc puste szklanki. Odebrałam połączenie od Lee.
-Lou? Jesteś już u siebie? – Usłyszałam znajomy głos czarnowłosego.
-Właśnie… Jeszcze z nim rozmawiam. – Szepnęłam. Nie chciałam, by Enzo usłyszał tą rozmowę, jakoś wydawało mi się to zbędne, by znał jej treść. Westchnęłam lekko poirytowna, miałam nadzieję szybko zakończyć tą rozmowę, aby móc kontynuować poprzednią.
-Tylko minutka. Jak tam? – Lee nie rozłączył się pomimo moich życzeń, które kołatały mi się po głowie. Trochę mnie to wkurzyło. No bo w końcu mam gościa, a on jeszcze mnie celowo wypytuje o szczegóły.
-Lee… - Wypowiedziałam jego imię ostrzegawczym tonem. – Rozumiem, że jesteś ciekaw, ale to nie najlepszy moment. Zadzwonię, jak będzie po wszystkim.
Mój głos nie należał do najbardziej przyjaznych, ale starałam się też nie być, jakoś bardzo chamska. Lubiłam Lee i nie chciałam go też jakoś specjalnie urazić. Wróciłam do salonu. Enzo właśnie się podniósł.
- No to ja się będę zbierał. Miło było cię poznać siostra! – Podszedł do mnie i zrobił ze mną klasycznego miśka.
-Już idziesz? – Zrobiłam smętną minkę i przekrzywiłam głowę. – Może jednak jeszcze chwilę zostaniesz?
-Bardzo chętnie, ale mam jeszcze parę spraw do załatwienia. – Uśmiechnął się smutno. – Możemy się jutro spotkać. Lubisz pływać?
-Pływać? Czemu nie! – Odparłam z entuzjazmem.- Najbardziej lubię biegać, ale inne sporty mnie nie przerażają. Ostatnio nauczyłam się grać całkiem nieźle w kosza.
- Wow, jesteś nie za duża, więc musiałaś mieć dobrego nauczyciela? – Chłopak patrzył się na mnie ze sporym zainteresowaniem w oczach.
-Aaa, tak. Mój trener jest najlepszy. – Uśmiechnęłam się szczerze na wspomnienie naszego treningu z Lee.
-To do jutra, podejdę po ciebie i razem pójdziemy na basen. – Puścił do mnie oczko i wyszedł na chłodne powietrze. Kiedy poczułam powiew na twarzy, stwierdziłam, że z chęcią się przebiegnę i przemyślę to wszystko, co dzisiaj usłyszałam. Przebrałam się w czarny sportowy stanik, narzuciłam na niego szarą bluzę i wbiłam się w czarne spodnie do biegania. Zawiązałam błękitne buty biegowe i wyruszyłam na swoją małą przebieżkę. Blanc zostawiłam w towarzystwie licznych zabawek i odrobiny jedzenia. Mam nadzieję, że przez 30 minut nie zniszczy mi mieszkania. Biegając uwolniłam się od wszystkiego i oczyściłam umysł od licznych trosk i znaków zapytania. Nagle dostrzegłam znajomą, wysoką sylwetkę i charakterystyczną czarną kitkę. Moje serce mocniej zabiło, ale to chyba od wysiłku, a nie na widok Lee, prawda? Podbiegłam do niego.
-Hej! Jak tam Shiloh? – Uklęknęłam koło malucha, który dzielnie dreptał na smyczy.
-On ma się dobrze. A jak twoje spotkanie? Miałaś zadzwonić… - Wyczułam, jakby nutkę niepokoju w głosie czarnowłosego.
- A świetnie. Jutro idziemy na basen. – Pogłaskałam jeszcze raz szczeniaka, po czym wstałam i rozsunęłam lekko bluzę, bo po biegu było mi gorąco. – A jak tam tobie minął dzień?
[Lee?]
-Witaj Enzo! – Uśmiechnęłam się delikatnie.
-Hej Lou, ale tu do ciebie daleko ode mnie. – Westchnął zabawnie i wszedł głębiej. Przyjrzałam mu się uważniej. Był dużo wyższy ode mnie, ale jedno na pewno świadczyło o naszym pokrewieństwie – identyczne,szkarłatne oczy. W dodatku włosy, które niby wydawały się białe, tak naprawdę były ciut jaśniejsze od moich, ale nadal w tym samym odcieniu. Tak, z pewnością jesteśmy rodzeństwem.
-Ale mam przystojnego braciszka. – Mruknęłam zadowolona. Enzo spojrzał na mnie przelotnie.
-No proszę, jaka ciekawa siostrzyczka. – Pokręcił lekko głową i rozsiadł się na sofie. Pewny siebie. Cóż to chyba w takim razie rodzinne.
-Napijesz się czegoś? Kawy?Herbaty? – Spytałam się z kuchni.
-Poproszę samej wody. – Odparł.
-Jesteś pewien? – Wychyliłam się i spojrzałam na jego twarz. Jego mina wyrażała coś z pogranicza zainteresowania i powierzchownej obojętności. Taka mina luzaka.
-Taa. Jak masz możesz dorzucić kostki lodu. – Mrugnął do mnie okiem. Był niesamowity. Przyniosłam mu szklankę wody, a sobie sok pomarańczowy.
-Nadal nie mogę uwierzyć, że tutaj w ośrodku mam rodzinę. – Uśmiechnęłam się do niego ciepło i upiłam łyk soku.
-Hmm… Tak to dość niespotykane. Aczkolwiek nie niemożliwe. –Rozglądał się dyskretnie po moim pokoju.
-Mój … kolega też właśnie niedawno się dowiedział, że ma młodszego brata tutaj w Rimear. – Nie wiedzieć, czemu zawahałam się przy nazwaniu Lee kolegą. Co się ze mną dzieje? Potrząsnęłam głową. Enzo przyglądał mi się badawczo. Trochę dziwnie było patrzeć w swoje własne oczy, które należały do innej twarzy.
-Tak, jak mówiłem zdarzają się takie przypadki. – Nadal skupiał się na mnie. – Długo jesteś w ośrodku?
-Jakieś niecałe 3 miesiące. – Zerknęłam na kalendarz. Czas tak wolno tu płynął. – A ty?
-Ja już od roku sobie tutaj mieszkam. – Odparł i od razu zarzucił mnie kolejnym pytaniem. – Masz jakieś wspomnienia sprzed pobytu tutaj?
-Niestety nie. Jednak… - Zaczęłam niepewnie. Mimo, że wierzyłam, że jest moim bratem nie wiedziałam, czy mogę mu powiedzieć tak osobiste odczucia.
-Śmiało mów, co chcesz. – Uśmiechnął się ciepło, co było niezwykłą odmianą jego dotychczasowego obycia. Przyłożył palec do ust. – Obiecuję, że nikomu nie powiem.
-No dobrze. – Przełamałam się i odetchnęłam głębiej. – Ostatnio miałam coś jakby sen, w którym widziałam twarze bardzo podobne do mojej. Chyba to była nasza mama, ty i nasz ojciec, a potem wylądowałam w jakimś lesie, gdzie ktoś mnie gonił. Wydaje mi się, że mógł to być moment, kiedy zabierali mnie do Rimear.
-Ciekawe… Śniło ci się to raz, czy może więcej? – Wbił we mnie badawcze spojrzenie. Poczułam się trochę jak na przesłuchaniu.
-Nie, tylko raz. – Podeszła do mnie Blanc’a, która skomlała cicho. Wzięłam ją na kolana i powolutku zaczęłam głaskać.
-Masz psa? – Mój bliźniak wydawał się być zaskoczony.
-Tak. Tą sunię znalazłam niedawno porzuconą przy drodze wraz z jej braciszkiem. Nazwałam ją Blanc.
-Biała. Faktycznie pasuje jej to imię. – Pogłaskał ją ostrożnie, a mała go uważnie obwąchała po czym polizała jego palce. Jak Blanc go polubiła to nie może mieć złych zamiarów. Nagle ciszę przerwał dźwięk telefonu. Jak się okazało mojego.
-Poczekaj chwileczkę. – Wzięłam telefon i oddaliłam się do kuchni, jednocześnie wynosząc puste szklanki. Odebrałam połączenie od Lee.
-Lou? Jesteś już u siebie? – Usłyszałam znajomy głos czarnowłosego.
-Właśnie… Jeszcze z nim rozmawiam. – Szepnęłam. Nie chciałam, by Enzo usłyszał tą rozmowę, jakoś wydawało mi się to zbędne, by znał jej treść. Westchnęłam lekko poirytowna, miałam nadzieję szybko zakończyć tą rozmowę, aby móc kontynuować poprzednią.
-Tylko minutka. Jak tam? – Lee nie rozłączył się pomimo moich życzeń, które kołatały mi się po głowie. Trochę mnie to wkurzyło. No bo w końcu mam gościa, a on jeszcze mnie celowo wypytuje o szczegóły.
-Lee… - Wypowiedziałam jego imię ostrzegawczym tonem. – Rozumiem, że jesteś ciekaw, ale to nie najlepszy moment. Zadzwonię, jak będzie po wszystkim.
Mój głos nie należał do najbardziej przyjaznych, ale starałam się też nie być, jakoś bardzo chamska. Lubiłam Lee i nie chciałam go też jakoś specjalnie urazić. Wróciłam do salonu. Enzo właśnie się podniósł.
- No to ja się będę zbierał. Miło było cię poznać siostra! – Podszedł do mnie i zrobił ze mną klasycznego miśka.
-Już idziesz? – Zrobiłam smętną minkę i przekrzywiłam głowę. – Może jednak jeszcze chwilę zostaniesz?
-Bardzo chętnie, ale mam jeszcze parę spraw do załatwienia. – Uśmiechnął się smutno. – Możemy się jutro spotkać. Lubisz pływać?
-Pływać? Czemu nie! – Odparłam z entuzjazmem.- Najbardziej lubię biegać, ale inne sporty mnie nie przerażają. Ostatnio nauczyłam się grać całkiem nieźle w kosza.
- Wow, jesteś nie za duża, więc musiałaś mieć dobrego nauczyciela? – Chłopak patrzył się na mnie ze sporym zainteresowaniem w oczach.
-Aaa, tak. Mój trener jest najlepszy. – Uśmiechnęłam się szczerze na wspomnienie naszego treningu z Lee.
-To do jutra, podejdę po ciebie i razem pójdziemy na basen. – Puścił do mnie oczko i wyszedł na chłodne powietrze. Kiedy poczułam powiew na twarzy, stwierdziłam, że z chęcią się przebiegnę i przemyślę to wszystko, co dzisiaj usłyszałam. Przebrałam się w czarny sportowy stanik, narzuciłam na niego szarą bluzę i wbiłam się w czarne spodnie do biegania. Zawiązałam błękitne buty biegowe i wyruszyłam na swoją małą przebieżkę. Blanc zostawiłam w towarzystwie licznych zabawek i odrobiny jedzenia. Mam nadzieję, że przez 30 minut nie zniszczy mi mieszkania. Biegając uwolniłam się od wszystkiego i oczyściłam umysł od licznych trosk i znaków zapytania. Nagle dostrzegłam znajomą, wysoką sylwetkę i charakterystyczną czarną kitkę. Moje serce mocniej zabiło, ale to chyba od wysiłku, a nie na widok Lee, prawda? Podbiegłam do niego.
-Hej! Jak tam Shiloh? – Uklęknęłam koło malucha, który dzielnie dreptał na smyczy.
-On ma się dobrze. A jak twoje spotkanie? Miałaś zadzwonić… - Wyczułam, jakby nutkę niepokoju w głosie czarnowłosego.
- A świetnie. Jutro idziemy na basen. – Pogłaskałam jeszcze raz szczeniaka, po czym wstałam i rozsunęłam lekko bluzę, bo po biegu było mi gorąco. – A jak tam tobie minął dzień?
[Lee?]
niedziela, 28 sierpnia 2016
Od Lou - C.D Lee
To co się działo było dla mnie totalnym zaskoczeniem. Nie wiedziałam, jak na to wszystko mam reagować. Zadzwonił do mnie mężczyzna, który stwierdził, że jest moim bratem. Żeby tylko zwykłym bratem! On był moim bliźniakiem. Ten fakt od razu stał się powodem moich spekulacji, na ile jesteśmy do siebie podobni, a może czy jesteśmy niczym dwie krople wody? Informacja o posiadaniu rodzeństwa tutaj, w ośrodku była dla mnie sporym zaskoczeniem, aczkolwiek gdzieś w głębi duszy czułam, że nie byłam jedynaczką. Mimo to nie wierzyłam, że ktoś z mojej rodziny, której kompletnie nie pamiętam, przebywa w Rimear. To była dla mnie nowość. Świadomość, że osoba, która posiada ze mną tak wiele wspólnego pod względem genetycznym, mieszka tak blisko była przytłaczająca. Na pytanie Lee wyrwałam się z zamyślenia. On też miał brata, co za niesamowity zbieg okoliczności!
-Nie mam pojęcia. – Odparłam szczerze. – Enzo chce na razie tylko się spotkać, by mnie poznać.
-Wiesz, gdzie on chociaż mieszka? – Nie wiedzieć czemu, czarnowłosy przyjął lekko sceptyczny ton.
-Tak, podał mi swój adres. – Uśmiechnęłam się niepewnie. – Nie mogę w to uwierzyć, że mam brata.
-Wiem co czujesz, ale radzę ci uważać. – Chłopak pogłaskał siedzącego u jego nóg czarnego szczeniaka.
-Ale dlaczego? Myślę, że to może dużo nowego wnieść do mojego dotychczasowego życia. – Zdziwiona zmarszczyłam brwi. Co ten Lee wygaduje?
-Hmm… Jakby to ująć… -Chłopak podrapał się za uchem. – Rozmawiałem z nim podczas naszej wyprawy i nie wydawał się być zainteresowany waszym podobieństwem.
-Co?! Rozmawiałeś z nim? – Moje oczy zaszkliły się od niewypowiedzianej radości. – Jaki on jest?
- No jesteście fizycznie bardzo podobni, na pewno musisz ma go kojarzyć. Taki koleś o białych włosach i szkarłatnych oczach. – Lee badał uważnie mnie swoimi złotymi oczami.
-Chyba wiem o kogo ci chodzi! – Klasnęłam w ręce. – Serio jest do mnie taki podobny?
-Na moje oko spokojnie moglibyście uchodzić za rodzeństwo. – Przytaknął powoli.
-Wiesz bo my jesteśmy bliźniakami… - Spojrzałam na widok za oknem. Słońe powoli świeciło wysoko oświetlając otaczające mój dom drzewa. - Jestem ciekawa, czy będziemy niczym bliźniacy się tak świetnie dogadywać i w ogóle…
- A kiedy masz się z nim spotkać? – Westchnął Lee.
-Jutro ma do mnie wpaść. – Wyszczerzyłam się w zachwycie.
-Widzę, że bardzo się cieszysz z tego powodu. – Chłopak wziął na kolana czarnego psiaka. Zaczął go czule głaskać po brzuszku. – A właśnie! Może wreszcie nadamy im imiona?
-Przydałoby się… W końcu to nie są jakieś bezpańskie psy, tylko nasz kochane maluszki. – Uśmiechnęłam się z czułością do mojej białej kuleczki. Właśnie, biała… - Moja sunia będzie miała na imię Blanc, czyli z francuskiego po prostu biała. To urocze imię dla tej wyjątkowej damy, prawda?
-Proste i piękne. – Lee zamyślił się na moment. – Ten czarnuszek niech będzie Shiloh.
-Ale oryginalnie! – Szczerze zachwyciłam się niecodziennym imieniem szczeniak. – Ma ono jakieś głębsze znaczenie?
-Niestety nie, ale wydaje mi się, że nie musi skoro będzie je nosił taki pełen wyrazu pies. – Chłopak zaśmiał się cicho. Podniósł małego do góry i po chwili odstawił na ziemię. Szczeniak pobiegł w kierunku jednej z nowych zabawek. Jednak moją uwagę przykuł szczegół na przedramieniu Lee. Wzdłuż kości łokciowej rozciągała się brzydka, krwista szrama.
-Lee! Pokaż rękę. – Chwyciłam go ostrożnie jednakże stanowczo za nadgarstek i przyjrzałam się z bliska ranie. – Trzeba to opatrzeć. Nie boli cię to w ogóle?
-Co? To? – Czarnowłosy był nieświadom tego co znajdowało się na jego ręce. Pełen zdziwienia, zmarszczył brwi. – Nie czułem tego wcale. Chyba musiało leżeć jakieś szkło na tym chodniku podczas tej „walki” i po prostu się skaleczyłem.
Nadal nie mogłam wyjść z podziwu dla jego zachowania w konfrotacji z tamtym osiłkiem. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym była wtedy sama. A tak, dzięki Lee szczeniaki nadal były z nami. Muszę mu się jakoś za to odwdzięczyć. Udałam się do toalety, gdzie miałam różnego rodzaju przybory do opatrywania ran. Wzięłam wodę utlenioną , opatrunki i bandaż. Wróciłam do salonu i usiadłam blisko rannego.
-Podaj łapkę. – Uśmiechnęłam się leciutko. Chłopak wyciągnął ramię. Chwyciłam je ostrożnie i wzięłam wodę utlenioną. Kiedy ciecz spotkała się z raną, pojawiła się biała piana, a mój pacjent zasyczał głośno.
-Auć, ale szczypie… - Skrzywił się, ale poza tym jego ręka pozostawała w bezruchu, dzięki czemu mogłam dokończyć swojego działa. Po 10 minutach opatrunek był gotowy. Z dumą patrzyłam na swoje dzieło.
-Podoba się? – Zerknęłam na twarz Lee, który się uśmiechnął pod nosem.
-Jest świetnie.- Zadowolona z dobrze wykonanej roboty, wstałam i zerknęłam w kierunku kuchni. Poczułam się trochę głodna, dlatego zaproponowałam:
-Co powiesz na dobry obiad?
-A co proponujesz? – Lee zmrużył oczy i wyczekująco zaczął bębnić palcami o blat stolika do kawy.
-Risotto z warzywami. – Kusząco poruszyłam brwiami.
-Chyba się skuszę, skoro mnie tak ładnie zachęcasz. – Przekrzywił lekko głowę, tak że jego długie, czarne kosmyki włosów delikatnie przykryły mu część twarzy. – Może ci w czymś pomóc?
-Nie, nie. Dam sobie radę, ty tutaj jesteś gościem i to w dodatku rannym. Należy ci się także chwila odpoczynku po tej bójce. –Przytrzymałam dłonie na jego ramionach, by zapobiec jego powastaniu z kanapy. Długo się nie opierał i posłusznie opadł na miękkie poduchy.
-Skoro tak stawiasz sprawę, to nie będę protestować. – Uśmiechnął się, a ja odwzajemniłam ten uśmiech i ruszyłam do kuchni. Zabrałam się za przyrządzanie dania. Po jakichś 30 minutach jedzonko było gotowe. Ustawiłam parujący jeszcze talerz przed moim gościem.
-Proszę i życzę smacznego. – Usiadłam obok Lee na kanapie i również zaczęłam jeść.
-Dziękuję. – Odparł i zaczął konsumować. Po zjedzonym obiedzie, posprzątałam i stwierdziliśmy oboje, że to dobry moment by wyprowadzić psiaki na spacer.
-Cóż, chyba wrócę na trochę do siebie i pomieszkam we własnym apartamencie. – Czarnowłosy się uśmiechnął smutno. Pieski dreptały dziarsko przed nami na swoich nowych smyczach.
-Jak chcesz. Mi tam nie przeszkadzasz i jest mi weselej z tobą niż samej. – Mój wzrok błąkał się po otoczeniu. Myślałam o jutrzejszym spotkaniu z Enzo.
-Nie będę ciągle u ciebie przesiadywał, w końcu tak nie wypada. – Pokręcił przecząco głową. – Poza tym masz Blanc’ę.
-No niech ci będzie. – Westchnęłam leciutko. – Odprowadzę cię.
[Lee?]
-Nie mam pojęcia. – Odparłam szczerze. – Enzo chce na razie tylko się spotkać, by mnie poznać.
-Wiesz, gdzie on chociaż mieszka? – Nie wiedzieć czemu, czarnowłosy przyjął lekko sceptyczny ton.
-Tak, podał mi swój adres. – Uśmiechnęłam się niepewnie. – Nie mogę w to uwierzyć, że mam brata.
-Wiem co czujesz, ale radzę ci uważać. – Chłopak pogłaskał siedzącego u jego nóg czarnego szczeniaka.
-Ale dlaczego? Myślę, że to może dużo nowego wnieść do mojego dotychczasowego życia. – Zdziwiona zmarszczyłam brwi. Co ten Lee wygaduje?
-Hmm… Jakby to ująć… -Chłopak podrapał się za uchem. – Rozmawiałem z nim podczas naszej wyprawy i nie wydawał się być zainteresowany waszym podobieństwem.
-Co?! Rozmawiałeś z nim? – Moje oczy zaszkliły się od niewypowiedzianej radości. – Jaki on jest?
- No jesteście fizycznie bardzo podobni, na pewno musisz ma go kojarzyć. Taki koleś o białych włosach i szkarłatnych oczach. – Lee badał uważnie mnie swoimi złotymi oczami.
-Chyba wiem o kogo ci chodzi! – Klasnęłam w ręce. – Serio jest do mnie taki podobny?
-Na moje oko spokojnie moglibyście uchodzić za rodzeństwo. – Przytaknął powoli.
-Wiesz bo my jesteśmy bliźniakami… - Spojrzałam na widok za oknem. Słońe powoli świeciło wysoko oświetlając otaczające mój dom drzewa. - Jestem ciekawa, czy będziemy niczym bliźniacy się tak świetnie dogadywać i w ogóle…
- A kiedy masz się z nim spotkać? – Westchnął Lee.
-Jutro ma do mnie wpaść. – Wyszczerzyłam się w zachwycie.
-Widzę, że bardzo się cieszysz z tego powodu. – Chłopak wziął na kolana czarnego psiaka. Zaczął go czule głaskać po brzuszku. – A właśnie! Może wreszcie nadamy im imiona?
-Przydałoby się… W końcu to nie są jakieś bezpańskie psy, tylko nasz kochane maluszki. – Uśmiechnęłam się z czułością do mojej białej kuleczki. Właśnie, biała… - Moja sunia będzie miała na imię Blanc, czyli z francuskiego po prostu biała. To urocze imię dla tej wyjątkowej damy, prawda?
-Proste i piękne. – Lee zamyślił się na moment. – Ten czarnuszek niech będzie Shiloh.
-Ale oryginalnie! – Szczerze zachwyciłam się niecodziennym imieniem szczeniak. – Ma ono jakieś głębsze znaczenie?
-Niestety nie, ale wydaje mi się, że nie musi skoro będzie je nosił taki pełen wyrazu pies. – Chłopak zaśmiał się cicho. Podniósł małego do góry i po chwili odstawił na ziemię. Szczeniak pobiegł w kierunku jednej z nowych zabawek. Jednak moją uwagę przykuł szczegół na przedramieniu Lee. Wzdłuż kości łokciowej rozciągała się brzydka, krwista szrama.
-Lee! Pokaż rękę. – Chwyciłam go ostrożnie jednakże stanowczo za nadgarstek i przyjrzałam się z bliska ranie. – Trzeba to opatrzeć. Nie boli cię to w ogóle?
-Co? To? – Czarnowłosy był nieświadom tego co znajdowało się na jego ręce. Pełen zdziwienia, zmarszczył brwi. – Nie czułem tego wcale. Chyba musiało leżeć jakieś szkło na tym chodniku podczas tej „walki” i po prostu się skaleczyłem.
Nadal nie mogłam wyjść z podziwu dla jego zachowania w konfrotacji z tamtym osiłkiem. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym była wtedy sama. A tak, dzięki Lee szczeniaki nadal były z nami. Muszę mu się jakoś za to odwdzięczyć. Udałam się do toalety, gdzie miałam różnego rodzaju przybory do opatrywania ran. Wzięłam wodę utlenioną , opatrunki i bandaż. Wróciłam do salonu i usiadłam blisko rannego.
-Podaj łapkę. – Uśmiechnęłam się leciutko. Chłopak wyciągnął ramię. Chwyciłam je ostrożnie i wzięłam wodę utlenioną. Kiedy ciecz spotkała się z raną, pojawiła się biała piana, a mój pacjent zasyczał głośno.
-Auć, ale szczypie… - Skrzywił się, ale poza tym jego ręka pozostawała w bezruchu, dzięki czemu mogłam dokończyć swojego działa. Po 10 minutach opatrunek był gotowy. Z dumą patrzyłam na swoje dzieło.
-Podoba się? – Zerknęłam na twarz Lee, który się uśmiechnął pod nosem.
-Jest świetnie.- Zadowolona z dobrze wykonanej roboty, wstałam i zerknęłam w kierunku kuchni. Poczułam się trochę głodna, dlatego zaproponowałam:
-Co powiesz na dobry obiad?
-A co proponujesz? – Lee zmrużył oczy i wyczekująco zaczął bębnić palcami o blat stolika do kawy.
-Risotto z warzywami. – Kusząco poruszyłam brwiami.
-Chyba się skuszę, skoro mnie tak ładnie zachęcasz. – Przekrzywił lekko głowę, tak że jego długie, czarne kosmyki włosów delikatnie przykryły mu część twarzy. – Może ci w czymś pomóc?
-Nie, nie. Dam sobie radę, ty tutaj jesteś gościem i to w dodatku rannym. Należy ci się także chwila odpoczynku po tej bójce. –Przytrzymałam dłonie na jego ramionach, by zapobiec jego powastaniu z kanapy. Długo się nie opierał i posłusznie opadł na miękkie poduchy.
-Skoro tak stawiasz sprawę, to nie będę protestować. – Uśmiechnął się, a ja odwzajemniłam ten uśmiech i ruszyłam do kuchni. Zabrałam się za przyrządzanie dania. Po jakichś 30 minutach jedzonko było gotowe. Ustawiłam parujący jeszcze talerz przed moim gościem.
-Proszę i życzę smacznego. – Usiadłam obok Lee na kanapie i również zaczęłam jeść.
-Dziękuję. – Odparł i zaczął konsumować. Po zjedzonym obiedzie, posprzątałam i stwierdziliśmy oboje, że to dobry moment by wyprowadzić psiaki na spacer.
-Cóż, chyba wrócę na trochę do siebie i pomieszkam we własnym apartamencie. – Czarnowłosy się uśmiechnął smutno. Pieski dreptały dziarsko przed nami na swoich nowych smyczach.
-Jak chcesz. Mi tam nie przeszkadzasz i jest mi weselej z tobą niż samej. – Mój wzrok błąkał się po otoczeniu. Myślałam o jutrzejszym spotkaniu z Enzo.
-Nie będę ciągle u ciebie przesiadywał, w końcu tak nie wypada. – Pokręcił przecząco głową. – Poza tym masz Blanc’ę.
-No niech ci będzie. – Westchnęłam leciutko. – Odprowadzę cię.
[Lee?]
czwartek, 25 sierpnia 2016
Od Lou - C.D Lee
Na widok tego ogłoszenia zrobiło mi się smutno. Nie wiedziałam, co może czekać te dwa malutkie szczeniaczki. Bałam się, że ich właściciel wcale nie zasługiwał na posiadanie tych słodkich i niewinnych pyszczków. Kiedy Lee objął mnie, moje ciało przeszyła fala ciepła. Dzięki temu odgoniłam nieprzyjemne myśli, gdzieś w najdalsze zakątki mojego umysłu. Zdałam sobie sprawę, że po raz pierwszy odkąd zjawiłam się w Rimear, jest ktoś kto potrafi mnie pocieszyć. Co zadziwiające znam go jedynie kilka dni, a bez przeszkód mogę mówić, że jest moim najbliższym znajomym. Może nie przyjacielem, ale kimś na kogo w jakiś sposób mogę liczyć. Oczywiście jest jeszcze Sebastian, ale to trochę inna historia. Dotychczas jednak nie mogłam znaleźć nikogo, kto chciałby się ze mną bliżej zapoznać. Jakoś nikt nie potrafił znieść mojego dość wybuchowego charakteru. Zaczynałam już czuć się samotnie w tym wielkim ośrodku, ale jak widać chyba nie jest ze mną tak źle, skoro niektórzy potrafią się ze mną dogadać.
-To co idziemy szukać jakiegoś sklepu zoologicznego? – Powoli wysunęłam się spod ręki Lee i zerknęłam w jego złote oczka.
-Dobry pomysł. – Uśmiechnął się. – Nie możemy stać i myśleć, co by było, gdyby…
-Właśnie. – Także wyszczerzyłam zęby i ruszyliśmy dziarsko przed siebie. Gdy weszliśmy w ulicę pełną najróżniejszych sklepów i sklepików, zaczęłam się oglądać za naszym celem. Jednak moje spojrzenie padło na atrakcyjną brunetkę o długaśnych, smukłych nogach. Jej kobiece kształty były prawie idealne, jednak nie tak doskonałe jak moje. Ah, ta skromność ^^
-Ale laska! – Puknęłam łokciem w bok czarnowłosego. – Można by się z nią nieźle zabawić, co nie?
Lee zwolnił kroku i na chwilę zastygł w bezruchu. Spojrzał się na mnie tak, jakby nie do końca wiedział, czy dobrze zrozumiał moje słowa. Wbiłam w niego rozbawione spojrzenie. Kolega na ten gest, uśmiechnął się nerwowo.
-No nie jest zła… ale to żart? Czy jesteś bi? Jestem tolerancyjny! Żeby nie było. – Zaczęłam się śmiać. Po chwili doszłam do siebie i odgarnęłam niesforne kosmyki z twarzy.
-To nie żart. – Z moich nadal nie schodził szeroki uśmiech. – Jestem bi, a w sumie to prostu wyznaję zasadę „ Aby życie miało smaczek, raz dziewczynka, raz chłopaczek.” Po co się ograniczać? Nienawidzę ograniczeń.
-Zaskakujące, ale to ma sens. – Chłopak nadal był w lekkim szoku.
-Nie ukrywam, że bardziej wolę facetów, aczkolwiek do dziewczyn też nie mam oporów. – Wyjaśniłam, powoli ruszając w dalszą drogę. – Głupotą według mnie jest przekreślanie miłości do tej samej płci ze względu, na to jak ludzie na to patrzą. A czemu nie? W końcu podobno miłość jest ślepa.
-Mimo, że nie wiem, czy poczułbym coś więcej do drugiego mężczyzny, to myślę, że w tym co mówisz jest sporo prawdy. – Trochę uspokojony dorównał mojemu krokowi. Po tych wywodach zamilkliśmy na trochę, każde z nas zatopione we własnych myślach . Nagle Lee zatrzymał się przed witryną, jakiegoś sklepu.
-Lou zatrzymaj się! Znalazłem właśnie sklep zoologiczny. – Chłopak odwrócił się do mnie i zapraszającym gestem wskazał na drzwi wejściowe do budynku. Faktycznie na wystawie znajdowały się klatki z uroczymi króliczkami, akwaria z kolorowymi rybkami i liczne elementy ekwipunku dla psów i kotów. Weszliśmy do środka, czemu towarzyszył krótki, metaliczny dźwięk dzwoneczka zawieszonego w drzwiach. Naszym oczom ukazał się istny raj dla wszelkich fanów posiadania zwierząt domowych. Od razu skierowaliśmy się ku działowi z przedmiotami dla piesków.
-Co im kupujemy? – Lee zerknął na te wszystkie obroże, smycze, zabawki, posłania i innego typu rzeczy.
-Kupmy im jakieś obróżki i smycze, w końcu trzeba będzie z nimi wychodzić na spacer. – Zaczęłam się nakręcać. – Potrzebują też porządnej miski na jedzenie, które też zdałoby się zakupić.
-To ja dla tego czarnuszka biorę niebieską, a ty? – Wziął prostą, błękitną obrożę i do tego smycz w tym samym kolorze.
-Jako, że to jest sunia, wezmę jej czerwoną. Będzie pasować do koloru moich oczu. – Zaśmiałam się i sięgnęłam po wybrane przedmioty.
- Miski weźmiemy chyba takie metalowe, prawda? – Lee wskazał na małe, srebrzyste miseczki. Były proste i z pewnością pojemne. Przytaknęłam głową na znak, że się zgadzam.
- Może kupimy im jakieś zabawki? W szczególności coś w stylu gryzaków. – Westchnęłam, przypominając sobie bałagan jaki zastałam w swoim mieszkaniu poprzedniej nocy.
-Przydadzą się na pewno. – Wybraliśmy parę gumowych kostek, piłeczkę i jakiegoś pluszaka. – To powinno być odpowiednie.
-To co idziemy do kasy? – Lee przytaknął i poszliśmy zapłacić za nasze zakupy. Wychodząc ze sklepu spostrzegłam wielkiego faceta o nieprzyjemnej aparycji, który wieszał jakieś ogłoszenie na szybie wystawowej zoologika. Zerknęłam na treść przyklejanej kartki. O nie…
-Lee spójrz to ten gość, która szuka naszych psiaków. – Szepnęłam do czarnowłosego, który spojrzał na mężczyznę pochłoniętego mocowaniem się z taśma klejącą.
-Musimy się stąd zmyć. – Oparł mój towarzysz. – Nie wygląda on na dobrego właściciela psiaków.
-Zaczekaj. – Przytrzymałam jego rękę. Spojrzałam smutno na swoją białą sunię. – A jeśli jest dobrym człowiekiem i bardzo tęskni za tą dwójką?
-Lou, nie może. Wszystko wskazuje, że on po prostu ma odnieść jakąś korzyść z posiadania tych szczeniaków. Nikt kochający zwierzęta nie trzyma ich w kartonowym pudełku! – Spojrzał na mnie poważnie tymi swoimi żółtymi oczami.
-Chyba masz rację. – Westchnęłam ciężko i powoli zaczęliśmy się oddalać od sklepu, gdy nagle ten mężczyzna przeciął nam drogę i stanął przed nami.
-Macie moje szczeniaki! – Wskazał na nas grubym paluchem. – Oddawajcie je natychmiast złodzieje!
-Co? Jacy złodzieje? Te szczeniaki były bez opieki w zimnym kartonie! – Od razu nie spodobało mi się zachowanie tego gbura. Krew się we mnie zagotowała.
-Mam je odebrać siłą?! – Wrzasnął i rzucił się w moim kierunku z łapami. Odruchowo osłoniłam sunię własnym ciałem. Czekałam na cios, ale nic takiego się nie zadziało. Spojrzałam z przymkniętych powiek. Lee zatrzymał lecące na mnie pięści. Patrzył wrogo na tego giganta i chama. Czyżby mieli zamiar się bić?
[Lee?]
-To co idziemy szukać jakiegoś sklepu zoologicznego? – Powoli wysunęłam się spod ręki Lee i zerknęłam w jego złote oczka.
-Dobry pomysł. – Uśmiechnął się. – Nie możemy stać i myśleć, co by było, gdyby…
-Właśnie. – Także wyszczerzyłam zęby i ruszyliśmy dziarsko przed siebie. Gdy weszliśmy w ulicę pełną najróżniejszych sklepów i sklepików, zaczęłam się oglądać za naszym celem. Jednak moje spojrzenie padło na atrakcyjną brunetkę o długaśnych, smukłych nogach. Jej kobiece kształty były prawie idealne, jednak nie tak doskonałe jak moje. Ah, ta skromność ^^
-Ale laska! – Puknęłam łokciem w bok czarnowłosego. – Można by się z nią nieźle zabawić, co nie?
Lee zwolnił kroku i na chwilę zastygł w bezruchu. Spojrzał się na mnie tak, jakby nie do końca wiedział, czy dobrze zrozumiał moje słowa. Wbiłam w niego rozbawione spojrzenie. Kolega na ten gest, uśmiechnął się nerwowo.
-No nie jest zła… ale to żart? Czy jesteś bi? Jestem tolerancyjny! Żeby nie było. – Zaczęłam się śmiać. Po chwili doszłam do siebie i odgarnęłam niesforne kosmyki z twarzy.
-To nie żart. – Z moich nadal nie schodził szeroki uśmiech. – Jestem bi, a w sumie to prostu wyznaję zasadę „ Aby życie miało smaczek, raz dziewczynka, raz chłopaczek.” Po co się ograniczać? Nienawidzę ograniczeń.
-Zaskakujące, ale to ma sens. – Chłopak nadal był w lekkim szoku.
-Nie ukrywam, że bardziej wolę facetów, aczkolwiek do dziewczyn też nie mam oporów. – Wyjaśniłam, powoli ruszając w dalszą drogę. – Głupotą według mnie jest przekreślanie miłości do tej samej płci ze względu, na to jak ludzie na to patrzą. A czemu nie? W końcu podobno miłość jest ślepa.
-Mimo, że nie wiem, czy poczułbym coś więcej do drugiego mężczyzny, to myślę, że w tym co mówisz jest sporo prawdy. – Trochę uspokojony dorównał mojemu krokowi. Po tych wywodach zamilkliśmy na trochę, każde z nas zatopione we własnych myślach . Nagle Lee zatrzymał się przed witryną, jakiegoś sklepu.
-Lou zatrzymaj się! Znalazłem właśnie sklep zoologiczny. – Chłopak odwrócił się do mnie i zapraszającym gestem wskazał na drzwi wejściowe do budynku. Faktycznie na wystawie znajdowały się klatki z uroczymi króliczkami, akwaria z kolorowymi rybkami i liczne elementy ekwipunku dla psów i kotów. Weszliśmy do środka, czemu towarzyszył krótki, metaliczny dźwięk dzwoneczka zawieszonego w drzwiach. Naszym oczom ukazał się istny raj dla wszelkich fanów posiadania zwierząt domowych. Od razu skierowaliśmy się ku działowi z przedmiotami dla piesków.
-Co im kupujemy? – Lee zerknął na te wszystkie obroże, smycze, zabawki, posłania i innego typu rzeczy.
-Kupmy im jakieś obróżki i smycze, w końcu trzeba będzie z nimi wychodzić na spacer. – Zaczęłam się nakręcać. – Potrzebują też porządnej miski na jedzenie, które też zdałoby się zakupić.
-To ja dla tego czarnuszka biorę niebieską, a ty? – Wziął prostą, błękitną obrożę i do tego smycz w tym samym kolorze.
-Jako, że to jest sunia, wezmę jej czerwoną. Będzie pasować do koloru moich oczu. – Zaśmiałam się i sięgnęłam po wybrane przedmioty.
- Miski weźmiemy chyba takie metalowe, prawda? – Lee wskazał na małe, srebrzyste miseczki. Były proste i z pewnością pojemne. Przytaknęłam głową na znak, że się zgadzam.
- Może kupimy im jakieś zabawki? W szczególności coś w stylu gryzaków. – Westchnęłam, przypominając sobie bałagan jaki zastałam w swoim mieszkaniu poprzedniej nocy.
-Przydadzą się na pewno. – Wybraliśmy parę gumowych kostek, piłeczkę i jakiegoś pluszaka. – To powinno być odpowiednie.
-To co idziemy do kasy? – Lee przytaknął i poszliśmy zapłacić za nasze zakupy. Wychodząc ze sklepu spostrzegłam wielkiego faceta o nieprzyjemnej aparycji, który wieszał jakieś ogłoszenie na szybie wystawowej zoologika. Zerknęłam na treść przyklejanej kartki. O nie…
-Lee spójrz to ten gość, która szuka naszych psiaków. – Szepnęłam do czarnowłosego, który spojrzał na mężczyznę pochłoniętego mocowaniem się z taśma klejącą.
-Musimy się stąd zmyć. – Oparł mój towarzysz. – Nie wygląda on na dobrego właściciela psiaków.
-Zaczekaj. – Przytrzymałam jego rękę. Spojrzałam smutno na swoją białą sunię. – A jeśli jest dobrym człowiekiem i bardzo tęskni za tą dwójką?
-Lou, nie może. Wszystko wskazuje, że on po prostu ma odnieść jakąś korzyść z posiadania tych szczeniaków. Nikt kochający zwierzęta nie trzyma ich w kartonowym pudełku! – Spojrzał na mnie poważnie tymi swoimi żółtymi oczami.
-Chyba masz rację. – Westchnęłam ciężko i powoli zaczęliśmy się oddalać od sklepu, gdy nagle ten mężczyzna przeciął nam drogę i stanął przed nami.
-Macie moje szczeniaki! – Wskazał na nas grubym paluchem. – Oddawajcie je natychmiast złodzieje!
-Co? Jacy złodzieje? Te szczeniaki były bez opieki w zimnym kartonie! – Od razu nie spodobało mi się zachowanie tego gbura. Krew się we mnie zagotowała.
-Mam je odebrać siłą?! – Wrzasnął i rzucił się w moim kierunku z łapami. Odruchowo osłoniłam sunię własnym ciałem. Czekałam na cios, ale nic takiego się nie zadziało. Spojrzałam z przymkniętych powiek. Lee zatrzymał lecące na mnie pięści. Patrzył wrogo na tego giganta i chama. Czyżby mieli zamiar się bić?
[Lee?]
środa, 24 sierpnia 2016
Od Lou - C.D Lee
Nadal nie mogłam zrozumieć swojej wcześniejszej reakcji na zachowanie Lee. Nie byłam, przecież nastolatką, żeby rumienić się, jak głupia podczas tak niewinnego gestu. Chyba sama się musiałam w głowę uderzyć… Może ten upadek spowodował, że w moim mózgu pewne neurony przestały łączyć? Eh… Czułam się, jak idiotka. Z takimi oto myślami podeszłam do czarnowłosego, który stał bez koszulki przed lustrem. Napiął mięśnie i spojrzał na mnie wyczekująco z odbicia lustra.
-Mam cię pomacać? – Uniosłam zadziornie jedną brew, a na moich ustach zagościł szelmowski uśmieszek.
-Widzę, że nie muszę cię do tego zachęcać. – Lee uśmiechnął się pod nosem. – Tylko proszę, bądź w miarę delikatna.
-Pomyślę. – Wystawiłam język i zabrałam się do roboty. Było co macać, szkoda tylko, że skóra miejscami była ozdobiona przez sporych rozmiarów siniaki. Widok ładny, ale efekty niespecjalne. Zabrałam się do roboty. Na początku ostrożnie dotykałam miejsc, gdzie widniały fioletowe plamy.
-Boli? – Zerknęłam na chłopaka, który wykrzywił usta w delikatnym grymasie.
- A jak myślisz? – Zaśmiał się cicho.
-Moje magiczne rączki znieczulają ból, mam rację, prawda? – Wyszczerzyłam się w uśmiechu.
-Chyba nie do końca działa to znieczulenie siostro. – Lee zacisnął pięść. Musiało go troszeczkę boleć.
-Cierp teraz, za to, że mnie tak perfidnie nabrałeś na poważny upadek. – Mój śmiech był podszyty lekkim szyderstwem.
-Jeszcze mi to wypominasz? – Czarnowłosy westchnął ciężko. – Było minęło.
-No niech ci będzie, wybaczam ci ten niecny występek. – Kontynuowałam swoje macanko. Przyjemnie było tak wędrować palcami po mapie pleców mężczyzny. Jako, że Lee był świetnie umięśniony, pod moimi dłońmi rozpościerały się łagodne pagórki, napiętych mięśni. Nie urywam, że sprawiało mi to przyjemność. Ale wszystko co dobre, szybko się kończy. Kiedy zakończyłam moje badanie, chłopak nadal bez koszulki ruszył do salonu, gdzie na czarnej sofie ułożył się na brzuchu. Wyglądał trochę komicznie, przez co wybuchłam śmiechem.
- Nieładnie wyśmiewać się z chorego człowieka. – Mruknął obolały.
-Ja się z nikogo nie śmieję. Po prostu mam świetny humor. – Posłałam mu szczery uśmiech. – Masz w domu może jakąś maść na stłuczenia?
-Nie mam pojęcia. – Podrapał się po głowie. – Sprawdź w szafkach w Łazieńce.
-Nie masz przede mną nic do ukrycia? – Przekrzywiłam główkę.
-A co? Myślisz, że tu złoty pociąg przechowuję? – Zachichotał i wykrzywił się po chwili z bólu. Musiał się urazić. – Niestety zostawiłem go w jaskini Batmana.
-Oh, no to trudno. – Wzruszyłam ramionami i zrobiłam zawiedzioną minkę. – Idę szukać maści.
Udałam się we wskazanym przez Lee kierunku i weszłam do nowocześnie urządzonej łazienki. Nie było tam zbyt wiele szafek, więc dość szybko udało mi się je przejrzeć. Wszędzie było pełno męskich kosmetyków i przyborów do higieny. W jednej z szuflad natrafiłam na okrągły pojemniczek, który wyglądał jak jakaś maść. Wzięłam swoje znalezisko i podetknęłam Lee pod nos.
-Co to? Bo nie jest w ogóle opisane. – Wbiłam wzrok w trzymany pojemnik.
-Odkręć. – Polecił czarnowłosy. Wykonałam to polecenie.
-To jakaś maść? – Pytająco uniosłam brwi.
-Można tak powiedzieć. – Chłopak uśmiechał się. –To wazelina.
-Haha! – Wybuchnęłam śmiechem. – Do czego ci ona służy? Zapraszasz czasami kolegów?
-Ej! Wazelina to nie tylko w jeden sposób jest przez ludzi używana… - Odparł odrobinę urażony.
- To do czego jeszcze? – Dalej nie mogłam powstrzymać śmiechu.
-Na przykład do ust. – Zamknął pudełeczko i odstawił je na ziemię.
-Oho, na pewno. – Śmiałam się dalej. Lee przeszył mnie żółtym spojrzeniem. – No dobra, dobra. Już. Pójdę do siebie, może ja będę miała jakąś waze… Znaczy maść na stłuczenia.
-Dobry pomysł. Może skończysz z tym jakże śliskim tematem, jakim jest zastosowanie wazeliny. – Uśmiechnął się pod nosem. Ja natomiast ruszyłam do siebie. Trochę pobłądziłam po drodze, ponieważ po raz pierwszy szłam z tych okolic do swojego domu, a po drugie było ciemno. Drogę oświetlały mi jedynie gwiazdy i księżyc, który co jakiś czas był zasnuwany przez pędzące po niebie obłoki. Kiedy wreszcie dotarłam do swoich drzwi, byłam już lekko zmęczona. W salonie czekał mnie straszny widok. Panował tutaj totalny chaos. Wszystko było porozwalane, pogryzione i obślinione. Po mieszkaniu rozchodził się także nieciekawy zapach. Pobiegłam do części moich butów, które stały w korytarzu, a nie były zabezpieczone w garderobie. Na szczęście nie zostały zniszczone, jedynie parę sztuk było odrobinę poślinionych. Teraz szukałam dwóch małych winowajców. Znalazłam szczeniaki leżące na poszarpanym kocyku tuż przy sofie. Drzemały słodko, popiskując przez sen. Nie miałam serca ich budzić i karać. Zabrałam się za szybkie sprzątanie. Ogarnęłam porozrzucane rzeczy, takie jak poduszki, narzuty, część moich ciuchów, jakichś ściereczek, serwetek . Zebrałam potłuczony wazon i uprzątnęłam pogryzione kwiaty. Zebrałam różnego rodzaju „niespodzianki” z przedziwnych kątów. Umyłam całą podłogę i zabrałam się za szukanie maści na stłuczenia. Znalazłam ja oczywiście w najwyższej szafce, do której musiałam wspinać się po krześle. Wykończona tym wszystkim, wzięłam szczeniaki do wiklinowego koszyka, wyłożonego mięciutkim kocykiem i wyszłam ponownie z domu. Stwierdziłam, że zostawianie psiaków samych to nie najlepszy pomysł. Znowu nie mogłam odnaleźć zbyt szybko drogi do domu Lee. Eh… Ziewnęłam, gdy wreszcie znalazłam się w przedpokoju czarnowłosego.
-Lee, mam tą maść! – Odezwałam się trochę zmęczonym głosem.
-Jejku, czy ty jej szukałaś na Alasce, czy jak? – Chłopak przyszedł, by zamknąć drzwi. Spojrzał zdziwiony na szczeniaki. – A co one tu robią?
-Streszczając wszystko: źle znoszą samotność. – Znowu ziewnęłam. – Nieważne, chodź posmaruję ci plecy.
-Już nie mogę się doczekać. – Puścił do mnie oczko. Jakoś mnie to w tej chwili nie ruszało. Położył się na sofie, a ja usiadłam na podłodze i otworzyłam pojemnik z maścią. Wzięłam niewielką ilość na palce i zaczęłam powoli, posuwistymi ruchami wsmarowywać ją w skórę chłopaka. Ta monotonia i moje zmęczenie, spowodowało, że w pewnym momencie urwał mi się film i po prostu odpłynęłam w objęcia Morfeusza.
[Lee?]
-Mam cię pomacać? – Uniosłam zadziornie jedną brew, a na moich ustach zagościł szelmowski uśmieszek.
-Widzę, że nie muszę cię do tego zachęcać. – Lee uśmiechnął się pod nosem. – Tylko proszę, bądź w miarę delikatna.
-Pomyślę. – Wystawiłam język i zabrałam się do roboty. Było co macać, szkoda tylko, że skóra miejscami była ozdobiona przez sporych rozmiarów siniaki. Widok ładny, ale efekty niespecjalne. Zabrałam się do roboty. Na początku ostrożnie dotykałam miejsc, gdzie widniały fioletowe plamy.
-Boli? – Zerknęłam na chłopaka, który wykrzywił usta w delikatnym grymasie.
- A jak myślisz? – Zaśmiał się cicho.
-Moje magiczne rączki znieczulają ból, mam rację, prawda? – Wyszczerzyłam się w uśmiechu.
-Chyba nie do końca działa to znieczulenie siostro. – Lee zacisnął pięść. Musiało go troszeczkę boleć.
-Cierp teraz, za to, że mnie tak perfidnie nabrałeś na poważny upadek. – Mój śmiech był podszyty lekkim szyderstwem.
-Jeszcze mi to wypominasz? – Czarnowłosy westchnął ciężko. – Było minęło.
-No niech ci będzie, wybaczam ci ten niecny występek. – Kontynuowałam swoje macanko. Przyjemnie było tak wędrować palcami po mapie pleców mężczyzny. Jako, że Lee był świetnie umięśniony, pod moimi dłońmi rozpościerały się łagodne pagórki, napiętych mięśni. Nie urywam, że sprawiało mi to przyjemność. Ale wszystko co dobre, szybko się kończy. Kiedy zakończyłam moje badanie, chłopak nadal bez koszulki ruszył do salonu, gdzie na czarnej sofie ułożył się na brzuchu. Wyglądał trochę komicznie, przez co wybuchłam śmiechem.
- Nieładnie wyśmiewać się z chorego człowieka. – Mruknął obolały.
-Ja się z nikogo nie śmieję. Po prostu mam świetny humor. – Posłałam mu szczery uśmiech. – Masz w domu może jakąś maść na stłuczenia?
-Nie mam pojęcia. – Podrapał się po głowie. – Sprawdź w szafkach w Łazieńce.
-Nie masz przede mną nic do ukrycia? – Przekrzywiłam główkę.
-A co? Myślisz, że tu złoty pociąg przechowuję? – Zachichotał i wykrzywił się po chwili z bólu. Musiał się urazić. – Niestety zostawiłem go w jaskini Batmana.
-Oh, no to trudno. – Wzruszyłam ramionami i zrobiłam zawiedzioną minkę. – Idę szukać maści.
Udałam się we wskazanym przez Lee kierunku i weszłam do nowocześnie urządzonej łazienki. Nie było tam zbyt wiele szafek, więc dość szybko udało mi się je przejrzeć. Wszędzie było pełno męskich kosmetyków i przyborów do higieny. W jednej z szuflad natrafiłam na okrągły pojemniczek, który wyglądał jak jakaś maść. Wzięłam swoje znalezisko i podetknęłam Lee pod nos.
-Co to? Bo nie jest w ogóle opisane. – Wbiłam wzrok w trzymany pojemnik.
-Odkręć. – Polecił czarnowłosy. Wykonałam to polecenie.
-To jakaś maść? – Pytająco uniosłam brwi.
-Można tak powiedzieć. – Chłopak uśmiechał się. –To wazelina.
-Haha! – Wybuchnęłam śmiechem. – Do czego ci ona służy? Zapraszasz czasami kolegów?
-Ej! Wazelina to nie tylko w jeden sposób jest przez ludzi używana… - Odparł odrobinę urażony.
- To do czego jeszcze? – Dalej nie mogłam powstrzymać śmiechu.
-Na przykład do ust. – Zamknął pudełeczko i odstawił je na ziemię.
-Oho, na pewno. – Śmiałam się dalej. Lee przeszył mnie żółtym spojrzeniem. – No dobra, dobra. Już. Pójdę do siebie, może ja będę miała jakąś waze… Znaczy maść na stłuczenia.
-Dobry pomysł. Może skończysz z tym jakże śliskim tematem, jakim jest zastosowanie wazeliny. – Uśmiechnął się pod nosem. Ja natomiast ruszyłam do siebie. Trochę pobłądziłam po drodze, ponieważ po raz pierwszy szłam z tych okolic do swojego domu, a po drugie było ciemno. Drogę oświetlały mi jedynie gwiazdy i księżyc, który co jakiś czas był zasnuwany przez pędzące po niebie obłoki. Kiedy wreszcie dotarłam do swoich drzwi, byłam już lekko zmęczona. W salonie czekał mnie straszny widok. Panował tutaj totalny chaos. Wszystko było porozwalane, pogryzione i obślinione. Po mieszkaniu rozchodził się także nieciekawy zapach. Pobiegłam do części moich butów, które stały w korytarzu, a nie były zabezpieczone w garderobie. Na szczęście nie zostały zniszczone, jedynie parę sztuk było odrobinę poślinionych. Teraz szukałam dwóch małych winowajców. Znalazłam szczeniaki leżące na poszarpanym kocyku tuż przy sofie. Drzemały słodko, popiskując przez sen. Nie miałam serca ich budzić i karać. Zabrałam się za szybkie sprzątanie. Ogarnęłam porozrzucane rzeczy, takie jak poduszki, narzuty, część moich ciuchów, jakichś ściereczek, serwetek . Zebrałam potłuczony wazon i uprzątnęłam pogryzione kwiaty. Zebrałam różnego rodzaju „niespodzianki” z przedziwnych kątów. Umyłam całą podłogę i zabrałam się za szukanie maści na stłuczenia. Znalazłam ja oczywiście w najwyższej szafce, do której musiałam wspinać się po krześle. Wykończona tym wszystkim, wzięłam szczeniaki do wiklinowego koszyka, wyłożonego mięciutkim kocykiem i wyszłam ponownie z domu. Stwierdziłam, że zostawianie psiaków samych to nie najlepszy pomysł. Znowu nie mogłam odnaleźć zbyt szybko drogi do domu Lee. Eh… Ziewnęłam, gdy wreszcie znalazłam się w przedpokoju czarnowłosego.
-Lee, mam tą maść! – Odezwałam się trochę zmęczonym głosem.
-Jejku, czy ty jej szukałaś na Alasce, czy jak? – Chłopak przyszedł, by zamknąć drzwi. Spojrzał zdziwiony na szczeniaki. – A co one tu robią?
-Streszczając wszystko: źle znoszą samotność. – Znowu ziewnęłam. – Nieważne, chodź posmaruję ci plecy.
-Już nie mogę się doczekać. – Puścił do mnie oczko. Jakoś mnie to w tej chwili nie ruszało. Położył się na sofie, a ja usiadłam na podłodze i otworzyłam pojemnik z maścią. Wzięłam niewielką ilość na palce i zaczęłam powoli, posuwistymi ruchami wsmarowywać ją w skórę chłopaka. Ta monotonia i moje zmęczenie, spowodowało, że w pewnym momencie urwał mi się film i po prostu odpłynęłam w objęcia Morfeusza.
[Lee?]
Subskrybuj:
Posty (Atom)