Każde dotknięcie jej rozgrzanego ciała znacznie potęgowało moje pożądanie. Gdy już wszedłem w rytm, nie sposób mnie powstrzymać, a w obecnym momencie to już w ogóle nie znałem granic. Moje ręce błądziły wzdłuż jej gładkiego ciała, a usta co chwila schodziły z jej warg i składały pocałunki na szyi, piersiach. Wszystko trwało do pewnego czasu… aż ostatecznie moim stoperem okazała się podłoga oraz bardzo bliskie spotkanie z nią, które całkiem wyprowadziło mnie z rytmu. Na chwilę zawirowało mi w głowie i z powrotem poczułem na plecach chłód bijący od zimnych paneli. Jednak gdy uniosłem delikatnie powieki, starając się wrócić do rzeczywistości, zobaczyłem jak twarz Lou i moją dzielą zaledwie centymetry.
– Lee! Nic ci nie jest? – zapytała, a ja rozkoszując się ciepłem jej oddechu, pozwoliłem sobie na chwilę milczenia. Potem pokręciłem głową i zmuszony do otarcia oczu, zabrałem ręce, które wcześniej spoczywały na jej jędrnych oraz dużych pośladkach. Emocje po tym bliskim spotkaniu z ciałem Lou wydawały się z wolna opadać i zanikać, jednakże nie ukrywam, że widok jej nagości znów zaczął mnie nakręcać.
(...) Jakiś czas później, po kilku namiętnych pocałunkach, musieliśmy już trochę odsapnąć. Mimo że wcześniej wziąłem prysznic, czułem jakby gorąc i emocje wracały z powrotem, ilekroć woda by je zmywała. Jednak wiadomo, że wszystko kiedyś się kończy, dlatego powoli przygotowywaliśmy się do wejścia w krąg rutyny i wkrótce nasze ciała zapomniały o swojej wzajemnej obecności. Gdy Lou na długo zatrzymała się w łazience, ja sięgnąłem po bokserki, a następnie po wino leżące w barku. Dokładnie je obejrzałem dookoła, jakbym chciał tym odkryć jego datę i wykwintność, lecz ostatecznie stwierdziłem, że napiję się byle czego. Po prostu to była moja zachcianka w tej chwili. Wobec tego chwyciłem kieliszek z długą szyjką i objąwszy ją palcami, patrzyłem jak krwistoczerwona ciecz płynnie obija się o koliste ścianki naczynia. Zająłem kanapę. Wtedy w progu stanęła Lou, której ciało było kurczowo owinięte ręcznikiem. Nie mogłem nic odczytać z jej nieodgadniętego wyrazu twarzy.
– Wybacz, musiałem. – Westchnąłem, biorąc kolejny łyk. Doskonale wiedziałem, że to nie spodoba się dziewczynie, która wiecznie stroni od alkoholu, ale to nie jest równoznaczne z tym, że nikt w jej otoczeniu nie może się raz na jakiś czas zrelaksować. Jednak Lou, mimo początkowego zniesmaczenia na mój widok, po chwili zbliżyła się w moją stronę oraz usiadła okrakiem na kolanach. Czułem, że wciąż była naga, więc kiedy od razu ta świadomość do mnie dotarła, nie próbowałem nawet powstrzymywać cisnącego się na moją twarz uśmiechu. W odpowiedzi, dziewczyna jedynie cicho prychnęła.
– Spać mi się chce… – Ziewnąłem.
– No po tym czymś to będziesz spał jak niedźwiedź. – Kiedy chwilowo zamknąłem oczy, poczułem, jak Lou delikatnie chwyci kieliszek i wyswabadza go z moich palców, jednak nie zatapia ust w czerwieni. Zamiast tego, odkłada ją na boczną półkę.
– Domyśliłem się, że nie będziesz chciała się napić, ale żeby tak perfidnie mi odbierać to, co mi się należy? – Westchnąłem cicho, a moje dłonie zacisnęły się ponownie na pośladkach dziewczyny.
– Podobno byłeś senny. No, raz dwa do łóżka. – Ponagliła mnie z cwaniackim uśmiechem, a gdy zobaczyła, że zbliżam się do łóżka, zgasiła światło. Stała dokładnie na tle świateł znajdujących się za nieosłoniętymi, wielkimi okiennicami, a kiedy widziałem jej pochłoniętą mrokiem sylwetkę, zrozumiałem, że Lou zdejmuje z siebie ręcznik. A to flirciara…
Nie mogłem ukryć, że mój wzrok teraz podążał za jej najmniejszym ruchem. Moje żółte tęczówki intensywnie próbowały odgonić nieprzebitą ciemność, by zobaczyć choć fragment jej odkrytego ciała, jednak na próżno. Zrobiłem się senny dopiero wtedy, kiedy głowa Lou oparła się o moją klatkę piersiową, a jej jasne włosy rozlały się na mojej skórze. Uspokoił mnie jej równomierny uśmiech, i po chwili pochłonęły obłoki snu.
(...) Obudziło mnie ciche, piskliwe skomlenie rozlegające się w całym domu. Dużo minęło, zanim zdążyłem się rozbudzić i sprawdzić, o co chodzi, choć z każdą chwilą, kiedy mój mózg zaczynał lepiej pracować, obawiałem się coraz bardziej. Postanowiłem nie przeszkadzać Lou, bo wydawała się tkwić w głębokim śnie, a ja nie miałem serca, by ją od razu szturchać. Sam wstałem z łóżka i od razu pospacerowałem ostrożnie w stronę źródła dźwięku. Shiloh leżał pod ścianą na wpół żywy, ale na jego małym ciele nie rozpościerała się żadna rana brodząca krwią. Chwilowo zamarłem, nie mogłem wykonać żadnego ruchu. Mimo że otworzyłem usta, to nie wydobyło się z nich nic, co choć w połowie przypominało mowę. Potem ożywiałem, rzucając się w stronę zwierzęcia. Nie zwróciłem nawet uwagi na co, że Blanc była obok, jednak ona jedynie się przyglądała, a jej psie oczy wydawały się być pogrążone w smutku i rozpaczy. Nie wierzyłem, że mogli się pogryźć, tu chodziło o coś innego. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Dotknąć? Gdy tylko moje palce stykały się z sierścią mojego Shiloh’a, ten zanosił się głośnym piskiem. Bałem się, że go stracę… kompletnie nie wiedziałem, co się dzieje.
(Lou?)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lee. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lee. Pokaż wszystkie posty
sobota, 8 października 2016
środa, 5 października 2016
Od Lee - C.D Lou [18+]
No to był już szczyt szczytów… myślałem, że nie muszę uczyć Shiloha, żeby w takich momentach siedział cicho i grzecznie pod ścianą, ale jednak ja mam od tego wypadku ostro pod górkę. Oczywiście nie zaprzeczę temu, iż pasmo złych doświadczeń zawsze przecina jakaś miła odmiana i wydaję mi się, że niejeden pesymista przyznałby mi rację. Wracając do tego, co zaszło między mną a Lou… gdy tylko nasze usta spotkały się po raz pierwszy, obawiałem się z jednego względu, a cieszyłem z drugiego. Wprawdzie to ja mógłbym zrobić taki bilans zysków i strat, ale zbyt wiele wiedziałem o sobie, a prowadzenie z moim obliczem dyskusji to ostatnie na co mam dzisiaj ochotę. Generalnie to sprawa nie była skomplikowana: parę lat temu udało mi się w końcu pozbyć wspomnień o kobiecie, która długo zamieszkiwała moje serce, ale okazała się nieco inna, niż by mi się wydawało. Zdradziła mnie, a gdy wybrałem moment, w którym ją o to zapytam, była całkowicie szczerą dziewczyną, ale jej charakter odwrócił się o pełne trzysta sześćdziesiąt stopni. Poznałem ją od kompletnie innej strony i w końcu byłem zmuszony przyjąć do wiadomości gorzką prawdę, którą wymówiły jej ociekające jadem usta. Potem… zostałem sam na bardzo długo. Zostawiłem każdą dziewczynę, którą darzyłem uczuciem po jednej, namiętnej nocy. Palant, co? A wracając do teraźniejszości i Lou: wciąż bałem się związków, ale ulżyło mi, kiedy podczas momentu, kiedy niemal doszło do seksu, wszystkie głębsze uczucia stłamsiło pożądanie jej pięknego ciała. Reasumując: niczego nie byłem pewien. Lou to dla mnie naprawdę niezastąpiona przyjaciółka, ale jednocześnie będąc z nią sam na sam jestem skłonny do naprawdę różnych rzeczy. Jedno wiedziałem: nie zamierzam póki co pchać się w objęcia miłości i związków, i w głębi serca narodziła mi się dziwna myśl, że może Lou wcale nie kierowała się przed chwilą tym, że się we mnie zakochała. Zwykłe szaleństwo młodych osób? To brzmi mi bardzo dobrze, a jednocześnie daje dużo czasu na przemyślenia w tej sprawie.
W sumie to nawet nie zorientowałem się, że zasnąłem. Zamknąłem oczy, a gdy je otworzyłem to pierwsze, co przykuło moją uwagę, to to, że byłem kompletnie niewyspany, mimo że przede mną smacznie spała Lou (tak, leżałem na boku). Jednak wystarczyło tylko spojrzeć na jej nagie, odkryte piersi, by zacząć wspominać o wczorajszym wieczorze. Jednocześnie na moich powiekach nie było już ani grama snu i zmęczenia. Zamiast tego, moje żółte tęczówki intensywnie wpatrywały się w obfite kształty dziewczyny – póki jeszcze mogły… No i mniej więcej o tym mówiłem… Chwilę podglądania kobiecych piersi i snucia nieprzyzwoitych myśli na ich temat przerwały mi otwierające się oczy Lou. Moja towarzyszka jednak nie była zła, bowiem jej brwi i czoło były całkowicie rozluźnione. Wydawała się być… taka niewyobrażalnie spokojna. Patrząc prosto w moje oczy, trafnie wyczytała wszystkie myśli, które kryły się w ciemniejszych fragmentach moich tęczówek. Kiedy więc jej ręką spoczęła lekko na tyle mojej czarnej czupryny, przyciągnęła ją bliżej ku swojej nagiej klatce piersiowej, sprawiając, iż moja twarz została otoczona całym ciepłem bijącym z obu stron, między którymi znajdowała się znaczna część mojej głowy. No jak to facet: nie pozostałem obojętny na taki miły gest od losu, bowiem moje ciało zalała fala przyjemnego gorąca, która w szybkim tempie próbowała rozprzestrzenić się po niższych piętrach mojego ciała.
– Nie ma tu psów, prawda? – Szepnąłem w taki sposób, by dziewczyna była w stanie cokolwiek usłyszeć, zważając na fakt, w jakim położeniu się znajduję. W odpowiedzi udało mi się zarejestrować cichy, uroczy chichot. Następnie poczułem, jak jej głowa odchyla się kilkadziesiąt stopni w bok; mogłem wywnioskować to z ruchów jej szyi. Okazało się, że naprawdę zerknęła po to, by udzielić mi odpowiedzi na pytanie:
– Śpią w koszyku. Przydałby im się większy.
I wtedy dziewczyna wstała, odchodząc z całą przyjemnością, jaką zdążyła ode mnie zagarnąć. Odchyliłem głowę w jej stronę, by uważnie dostrzegać każdy jej ruch: sięgnęła po satynowy, krótki szlafroczek, a następnie nałożyła go niedbale na swoje barki, wciąż pozostając jedynie w samych majteczkach. I to był albo jej zamierzony cel, albo błąd, bowiem moją głowę wręcz natychmiastowo pochwyciły nieładne oraz z lekka zboczone pomysły, które miałem nadzieję szybko wykorzystać. Wobec tego wstałem cichutko i pospacerowałem w ślad za moją drogą przyjaciółką. Ukryć się było trudno, lecz gdy stanąłem przy ścianie, dostrzegłem ją odwroconą całkowicie w stronę sieci szafek. Prawdopodobnie wiedziała o mojej obecności, ale też doskonale się z tym ukrywała. Nie czekając na jej reakcję: zrobiłem dwa duże kroki przed siebie, i stanąwszy precyzyjnie za nią, moja głowa pochyliła się w taki sposób, że bez problemu byłem w stanie wyczuć woń kobiecych perfum bijącą od jej szyi.
– Zrobisz mi też kawkę? – Uśmiechnąłem się zadziornie, zanim mój gorący oddech subtelnie musnął jej skórę, a następnie mocno zaciśnięte usta utworzyły tam krótkotrwałą, czerwoną malinkę.
– Ty chyba masz ochotę na co innego… – Zamruczała cichutko, sprawiając, że moje ciało przeszył szybki grom przyjemności, który zagrzał mnie do dalszych poczynań.
Wysunąłem dłoń, dotykając ramienia dziewczyny i jednocześnie powoli zsuwając z niego satynowy materiał. Druga ręka natomiast poszła na całość; zanim całkiem zamknęła się w uścisku na okrągłej, dużej piersi, palcami drażniła i delikatnie ciągnęła sutki dziewczyny, które z czasem stały się twarde i ciemne. Zadowolony wsłuchiwałem się w ciche pomruki, jakie wydostawały się z jej ust za każdym razem, kiedy tylko się otwierały. To stanowiło symfonie dźwięków, które zachęcały mnie do dalszych działań i sprawiały, że wszystkie moje zmysły szalały. W tej chwili ręka, która wcześniej powoli pozbywała się szlafroka Lou, teraz wzdłuż jej ciała obsuwała się niżej, muskając przy tym gładką, nieskazitelną skórę. Zatrzymała się dokładnie przed majteczkami dziewczyny, a raczej zahaczyła o ich krawędź.
Chcąc odwrócić uwagę Lou na krótki czas: wolną dłoń delikatnie położyłem na policzku dziewczyny, i zgrabnym ruchem odwróciłem jej głowę w taki sposób, że nasze usta niemal natychmiast odnalazły siebie nawzajem, łącząc języki w długim i namiętnym tańcu. Wtedy - korzystając z nieuwagi Lou - moja dłoń w końcu wsunęła się pod jej cienkie majteczki, i wcale nie zamierzała czekać na odpowiedź z drugiej strony. Palce spoczywające w obecnym momencie na najwrażliwszym, pulsującym punkcie na jej ciele, zaczęły wykonywać tam okrężne, dokładne ruchy. A chwili tego towarzyszył cichy pomruk dziewczyny, który szybko przerodził się w zduszony, uroczy jęk. I sprawiał on, że ledwo potrafiłem powstrzymać swój zwierzęcy, przyspieszony oraz gorący oddech, który wydawał się wręcz palić skórę białowłosej piękności.
(Lou?)
W sumie to nawet nie zorientowałem się, że zasnąłem. Zamknąłem oczy, a gdy je otworzyłem to pierwsze, co przykuło moją uwagę, to to, że byłem kompletnie niewyspany, mimo że przede mną smacznie spała Lou (tak, leżałem na boku). Jednak wystarczyło tylko spojrzeć na jej nagie, odkryte piersi, by zacząć wspominać o wczorajszym wieczorze. Jednocześnie na moich powiekach nie było już ani grama snu i zmęczenia. Zamiast tego, moje żółte tęczówki intensywnie wpatrywały się w obfite kształty dziewczyny – póki jeszcze mogły… No i mniej więcej o tym mówiłem… Chwilę podglądania kobiecych piersi i snucia nieprzyzwoitych myśli na ich temat przerwały mi otwierające się oczy Lou. Moja towarzyszka jednak nie była zła, bowiem jej brwi i czoło były całkowicie rozluźnione. Wydawała się być… taka niewyobrażalnie spokojna. Patrząc prosto w moje oczy, trafnie wyczytała wszystkie myśli, które kryły się w ciemniejszych fragmentach moich tęczówek. Kiedy więc jej ręką spoczęła lekko na tyle mojej czarnej czupryny, przyciągnęła ją bliżej ku swojej nagiej klatce piersiowej, sprawiając, iż moja twarz została otoczona całym ciepłem bijącym z obu stron, między którymi znajdowała się znaczna część mojej głowy. No jak to facet: nie pozostałem obojętny na taki miły gest od losu, bowiem moje ciało zalała fala przyjemnego gorąca, która w szybkim tempie próbowała rozprzestrzenić się po niższych piętrach mojego ciała.
– Nie ma tu psów, prawda? – Szepnąłem w taki sposób, by dziewczyna była w stanie cokolwiek usłyszeć, zważając na fakt, w jakim położeniu się znajduję. W odpowiedzi udało mi się zarejestrować cichy, uroczy chichot. Następnie poczułem, jak jej głowa odchyla się kilkadziesiąt stopni w bok; mogłem wywnioskować to z ruchów jej szyi. Okazało się, że naprawdę zerknęła po to, by udzielić mi odpowiedzi na pytanie:
– Śpią w koszyku. Przydałby im się większy.
I wtedy dziewczyna wstała, odchodząc z całą przyjemnością, jaką zdążyła ode mnie zagarnąć. Odchyliłem głowę w jej stronę, by uważnie dostrzegać każdy jej ruch: sięgnęła po satynowy, krótki szlafroczek, a następnie nałożyła go niedbale na swoje barki, wciąż pozostając jedynie w samych majteczkach. I to był albo jej zamierzony cel, albo błąd, bowiem moją głowę wręcz natychmiastowo pochwyciły nieładne oraz z lekka zboczone pomysły, które miałem nadzieję szybko wykorzystać. Wobec tego wstałem cichutko i pospacerowałem w ślad za moją drogą przyjaciółką. Ukryć się było trudno, lecz gdy stanąłem przy ścianie, dostrzegłem ją odwroconą całkowicie w stronę sieci szafek. Prawdopodobnie wiedziała o mojej obecności, ale też doskonale się z tym ukrywała. Nie czekając na jej reakcję: zrobiłem dwa duże kroki przed siebie, i stanąwszy precyzyjnie za nią, moja głowa pochyliła się w taki sposób, że bez problemu byłem w stanie wyczuć woń kobiecych perfum bijącą od jej szyi.
– Zrobisz mi też kawkę? – Uśmiechnąłem się zadziornie, zanim mój gorący oddech subtelnie musnął jej skórę, a następnie mocno zaciśnięte usta utworzyły tam krótkotrwałą, czerwoną malinkę.
– Ty chyba masz ochotę na co innego… – Zamruczała cichutko, sprawiając, że moje ciało przeszył szybki grom przyjemności, który zagrzał mnie do dalszych poczynań.
Wysunąłem dłoń, dotykając ramienia dziewczyny i jednocześnie powoli zsuwając z niego satynowy materiał. Druga ręka natomiast poszła na całość; zanim całkiem zamknęła się w uścisku na okrągłej, dużej piersi, palcami drażniła i delikatnie ciągnęła sutki dziewczyny, które z czasem stały się twarde i ciemne. Zadowolony wsłuchiwałem się w ciche pomruki, jakie wydostawały się z jej ust za każdym razem, kiedy tylko się otwierały. To stanowiło symfonie dźwięków, które zachęcały mnie do dalszych działań i sprawiały, że wszystkie moje zmysły szalały. W tej chwili ręka, która wcześniej powoli pozbywała się szlafroka Lou, teraz wzdłuż jej ciała obsuwała się niżej, muskając przy tym gładką, nieskazitelną skórę. Zatrzymała się dokładnie przed majteczkami dziewczyny, a raczej zahaczyła o ich krawędź.
Chcąc odwrócić uwagę Lou na krótki czas: wolną dłoń delikatnie położyłem na policzku dziewczyny, i zgrabnym ruchem odwróciłem jej głowę w taki sposób, że nasze usta niemal natychmiast odnalazły siebie nawzajem, łącząc języki w długim i namiętnym tańcu. Wtedy - korzystając z nieuwagi Lou - moja dłoń w końcu wsunęła się pod jej cienkie majteczki, i wcale nie zamierzała czekać na odpowiedź z drugiej strony. Palce spoczywające w obecnym momencie na najwrażliwszym, pulsującym punkcie na jej ciele, zaczęły wykonywać tam okrężne, dokładne ruchy. A chwili tego towarzyszył cichy pomruk dziewczyny, który szybko przerodził się w zduszony, uroczy jęk. I sprawiał on, że ledwo potrafiłem powstrzymać swój zwierzęcy, przyspieszony oraz gorący oddech, który wydawał się wręcz palić skórę białowłosej piękności.
(Lou?)
piątek, 16 września 2016
[Team 1] Od Lee - C.D Azusy
Od początku podróży do tego zrujnowanego domku, w moim głowie dudniło tylko jedno pytanie, które – mimo że Azusa niemal wymruczał pod nosem – słyszałem dosyć dobrze. A jego treść to mniej więcej: dlaczego nie zrobili ze mnie Sigmy, skoro możliwe, że mam takie same predyspozycje do tego jak mój brat? W sumie myślenie nad tym wyeliminowało mnie z gry na parę dobrych chwil, przez co ledwo zdołałem usłyszeć kolejne pytanie.
– Dobra to może Kondon do odpowiedzi. – Mówiąc to, zachowywał się dokładnie jak, taka nauczycielka matmy, która powołuje do tablicy najgorszego ucznia. Miał przed sobą nieco starsze osobniki, ale no nie będę czepiał się szczegółów. – Ekhem… jesteś skrytobójcą to może masz jakiś plan, hmm?
Na początku spojrzałem na niego, marszcząc brwi w zastanowieniu, a po dosłownie chwili westchnąłem. W powietrzu zdążyła zawisnąć cała chmura mojego zmieszania. Miałem od groma pytań, ale nie było czasu, by na wszystkie odpowiadać. Jedno mogę powiedzieć: myślenie nad planem to w chwili obecnej ostatnie, na co miałbym ochotę, ale co… to w końcu nasz drogi Kapitan, więc wypadałoby to jakoś omówić. Mimo że zdołałem odkryć jego lekkie podejście do życia, to nie mogłem odpędzić od siebie myśli, że jest on jednocześnie najbardziej ogarniętą i doświadczoną osobą tutaj, bez względu na to, czy jest Thetą, czy też nie. Już pominę moje refleksje na temat zwrotów, takich jak „Kwiatuszki” i… „Kondonek”. Tak, to drugie zdecydowanie było kierowane do mnie, ale jednak odnalezienie powodu wydawało się być dalekim celem.
– Plan… – zawtórowałem, próbując złączyć w głowie wszystkie części układanki.
– Plan, plan, kondonku. – Kolega o miętowych włosach ponownie wlepił we mnie swoje rubinowe oczy. – Dobra, widzę, że póki co, nic z tego nie będzie. – Zaczął krążyć po pomieszczeniu, a wtedy uprzejmie postanowiłem zabrać głos i przerwać tą posępną ciszę.
– Wybaczcie, na razie trudno jest mi się oswoić z tą sytuacją. Mamy się zabijać?
– Skądże, czarnuchu. Okaleczać. – Poprawił mnie Kapitan, a ja nie mając żadnego pomysłu na dalszą podróż, spojrzałem na jedyną dziewczynę w naszym Teamie. Siedziała jakieś parę metrów od nas, nie odezwała się nawet na sekundę. Jedynie podnosiła wzrok co kilka chwil, by potem znowu wbić go w podłoże. Z pewnością mogłem stwierdzić, że uważnie nas słucha i w swojej głowie wyrabia sobie własną opinię na te tematy, które poruszyliśmy. A tak poza tym… współczułem jej. Wyglądała mi na bezbronną czternastolatkę, i ciągle trzymałem się tego, że nie powinna się tu znaleźć. No, ale mogę się oczywiście mylić… Cicha woda brzegi rwie. Być może ta drobna istotka zaszczyci nas czymś ciekawym. W sumie to już w czasie, gdy prezentowała przed Azusą swoją Arcanę, pomyślałem sobie, że może się przydać, a o sobie to nawet nie mówię, bo mogę okazać się zupełnie bezużyteczny… Moje umiejętności są trudne do wykorzystania, szczególnie w bitwach, gdzie uczestniczy więcej niż jedna osoba. W czasie takich konfrontacji muszę być ściśle ubezpieczany. Nawet, gdy ucieczkę mam dosyć opanowaną, to nikt z nas do końca nie wie, czego ma się spodziewać po innych Team’ach.
– Hmm… może zacznijmy ich szukać czy coś? Jeśli obierzemy taktykę ukrywania się i mijania, czyli taką, jaką zapewne wybrali inni, to prędzej Naho się odezwie, niż ktokolwiek zrobi krok.
– Wiemy coś o innych grupach? – I tak oto całkiem porządny głosik wydobył się z tego małego ciałka. Odezwała się!
– No to jesteśmy coraz bliżej konfrontacji… – Zetknąłem swoją otwartą dłoń z policzkiem, a mój ton całkiem zmienił barwę na z lekka dramatyczną. W tym samym czasie zmarszczyłem brwi, teatralnie wyrażając swoje zaniepokojenie, które naturalnie nie było takie prawdziwe. Jeszcze.
– Oczywiście, że coś wiem. – Wystąpił Azusa, a ja od razu usnułem teorię, czy może chłopak jest nieco narcystyczny. – Ale co to za zabawa, gdybym wszystko na ich temat powiedział? Żadne z was nie zdobędzie doświadczenia. – Wytłumaczył wprost. Od razu było widać, że nie zamierza ułatwiać nam sprawy w żadnym stopniu.
– Czyli mamy ucierpieć, żeby się dowiedzieć? – Zapytałem, a odpowiedź wprawdzie okazała się dość oczywista.
– Całkiem szybko łapiesz, Kondonku – zachichotał pod nosem, a niespodziewanie jednym, dzikim ruchem przeskoczył w stronę wyjścia.
– Nie znam go, ale domyślam się, że na tej bitwie będą niezłe jaja, zanim do czegoś dojdzie… – Założyłem ręce na klatkę piersiową i zwróciłem się do Naho, stojącej nieopodal mnie. Sam dźwignąłem się na nogi z jakiegoś dziwnego siedzenia, i oboje próbowaliśmy nadążyć za naszym ciekawym Kapitanem.
– Może i trafne przeczucie… – Ponownie się odezwała. Wow, to jest jakiś dzień cudów. Chociaż w sumie to ja jej prawie nie znam, a żyję z pozorów. – ...Ale chyba nie powinno być tak źle?
Spojrzałem na nią lekko zdziwiony, a może nawet na mojej twarzy malowało się wtedy niedowierzanie.
– Dziewczyno, mamy szczęście, że ten gość jest bardziej ogarnięty niż myśleliśmy. Zresztą my też musimy się przyłożyć. Taki teamwork – rzekłem spokojnie.
– Przestańcie mnie obgadywać jaki to jestem zajebisty, i tutaj przyjdźcie. – Zawołał Azusa. Znajdował się najwyraźniej na zewnątrz, dlatego jego głos był ledwo słyszalny. Nie mogłem stwierdzić, czy na pewno zrozumiałem wszystko, co powiedział, ale z pewnością coś znalazł.
Azusa nie stał w ukryciu, jak się tego spodziewałem. Widocznie ktoś dostrzeżony przez rubinowe oczy nie był w stanie nas namierzyć. Chociaż nie byłem przekonany, czy to na pewno któryś z pozostałych Team’ów. Gdy w końcu wyszedłem ze zrujnowanego domku, mogłem ujrzeć ciężkie i granatowe chmury rozciągające się dokładnie nad nami, pośród wielkich wieżowców. Gdzieniegdzie, w oddali, na ziemię runęły poszarpane smugi białego światła. Dla mnie i Naho to były tylko ostrzeżenia przed nadchodzącymi wyładowaniami, ale nie wiedziałem jakiej reakcji miałem się spodziewać po Azusie, który – być może – dostrzegł kogoś, kogo my jeszcze nie zdążyliśmy zauważyć. Albo to naprawdę nikt.
– Mam nadzieję, że skoro twoja Arcana jest związana z elektrycznością i w ogóle… to nad tymi cholernymi pieruńskami też będziesz potrafił zapanować. – Odezwałem się widząc, jak dużo absurdu przeplatanego z nadzieją mieści się w moich słowach.
(No to może Naho?)
– Dobra to może Kondon do odpowiedzi. – Mówiąc to, zachowywał się dokładnie jak, taka nauczycielka matmy, która powołuje do tablicy najgorszego ucznia. Miał przed sobą nieco starsze osobniki, ale no nie będę czepiał się szczegółów. – Ekhem… jesteś skrytobójcą to może masz jakiś plan, hmm?
Na początku spojrzałem na niego, marszcząc brwi w zastanowieniu, a po dosłownie chwili westchnąłem. W powietrzu zdążyła zawisnąć cała chmura mojego zmieszania. Miałem od groma pytań, ale nie było czasu, by na wszystkie odpowiadać. Jedno mogę powiedzieć: myślenie nad planem to w chwili obecnej ostatnie, na co miałbym ochotę, ale co… to w końcu nasz drogi Kapitan, więc wypadałoby to jakoś omówić. Mimo że zdołałem odkryć jego lekkie podejście do życia, to nie mogłem odpędzić od siebie myśli, że jest on jednocześnie najbardziej ogarniętą i doświadczoną osobą tutaj, bez względu na to, czy jest Thetą, czy też nie. Już pominę moje refleksje na temat zwrotów, takich jak „Kwiatuszki” i… „Kondonek”. Tak, to drugie zdecydowanie było kierowane do mnie, ale jednak odnalezienie powodu wydawało się być dalekim celem.
– Plan… – zawtórowałem, próbując złączyć w głowie wszystkie części układanki.
– Plan, plan, kondonku. – Kolega o miętowych włosach ponownie wlepił we mnie swoje rubinowe oczy. – Dobra, widzę, że póki co, nic z tego nie będzie. – Zaczął krążyć po pomieszczeniu, a wtedy uprzejmie postanowiłem zabrać głos i przerwać tą posępną ciszę.
– Wybaczcie, na razie trudno jest mi się oswoić z tą sytuacją. Mamy się zabijać?
– Skądże, czarnuchu. Okaleczać. – Poprawił mnie Kapitan, a ja nie mając żadnego pomysłu na dalszą podróż, spojrzałem na jedyną dziewczynę w naszym Teamie. Siedziała jakieś parę metrów od nas, nie odezwała się nawet na sekundę. Jedynie podnosiła wzrok co kilka chwil, by potem znowu wbić go w podłoże. Z pewnością mogłem stwierdzić, że uważnie nas słucha i w swojej głowie wyrabia sobie własną opinię na te tematy, które poruszyliśmy. A tak poza tym… współczułem jej. Wyglądała mi na bezbronną czternastolatkę, i ciągle trzymałem się tego, że nie powinna się tu znaleźć. No, ale mogę się oczywiście mylić… Cicha woda brzegi rwie. Być może ta drobna istotka zaszczyci nas czymś ciekawym. W sumie to już w czasie, gdy prezentowała przed Azusą swoją Arcanę, pomyślałem sobie, że może się przydać, a o sobie to nawet nie mówię, bo mogę okazać się zupełnie bezużyteczny… Moje umiejętności są trudne do wykorzystania, szczególnie w bitwach, gdzie uczestniczy więcej niż jedna osoba. W czasie takich konfrontacji muszę być ściśle ubezpieczany. Nawet, gdy ucieczkę mam dosyć opanowaną, to nikt z nas do końca nie wie, czego ma się spodziewać po innych Team’ach.
– Hmm… może zacznijmy ich szukać czy coś? Jeśli obierzemy taktykę ukrywania się i mijania, czyli taką, jaką zapewne wybrali inni, to prędzej Naho się odezwie, niż ktokolwiek zrobi krok.
– Wiemy coś o innych grupach? – I tak oto całkiem porządny głosik wydobył się z tego małego ciałka. Odezwała się!
– No to jesteśmy coraz bliżej konfrontacji… – Zetknąłem swoją otwartą dłoń z policzkiem, a mój ton całkiem zmienił barwę na z lekka dramatyczną. W tym samym czasie zmarszczyłem brwi, teatralnie wyrażając swoje zaniepokojenie, które naturalnie nie było takie prawdziwe. Jeszcze.
– Oczywiście, że coś wiem. – Wystąpił Azusa, a ja od razu usnułem teorię, czy może chłopak jest nieco narcystyczny. – Ale co to za zabawa, gdybym wszystko na ich temat powiedział? Żadne z was nie zdobędzie doświadczenia. – Wytłumaczył wprost. Od razu było widać, że nie zamierza ułatwiać nam sprawy w żadnym stopniu.
– Czyli mamy ucierpieć, żeby się dowiedzieć? – Zapytałem, a odpowiedź wprawdzie okazała się dość oczywista.
– Całkiem szybko łapiesz, Kondonku – zachichotał pod nosem, a niespodziewanie jednym, dzikim ruchem przeskoczył w stronę wyjścia.
– Nie znam go, ale domyślam się, że na tej bitwie będą niezłe jaja, zanim do czegoś dojdzie… – Założyłem ręce na klatkę piersiową i zwróciłem się do Naho, stojącej nieopodal mnie. Sam dźwignąłem się na nogi z jakiegoś dziwnego siedzenia, i oboje próbowaliśmy nadążyć za naszym ciekawym Kapitanem.
– Może i trafne przeczucie… – Ponownie się odezwała. Wow, to jest jakiś dzień cudów. Chociaż w sumie to ja jej prawie nie znam, a żyję z pozorów. – ...Ale chyba nie powinno być tak źle?
Spojrzałem na nią lekko zdziwiony, a może nawet na mojej twarzy malowało się wtedy niedowierzanie.
– Dziewczyno, mamy szczęście, że ten gość jest bardziej ogarnięty niż myśleliśmy. Zresztą my też musimy się przyłożyć. Taki teamwork – rzekłem spokojnie.
– Przestańcie mnie obgadywać jaki to jestem zajebisty, i tutaj przyjdźcie. – Zawołał Azusa. Znajdował się najwyraźniej na zewnątrz, dlatego jego głos był ledwo słyszalny. Nie mogłem stwierdzić, czy na pewno zrozumiałem wszystko, co powiedział, ale z pewnością coś znalazł.
Azusa nie stał w ukryciu, jak się tego spodziewałem. Widocznie ktoś dostrzeżony przez rubinowe oczy nie był w stanie nas namierzyć. Chociaż nie byłem przekonany, czy to na pewno któryś z pozostałych Team’ów. Gdy w końcu wyszedłem ze zrujnowanego domku, mogłem ujrzeć ciężkie i granatowe chmury rozciągające się dokładnie nad nami, pośród wielkich wieżowców. Gdzieniegdzie, w oddali, na ziemię runęły poszarpane smugi białego światła. Dla mnie i Naho to były tylko ostrzeżenia przed nadchodzącymi wyładowaniami, ale nie wiedziałem jakiej reakcji miałem się spodziewać po Azusie, który – być może – dostrzegł kogoś, kogo my jeszcze nie zdążyliśmy zauważyć. Albo to naprawdę nikt.
– Mam nadzieję, że skoro twoja Arcana jest związana z elektrycznością i w ogóle… to nad tymi cholernymi pieruńskami też będziesz potrafił zapanować. – Odezwałem się widząc, jak dużo absurdu przeplatanego z nadzieją mieści się w moich słowach.
(No to może Naho?)
czwartek, 15 września 2016
Od Lee - C.D Lou
Przez ten miesiąc zdążyłem mniej więcej dojść do siebie. Mimo że niejednokrotnie podczas ruchu mięśnie szarpały mnie z bólu, to wszystko zaczynało zmierzać w dobrą stronę. Coraz rzadziej używałem wszelkiego rodzaju maści i tabletek przeciwbólowych, aż w końcu częstotliwość ich zażywania ograniczyła się do minimum. Przejmowałem także powoli swoje obowiązki, tym samym odciążając Lou, która sama miała dużo na głowie. Byłem jej wdzięczny jak nikomu innemu: przez trzydzieści dni troszczyła się o mnie i dbała, że przez to zacząłem czuć dziwną więź, a jednocześnie się jej bałem. I w którymś momencie mojego jakże spokojnego życia, zadzwonił telefon, a na jego wyświetlaczu pojawiła się Lou. Nim przesunąłem zieloną słuchawkę, przez głowę przebiegło mi miliony zastanawiających myśli, w jakiej sprawie dziewczyna może dzwonić. I za chwilę się o tym przekonałem… mimo że przed oczami miałem tylko tragiczne scenariusze: ktoś ją zgwałcił, pobił, zraniła się – zachowałem zimną krew i wskoczyłem w taksówkę, by jak najszybciej dotrzeć do wyznaczonego miejsca. Pod osłoną nocy przemierzałem uliczki, aż stanąłem przed najmroczniejszą z nich. Gdy podszedłem dość blisko, zauważyłem Lou w nieco niecodziennej odsłonie. Co ja mówię! Ona lubi chodzić w samej bieliźnie, ale dzisiaj na tle wodnych zwierciadeł wyglądała wyjątkowo~
– Nareszcie! – Uśmiechnęła się szeroko, podbiegła do mnie i objęła delikatnie na przywitanie, nie zważając, że jest w samej bieliźnie. No w każdym razie mnie to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Ale mimo wszystko chciałem się dowiedzieć, o co chodzi.
– Po TO ci była ta bluza? – Zmarszczyłem brwi, lekko zakłopotany.
– Tak, dokładnie po to. – Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Szybko zabrała z moich rąk materiał, przykrywając nim swoją górną partię ciała.
– Boże, Lou… ktoś mógł cię zgwałcić… – Westchnąłem delikatnie zażenowany, ale jednak nie ukrywając ulgi, że uniknęła takiego zdarzenia.
– A tam gwałt! Najpierw jakaś ruda małpa zabrała mi sukienkę za małą w cyckach, a później ochlapała mnie błotem z kałuży… – wytłumaczyła, zaciskając swoje dłonie na uchwytach wypełnionych toreb. No chyba nie przyszła bez zdobyczy.
– Tylko cię ochlapała, hmm? – Podniosłem brew do góry wyczekująco, skutecznie wymuszając na niej kolejne informacje. W efekcie dowiedziałem się, że na domiar złego – zdążyła się z tą samą babą pobić.
Dopiero po wyjściu z ciemnego zaułku mogłem w pełni ujrzeć twarz Lou i sprawdzić, czy nie jest ranna. Okazało się, że doskwiera jej ból oka i dłoni, a ponadto ma rozcięty łuk brwiowy, który oczywiście będzie trzeba zszywać, bo innej opcji nie ma. To chyba nie wyglądało najlepiej. Takie krwawienie z reguły trudno zatamować, a jeśli straci dość dużo krwi, to w grę mogą wejść inne nieprzyjemne doświadczenia.
– Ktoś będzie musiał cię pozszywać. I to natychmiast. – W tej chwili podszedłem do dziewczyny, intensywnie przyglądając się jej ranie z bliska; odruchowo opuszki moich palców wykonały delikatną linię ciągnącą się od skroni, aż do jej żuchwy, tam się zatrzymując. Wtedy mój wzrok powędrował w szkarłatną otchłań jej oczu, i tam się zaciął przez jakąś dobrą chwilę. Natomiast gdy przerwałem, automatycznie odwróciłem się w odmiennym kierunku i daremno próbowałem zakryć ledwo widoczne rumieńce.
Jakiś czas później, mimo spierań Lou, poszliśmy do szpitala. Z tym nie było można czekać, więc jej zakupy musiały pójść z nami. Duża bluza zakrywała skutecznie jej ładne kształty, więc nie musieliśmy tracić czasu na to, by dziewczyna się przebrała. Okazało się, że jestem zmuszony zaczekać na zewnątrz w czasie, kiedy łuk brwiowy Lou będzie zszywany. Tak też zrobiłem. Nie miałem pojęcia, jak dużo czasu minęło, ale za każdym razem, gdy odblokowałem telefon, widniała ta sama godzina, albo tak tylko mi się zdawało. Drzwi uchyliły się dopiero w momencie, w którym niemalże zasypiałem na plastikowym szeregu krzesełek. No co? Późna godzina była.
– Bardzo krzyczałaś? – Szturchnąłem ją, a ona tylko zmarszczyła brwi naburmuszona, sycząc przy tym cichutko z bólu.
Lekarz wziął nas za małżeństwo, ale żadne z nas nie próbowało zaprzeczać. Szybko udaliśmy się najkrótszą drogą do apartamentu, gdzie czekały na nas oba psiaki. Dziewczyna na początku zapewniała mi, że nic jej nie jest, i wręcz nalegała, że dzisiaj prześpi się u siebie. Lecz zanim zdecydowała się to uczynić, usiadła na kanapie oraz wbiła wzrok w swoją pościeraną dłoń.
– Nie masz nic przeciwko, bym zatrzymała bluzę? Jest wygodna – stwierdziła, odprowadzając mnie wzrokiem do kuchni. Ja w tym czasie zamiast udzielić jej zgody, penetrowałem szafki w poszukiwaniu pewnych środków. Ostatecznie nie znalazłem w niej nic ciekawego.
– Tak, pewnie. Podejdź no tu. – Rozkazałem, odkręcając kurek wody w zlewie. Zrobiłem miejsce dla dziewczyny, by stanęła dokładnie obok mnie. Nim w ogóle zdążyła zapytać, o co mi chodzi, delikatnie chwyciłem jej nadgarstek i ponownie przyjrzałem się startej dłoni, która była ponadto zabrudzona.
– Trzeba przemyć ci rękę, ale to może odrobinę szczypać. – Najpierw spojrzałem na nią w poszukiwaniu sprzeciwów, lecz takowych nie zanotowałem. Stopniowo przesuwałem jej podrażnioną dłoń w stronę strumyka, aż w pełni zamoczył on ranę. Ponownie zerknąłem na dziewczynę, jakby wzrokiem próbując powstrzymać ból, jaki teraz odczuwa. Jedyne, co zrobiła, to delikatnie przygryzła dolną wargę. W czasie dokładnego monitorowania jej twarzy w poszukiwaniu innych urazów, zobaczyłem małą plamkę krwi, której lekarze najwyraźniej nie zdążyli zmyć. No teraz wyjdę na jakiegoś podrywacza, ale jebać.
– Ym, Lou. – Zacząłem niepewnie, a wtedy bez słowa uniosłem dłoń na wysokość jej czoła, kciukiem pozbywając się szkarłatu, który wcześniej ładnie komponował się z barwą jej oczu. Szybko poczułem niezrozumiałe zakłopotanie, lecz nie zrobiłem nic, by się od niej w tej chwili oddalić. Zamiast tego, w akompaniamencie ciszy przechyliłem głowę o ledwo widoczny kąt, i zbliżyłem nasze twarze. Woń kobiecych i delikatnych perfum dotarła do moich nozdrzy, a ponadto jej ciepły, spokojny oddech, muskał moją twarz. Przez głowę przelatywało milion myśli na sekundę, a ja nie wiedziałem, czy przerwać, czy po prostu dać się ponieść. I wtedy moje serce zgubiło swój właściwy rytm; poczułem nieokiełznaną chęć dotknięcia jej ust. Gubiłem się we własnych przemyśleniach, aż nagle wszystko przerwał wzrok dziewczyny, tkwiący prosto w moim. Nie reagowałem, bo nie chciałem. Postanowiłem w końcu dać się ponieść; przymknąłem delikatnie oczy w momencie, kiedy Lou stanęła na palcach i zdołała sięgnąć moich ust, składając tam długi i pamiętny pocałunek. Nie chciałem, by ta chwila miała swój koniec. Jej zaróżowiałe i subtelne wargi to wszystko, o czym w tamtym momencie marzyłem i nie mogłem się od nich oderwać. Zamiast tego, dłońmi objąłem jej twarz oraz przyciągnąłem ją bliżej siebie, czyniąc trwający pocałunek jeszcze dłuższym, i bardziej namiętnym.
(Lou?)
– Nareszcie! – Uśmiechnęła się szeroko, podbiegła do mnie i objęła delikatnie na przywitanie, nie zważając, że jest w samej bieliźnie. No w każdym razie mnie to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Ale mimo wszystko chciałem się dowiedzieć, o co chodzi.
– Po TO ci była ta bluza? – Zmarszczyłem brwi, lekko zakłopotany.
– Tak, dokładnie po to. – Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Szybko zabrała z moich rąk materiał, przykrywając nim swoją górną partię ciała.
– Boże, Lou… ktoś mógł cię zgwałcić… – Westchnąłem delikatnie zażenowany, ale jednak nie ukrywając ulgi, że uniknęła takiego zdarzenia.
– A tam gwałt! Najpierw jakaś ruda małpa zabrała mi sukienkę za małą w cyckach, a później ochlapała mnie błotem z kałuży… – wytłumaczyła, zaciskając swoje dłonie na uchwytach wypełnionych toreb. No chyba nie przyszła bez zdobyczy.
– Tylko cię ochlapała, hmm? – Podniosłem brew do góry wyczekująco, skutecznie wymuszając na niej kolejne informacje. W efekcie dowiedziałem się, że na domiar złego – zdążyła się z tą samą babą pobić.
Dopiero po wyjściu z ciemnego zaułku mogłem w pełni ujrzeć twarz Lou i sprawdzić, czy nie jest ranna. Okazało się, że doskwiera jej ból oka i dłoni, a ponadto ma rozcięty łuk brwiowy, który oczywiście będzie trzeba zszywać, bo innej opcji nie ma. To chyba nie wyglądało najlepiej. Takie krwawienie z reguły trudno zatamować, a jeśli straci dość dużo krwi, to w grę mogą wejść inne nieprzyjemne doświadczenia.
– Ktoś będzie musiał cię pozszywać. I to natychmiast. – W tej chwili podszedłem do dziewczyny, intensywnie przyglądając się jej ranie z bliska; odruchowo opuszki moich palców wykonały delikatną linię ciągnącą się od skroni, aż do jej żuchwy, tam się zatrzymując. Wtedy mój wzrok powędrował w szkarłatną otchłań jej oczu, i tam się zaciął przez jakąś dobrą chwilę. Natomiast gdy przerwałem, automatycznie odwróciłem się w odmiennym kierunku i daremno próbowałem zakryć ledwo widoczne rumieńce.
Jakiś czas później, mimo spierań Lou, poszliśmy do szpitala. Z tym nie było można czekać, więc jej zakupy musiały pójść z nami. Duża bluza zakrywała skutecznie jej ładne kształty, więc nie musieliśmy tracić czasu na to, by dziewczyna się przebrała. Okazało się, że jestem zmuszony zaczekać na zewnątrz w czasie, kiedy łuk brwiowy Lou będzie zszywany. Tak też zrobiłem. Nie miałem pojęcia, jak dużo czasu minęło, ale za każdym razem, gdy odblokowałem telefon, widniała ta sama godzina, albo tak tylko mi się zdawało. Drzwi uchyliły się dopiero w momencie, w którym niemalże zasypiałem na plastikowym szeregu krzesełek. No co? Późna godzina była.
– Bardzo krzyczałaś? – Szturchnąłem ją, a ona tylko zmarszczyła brwi naburmuszona, sycząc przy tym cichutko z bólu.
Lekarz wziął nas za małżeństwo, ale żadne z nas nie próbowało zaprzeczać. Szybko udaliśmy się najkrótszą drogą do apartamentu, gdzie czekały na nas oba psiaki. Dziewczyna na początku zapewniała mi, że nic jej nie jest, i wręcz nalegała, że dzisiaj prześpi się u siebie. Lecz zanim zdecydowała się to uczynić, usiadła na kanapie oraz wbiła wzrok w swoją pościeraną dłoń.
– Nie masz nic przeciwko, bym zatrzymała bluzę? Jest wygodna – stwierdziła, odprowadzając mnie wzrokiem do kuchni. Ja w tym czasie zamiast udzielić jej zgody, penetrowałem szafki w poszukiwaniu pewnych środków. Ostatecznie nie znalazłem w niej nic ciekawego.
– Tak, pewnie. Podejdź no tu. – Rozkazałem, odkręcając kurek wody w zlewie. Zrobiłem miejsce dla dziewczyny, by stanęła dokładnie obok mnie. Nim w ogóle zdążyła zapytać, o co mi chodzi, delikatnie chwyciłem jej nadgarstek i ponownie przyjrzałem się startej dłoni, która była ponadto zabrudzona.
– Trzeba przemyć ci rękę, ale to może odrobinę szczypać. – Najpierw spojrzałem na nią w poszukiwaniu sprzeciwów, lecz takowych nie zanotowałem. Stopniowo przesuwałem jej podrażnioną dłoń w stronę strumyka, aż w pełni zamoczył on ranę. Ponownie zerknąłem na dziewczynę, jakby wzrokiem próbując powstrzymać ból, jaki teraz odczuwa. Jedyne, co zrobiła, to delikatnie przygryzła dolną wargę. W czasie dokładnego monitorowania jej twarzy w poszukiwaniu innych urazów, zobaczyłem małą plamkę krwi, której lekarze najwyraźniej nie zdążyli zmyć. No teraz wyjdę na jakiegoś podrywacza, ale jebać.
– Ym, Lou. – Zacząłem niepewnie, a wtedy bez słowa uniosłem dłoń na wysokość jej czoła, kciukiem pozbywając się szkarłatu, który wcześniej ładnie komponował się z barwą jej oczu. Szybko poczułem niezrozumiałe zakłopotanie, lecz nie zrobiłem nic, by się od niej w tej chwili oddalić. Zamiast tego, w akompaniamencie ciszy przechyliłem głowę o ledwo widoczny kąt, i zbliżyłem nasze twarze. Woń kobiecych i delikatnych perfum dotarła do moich nozdrzy, a ponadto jej ciepły, spokojny oddech, muskał moją twarz. Przez głowę przelatywało milion myśli na sekundę, a ja nie wiedziałem, czy przerwać, czy po prostu dać się ponieść. I wtedy moje serce zgubiło swój właściwy rytm; poczułem nieokiełznaną chęć dotknięcia jej ust. Gubiłem się we własnych przemyśleniach, aż nagle wszystko przerwał wzrok dziewczyny, tkwiący prosto w moim. Nie reagowałem, bo nie chciałem. Postanowiłem w końcu dać się ponieść; przymknąłem delikatnie oczy w momencie, kiedy Lou stanęła na palcach i zdołała sięgnąć moich ust, składając tam długi i pamiętny pocałunek. Nie chciałem, by ta chwila miała swój koniec. Jej zaróżowiałe i subtelne wargi to wszystko, o czym w tamtym momencie marzyłem i nie mogłem się od nich oderwać. Zamiast tego, dłońmi objąłem jej twarz oraz przyciągnąłem ją bliżej siebie, czyniąc trwający pocałunek jeszcze dłuższym, i bardziej namiętnym.
(Lou?)
niedziela, 11 września 2016
Od Lee - C.D Lou
Ostatnie wspomnienia to ciemność, a po niej ostre światło przedzierające się przez moje wpół zamknięte powieki. Dotąd sądziłem, że będąc umierającym, mój obraz będzie składał się z wydarzeń z życia, całej retrospekcji. Tymczasem obudziłem się dosłownie na chwilę, tylko po to, by usłyszeć kilka zmieszanych ze sobą głosów, i z powrotem zapaść w dziwny sen. A raczej jego brak. Nie śniłem. Czasami jest tak, że czujesz wszystko, co z tobą robią na stole operacyjnym. I mnie niestety musiało się przytrafić te bolesne i niemiłe doświadczenie. Około pięciu godzin „życia” w prawdziwym horrorze, aż w końcu nie czujesz w swoim ciele nic, oprócz własnej duszy. Nie mogłem wybudzić się na zawołanie, a gdy to się w końcu stało, opanował mnie błogi spokój, słyszałem rytmiczne pikanie sprzętu medycznego i widziałem to, co miałem nadzieję zobaczyć już w moim śnie: Lou. Właśnie wchodziła do sali
(...) Po krótkiej rozmowie mogłem tylko narzekać, że nie mam sił na to, by ją przytulić ani szeroko się uśmiechnąć. O tak, wszystko ciągnęło mnie boleśnie. Nie potrafiłem odróżnić czy to były szwy, czy jakieś skutki wypadku, ale jedno było pewne: blizny będą. Jednakże najbardziej raniło mnie to, że mogę być kulą u nogi dla Lou… no spójrzmy na mnie… teraz jestem jakimś kaleką. Byłem jej bardzo wdzięczny za to, że przyniosła mi te rzeczy i okazała troskę. To naprawdę cudowna osoba. Żałowałem jednak, że rozmowa z nią trwała tak krótko… i w sumie nie miałem zupełnie nic do roboty. Ciągłe leżenie wysysało ze mnie prawie całą życiodajną esencję, która i tak już zdążyła troszeczkę ulecieć wskutek tego wypadku. Czułem się jak wrak i zapewne tak również wyglądałem; zmierzwione, długie włosy rozlane na poduszce, skóra blada jak u trupa, no i ta charakterystyczna chrypka tkwiąca w moim gardle, która łamała wszystkie słowa. To był dramat, delikatnie mówiąc. Chciałem jak najszybciej z tego wyjść… pierwszy raz tak bardzo dobijał mnie widok spacerujących w korytarzu osób. I nagle drzwi uchyliły się szerzej, niż były wcześniej, i wszedł przez nie lekarz.
– W końcu pan się wybudził – oznajmił z uśmiechem, a potem usiadł na krześle obok.
Przewróciłem oczami.
– Jakbym w ogóle spał… mam wrażenie, że ktoś dotykał moich wnętrzności. – Westchnąłem.
– Chce się pan dowiedzieć, jak pana organizm? – Zapytał, wyciągając zza pleców parę zapełnionych kartek. Zanim w nie spojrzał, poprawił okulary na nosie.
– O tak, obecnie nie mam nic lepszego do roboty – przyznałem z uznaniem, a potem delikatnie rozsunąłem wargi, zdziwiony notatkami lekarza.
– Udało nam się powstrzymać niewielki krwotok wewnętrzny. Następnie wykryliśmy także niegroźne pęknięcie miednicy, dwa złamane żebra i rana cięta uda, którą również opanowaliśmy.
– Co kurwa? Ale jak to pęknięcie miednicy? – Odruchowo, z lekkim zaniepokojeniem spojrzałem się wiadomo gdzie. – Niech mi pan jedno powie… ile będę musiał tu siedzieć? – W moich oczach tliła się wielka nadzieja.
– Hmm, w szpitalu zalecałbym panu trochę jeszcze posiedzieć. Głównie chodzi o obserwację, która uziemi pana na nie więcej, niż jedną dobę. Ma pan rodzinę? – Zapytał.
Przypomniałem sobie o Leo, i w sumie to do niego powinienem się zwrócić, ale… z nieznanego powodu pierwszą osobą, która wplątała mi się w umysł, to była Lou. Czułem się dziwnie… chciałem, by to właśnie z nią spędzać czas, a jednocześnie nie miałem ochoty zadręczać ją swoją uciążliwą obecnością.
– Tu? W Rimear? Mam brata, ale nasz kontakt nie jest jakiś strasznie rozwinięty. Poznaliśmy się niedawno.
– A ta kobieta, która była tu przede mną? – Dylemat, jaki zasiał się w mojej głowie, porwał mnie na dłuższą chwilę. Bez zastanowienia mogłem nazwać ją przyjaciółką, ale niespodziewanie miałem ochotę powiedzieć o niej coś więcej. I nie chodzi mi tu o „BFF”, ale o miano, od którego zawsze stroniłem, bo miałem pewność, że jest w życiu zbędne. A o tym wniosku zadecydowała jedna sytuacja, i to właśnie ona zniechęciła mnie do tego wszystkiego. Boję się zbliżać, ale dziwnie mnie do tego ciągnie. Oczywiście w przypadku Lou.
– Bliska przyjaciółka – odchrząknąłem, przerywając posępną ciszę.
– Ona się panem zaopiekuje? – Zaczął coś pisać w swoim notatniku, i wydawało się, że w ogóle mnie nie słuchał, ale stwarzał takie pozory.
– Nie wiem. – Wzruszyłem ramionami. – Będę chodził jak staruszek, ale sam dam radę o siebie zadbać. – Uśmiechnąłem się. – A ten, mogę się teraz gdzieś wybrać? – Zapytałem, a lekarz gwałtownie odskoczył.
– Zwariował pan do reszty?
I tak oto właśnie spędziłem kolejne parę godzin w łóżku. Niby leżenie, a męczyło bardziej niż trening koszykówki z Lou… nie umiałem stwierdzić czy jest dzień, czy noc, ponieważ moja sala nie miała ani jednego okna, i miałem wrażenie, że siedzę w jakichś podziemiach. Parę świateł, nic ciekawego. Jednak gdy usłyszałem krzyki, całkiem się ożywiłem. No darcie się w szpitalu to codzienność, ale to była moja odruchowa reakcja. Odłączyłem kabelki, dźwignąłem się dyskretnie na nogi, przyjmując wszelki ból tkwiący w każdym zakątku moich mięśni, a potem pospacerowałem w stronę uchylonych drzwi.
– Puśćcie mnie! Natychmiast! – To był starszy mężczyzna. Leżał na noszach i każde słowo z jego ust było jakby wypełnione jadem cisnącym się na wszystkich dookoła. Krzyczał, szarpał się, na ile mogło pozwalać jego ciało. W oczach starca bez problemu dostrzegłem przebłyski przerażenia i adrenaliny. Aż nagle zastygłem w progu, kiedy wskazał na mnie palcem, po czym krzyknął:
– TO ON! To on próbował mnie zabić! – Wydzierał się. – To jego twarz była wyryta na ścianach piekła! – Zacytował rzeczy dosyć absurdalne, a po niespełna sekundzie został przygwożdżony do łóżka i związany paroma skórzanymi pasami. To nie było żałosne, straszne… ale przykre. W ogóle nie zacząłem rozmyślać, dlaczego akurat na mnie wskazał…
– Proszę pana, proszę nie wygadywać bzdur. Przyjechał pan z psychiatryka, pamięta pan? Chciał się pan zabić. Proszę się uspokoić i nie straszyć pacjentów…
Szybko skupiłem na sobie uwagę wszystkich w korytarzu, dlatego bez zbędnych ceregieli zniknąłem za drzwiami swojej sali. Położyłem się najdelikatniej na łóżku, i nawet mimo starań poczułem duży ból. Resztę swojego pobytu postanowiłem przespać. Budzono mnie wyłącznie po to, by zażyć leki przeciwbólowe, bądź też przetransportować się na jakieś badania, prześwietlenia. Z nudów robiłem wszystko, co mi rozkazano.
I niedługo potem nadszedł dzień wypisu. Nie minęło nawet dwóch dni, więc to jedyny plus. Minus, że ciągle nadal wszystko mnie bolało, ale mogłem chodzić. Spakowałem swoje rzeczy, które wcześniej przyniosła mi Lou, i wyszedłem ze szpitala, oddychając świeżym i przede wszystkim „żywym”. Co jak co, ale nienawidziłem tych miejsc. Czułem w nich obecność duchów, śmierci i tragedii. Poza tym… zamówiłem taksówkę i już po jakichś piętnastu minutach byłem gotowy zastać pusty apartament, bo Shiloh jak mniemam przebywał teraz u Lou. Choć miałem do niej parę kroków, to postanowiłem najpierw z powrotem się rozgościć. W każdym pomieszczeniu panował całkowity ład i skład, co tylko wywołało uśmiech na mojej twarzy. Cały wieczór nie robiłem zupełnie nic, a o dziewiętnastej włączyłem telewizor, nasłuchując interesujących reklam. O dziwo uparcie czekałem na jakiekolwiek pukanie do drzwi.
(Lou?)
(...) Po krótkiej rozmowie mogłem tylko narzekać, że nie mam sił na to, by ją przytulić ani szeroko się uśmiechnąć. O tak, wszystko ciągnęło mnie boleśnie. Nie potrafiłem odróżnić czy to były szwy, czy jakieś skutki wypadku, ale jedno było pewne: blizny będą. Jednakże najbardziej raniło mnie to, że mogę być kulą u nogi dla Lou… no spójrzmy na mnie… teraz jestem jakimś kaleką. Byłem jej bardzo wdzięczny za to, że przyniosła mi te rzeczy i okazała troskę. To naprawdę cudowna osoba. Żałowałem jednak, że rozmowa z nią trwała tak krótko… i w sumie nie miałem zupełnie nic do roboty. Ciągłe leżenie wysysało ze mnie prawie całą życiodajną esencję, która i tak już zdążyła troszeczkę ulecieć wskutek tego wypadku. Czułem się jak wrak i zapewne tak również wyglądałem; zmierzwione, długie włosy rozlane na poduszce, skóra blada jak u trupa, no i ta charakterystyczna chrypka tkwiąca w moim gardle, która łamała wszystkie słowa. To był dramat, delikatnie mówiąc. Chciałem jak najszybciej z tego wyjść… pierwszy raz tak bardzo dobijał mnie widok spacerujących w korytarzu osób. I nagle drzwi uchyliły się szerzej, niż były wcześniej, i wszedł przez nie lekarz.
– W końcu pan się wybudził – oznajmił z uśmiechem, a potem usiadł na krześle obok.
Przewróciłem oczami.
– Jakbym w ogóle spał… mam wrażenie, że ktoś dotykał moich wnętrzności. – Westchnąłem.
– Chce się pan dowiedzieć, jak pana organizm? – Zapytał, wyciągając zza pleców parę zapełnionych kartek. Zanim w nie spojrzał, poprawił okulary na nosie.
– O tak, obecnie nie mam nic lepszego do roboty – przyznałem z uznaniem, a potem delikatnie rozsunąłem wargi, zdziwiony notatkami lekarza.
– Udało nam się powstrzymać niewielki krwotok wewnętrzny. Następnie wykryliśmy także niegroźne pęknięcie miednicy, dwa złamane żebra i rana cięta uda, którą również opanowaliśmy.
– Co kurwa? Ale jak to pęknięcie miednicy? – Odruchowo, z lekkim zaniepokojeniem spojrzałem się wiadomo gdzie. – Niech mi pan jedno powie… ile będę musiał tu siedzieć? – W moich oczach tliła się wielka nadzieja.
– Hmm, w szpitalu zalecałbym panu trochę jeszcze posiedzieć. Głównie chodzi o obserwację, która uziemi pana na nie więcej, niż jedną dobę. Ma pan rodzinę? – Zapytał.
Przypomniałem sobie o Leo, i w sumie to do niego powinienem się zwrócić, ale… z nieznanego powodu pierwszą osobą, która wplątała mi się w umysł, to była Lou. Czułem się dziwnie… chciałem, by to właśnie z nią spędzać czas, a jednocześnie nie miałem ochoty zadręczać ją swoją uciążliwą obecnością.
– Tu? W Rimear? Mam brata, ale nasz kontakt nie jest jakiś strasznie rozwinięty. Poznaliśmy się niedawno.
– A ta kobieta, która była tu przede mną? – Dylemat, jaki zasiał się w mojej głowie, porwał mnie na dłuższą chwilę. Bez zastanowienia mogłem nazwać ją przyjaciółką, ale niespodziewanie miałem ochotę powiedzieć o niej coś więcej. I nie chodzi mi tu o „BFF”, ale o miano, od którego zawsze stroniłem, bo miałem pewność, że jest w życiu zbędne. A o tym wniosku zadecydowała jedna sytuacja, i to właśnie ona zniechęciła mnie do tego wszystkiego. Boję się zbliżać, ale dziwnie mnie do tego ciągnie. Oczywiście w przypadku Lou.
– Bliska przyjaciółka – odchrząknąłem, przerywając posępną ciszę.
– Ona się panem zaopiekuje? – Zaczął coś pisać w swoim notatniku, i wydawało się, że w ogóle mnie nie słuchał, ale stwarzał takie pozory.
– Nie wiem. – Wzruszyłem ramionami. – Będę chodził jak staruszek, ale sam dam radę o siebie zadbać. – Uśmiechnąłem się. – A ten, mogę się teraz gdzieś wybrać? – Zapytałem, a lekarz gwałtownie odskoczył.
– Zwariował pan do reszty?
I tak oto właśnie spędziłem kolejne parę godzin w łóżku. Niby leżenie, a męczyło bardziej niż trening koszykówki z Lou… nie umiałem stwierdzić czy jest dzień, czy noc, ponieważ moja sala nie miała ani jednego okna, i miałem wrażenie, że siedzę w jakichś podziemiach. Parę świateł, nic ciekawego. Jednak gdy usłyszałem krzyki, całkiem się ożywiłem. No darcie się w szpitalu to codzienność, ale to była moja odruchowa reakcja. Odłączyłem kabelki, dźwignąłem się dyskretnie na nogi, przyjmując wszelki ból tkwiący w każdym zakątku moich mięśni, a potem pospacerowałem w stronę uchylonych drzwi.
– Puśćcie mnie! Natychmiast! – To był starszy mężczyzna. Leżał na noszach i każde słowo z jego ust było jakby wypełnione jadem cisnącym się na wszystkich dookoła. Krzyczał, szarpał się, na ile mogło pozwalać jego ciało. W oczach starca bez problemu dostrzegłem przebłyski przerażenia i adrenaliny. Aż nagle zastygłem w progu, kiedy wskazał na mnie palcem, po czym krzyknął:
– TO ON! To on próbował mnie zabić! – Wydzierał się. – To jego twarz była wyryta na ścianach piekła! – Zacytował rzeczy dosyć absurdalne, a po niespełna sekundzie został przygwożdżony do łóżka i związany paroma skórzanymi pasami. To nie było żałosne, straszne… ale przykre. W ogóle nie zacząłem rozmyślać, dlaczego akurat na mnie wskazał…
– Proszę pana, proszę nie wygadywać bzdur. Przyjechał pan z psychiatryka, pamięta pan? Chciał się pan zabić. Proszę się uspokoić i nie straszyć pacjentów…
Szybko skupiłem na sobie uwagę wszystkich w korytarzu, dlatego bez zbędnych ceregieli zniknąłem za drzwiami swojej sali. Położyłem się najdelikatniej na łóżku, i nawet mimo starań poczułem duży ból. Resztę swojego pobytu postanowiłem przespać. Budzono mnie wyłącznie po to, by zażyć leki przeciwbólowe, bądź też przetransportować się na jakieś badania, prześwietlenia. Z nudów robiłem wszystko, co mi rozkazano.
I niedługo potem nadszedł dzień wypisu. Nie minęło nawet dwóch dni, więc to jedyny plus. Minus, że ciągle nadal wszystko mnie bolało, ale mogłem chodzić. Spakowałem swoje rzeczy, które wcześniej przyniosła mi Lou, i wyszedłem ze szpitala, oddychając świeżym i przede wszystkim „żywym”. Co jak co, ale nienawidziłem tych miejsc. Czułem w nich obecność duchów, śmierci i tragedii. Poza tym… zamówiłem taksówkę i już po jakichś piętnastu minutach byłem gotowy zastać pusty apartament, bo Shiloh jak mniemam przebywał teraz u Lou. Choć miałem do niej parę kroków, to postanowiłem najpierw z powrotem się rozgościć. W każdym pomieszczeniu panował całkowity ład i skład, co tylko wywołało uśmiech na mojej twarzy. Cały wieczór nie robiłem zupełnie nic, a o dziewiętnastej włączyłem telewizor, nasłuchując interesujących reklam. O dziwo uparcie czekałem na jakiekolwiek pukanie do drzwi.
(Lou?)
czwartek, 8 września 2016
Od Lee - C.D Lou
Szybko po dzisiejszej nocy doszedłem do wniosku, że jeśli ma się w domu kobiety, to trzeba po nich sprzątać. Inny mężczyzna zapewne zaprzeczyłby i odparł, że powinno być odwrotnie, ale ja po dwóch różnych przypadkach naprawdę nie miałbym sił, by się spierać. Najpierw Eliza ze śmietnikiem pod podeszwą, a teraz Lou buszująca pośród nocnych cieni. No ale nic, nie wolno się poddawać, trzeba wstać i ruszać dalej. Akurat w tamtym momencie, przytulenie dziewczyny całkiem pohamowało moje pedantyczne zapędy, a chwilowo o nich zapomniałem, kiedy przekroczyłem progi swojego mieszkania. Szczeniaki same rwały się do spaceru, więc dzisiaj wyjątkowo one prowadziły, a ja niczym pupilek byłem ciągnięty wzdłuż chodnika, potem parku. Widoki były piękne, mimo że nie przypominałem sobie, jak wygląda takie zwyczajne miasto czy nawet cicha wieś. To mnie zmusiło do refleksji, bowiem zacząłem głębiej zastanawiać się nad tym, skąd mogę pamiętać takie terminy jak wieś, miasto, a nawet dotyczące ich szczegóły. Spoglądając w górę nie mogłem uwierzyć, że wszystko, co jest nade mną, to w rzeczywistości kopuła, a śnieg, deszcz i burze to tylko najwyższej technologii symulacje. Niestety istniało więcej pytań, niż odpowiedzi. Nie zamierzałem się tym zadręczać. Tak więc po jakichś czterdziestu minutach bezsensownego łażenia za szczeniakami niczym taka marionetka, postanowiłem w końcu chwycić za wodzę i powoli zawracać. Blanc i Shiloh z wielkim oporem zabierały łapki z miękkiej trawy o kolorze intensywnej zieleni. Wprawdzie to pokrywała ona większość parku. Reszta to specyficzne zbudowane chodniki oraz najzwyklejsze w świecie drzewa. Jak się tego spodziewałem: już przed wejściem do apartamentu zdążyłem usłyszeć niemiłe dźwięki przenikające przez drzwi. Na początku obawiałem się w ogóle postawić tam nogę, ale gdy w grę weszły słowa „jędza”, a do symfonii bitwy i zniszczeń dołączyły piski, postanowiłem wkroczyć. Obie zauważyły mnie dopiero wtedy, kiedy szczeniaki stały się głośniejsze niż jakikolwiek dźwięk tutaj. Lou w okamgnieniu odczepiła się od młodej. Natomiast Eliza spoglądała mnie swoimi maślanymi oczętami, z których za chwilę zaczęły wyciekać pojedyncze łzy.
– Lee! – Zawyła żałośnie. – Ona się na mnie rzuciła!
I takiego zachowania ze strony tej młodej się spodziewałem. Typowe, dziecięce, nic nowego: zwalanie winy na innych. A jestem ciekawy, kto tak naprawdę kogo sprowokował. Osobiście uważam, że po występkach Elizy bez problemu mógłbym stwierdzić, kto zaczął, ale nie jestem jakimś rodzicem, by w ogóle w takie sprawy się zagłębiać…
– Tam są drzwi. – Moja mina w tamtym momencie nie wyrażała nic, zupełną obojętność. Najwyraźniej ująłem tym brązowowłosą, bo od razu schowała twarz w dłoniach, zgarbiła się i zaczęła swoje pomruki, które za kilka sekund przekształciły się w pojękiwania. Gdybym zamknął oczy to miałbym przed nimi pornosa… brr. Postanowiłem jednak w pewien cwany sposób wykorzystać chwilę jej nieuwagi, i to właśnie wtedy spojrzałem na Lou, puszczając jej porozumiewawcze oczko. Przekazywało ono prostą wiadomość: wyjdź razem z nią, a gdy zejdzie ci z zasięgu, zapukaj. Myślę, że taki wybór jednocześnie nie postawi mnie w złym świetle, bo co jak co – ale to wciąż była tylko bujająca w obłokach marzeń nastolatka. Wkurwiająca, ale jednak.
Szczeniaki, jak się okazało, dawno znalazły swoje miejsce przy ciepłym grzejniku, a obie dziewczyny wydawały się przystać na mój rozkaz. Eliza wyszła bez słowa jak zbity pies, a Lou tuż za nią. Obie wyglądały na zmęczone po stoczonej batalii, i mówił mi o tym nie tylko stan ich włosów. Potem wystarczyło już tylko czekać na pukanie do drzwi. Akurat zdążyłem troszeczkę posprzątać oraz znaleźć różne rzeczy, które bardzo wyraźnie świadczyły o obecności kobiety w domu. Kiedy po paru momentach podszedłem do drzwi, by sprawdzić, czy coś się zmieniło, usłyszałem jedynie niewyraźną rozmowę. A już po chwili miałem zaszczyt ponownie widzieć Lou. Gdy przekroczyła próg mojego mieszkania, nie mogłem dłużej tłumić emocji związanych z tą całą bójką; zwyczajnie wybuchłem niepowstrzymanym śmiechem. Na początku widząc naburmuszone policzki dziewczyny i jej zdziwione, szkarłatne oczęta, starałem się nieco opanować, ale magicznie kilkoma szturchnięciami przekazałem jej odrobinę humoru, bo się uśmiechnęła (z trudem, ale to zrobiła). Umknął mi tylko jeden fakt… ubiór towarzyszki, który do najbardziej przykrytych nie należał. Wbrew pozorom nie narzekałem – wręcz przeciwnie – błysk przebiegający w moich oczach wyrażał teraz wszystkie nieprzyzwoite rzeczy, na które miałem ochotę. A byłem… uziemiony… bo Lou to jednak dla mnie ktoś ważniejszy i na myśleniu o niej w ten sposób się kończyło! Hmm, jedno ma coś do drugiego.
– Cóż… ta cisza – zaczęła cicho, i wtedy oprzytomniałem. – Powinnam się przebrać.
– Co? Nie, nie ma takiej potrzeby! – Uśmiechnąłem się perliście. Nim się zorientowałem, skąd pochodzi dziwny dźwięk, dostrzegłem Elizę przy drzwiach. Wskazywała na nas palcem i nie wyglądała na zadowoloną. A ja? Miałem wyśmienity humor.
– Lee?! Dlaczego ona nosi twoją koszulkę! – Zawołała, stając przed nami w odległości jakieś pół metra. Wtedy postanowiłem zakończyć to raz na zawsze, nie miałem wielkiej ochoty się w to bawić. Dodatkowo nie przepadam za kłamcami.
– Słuchaj, Elizo… – Uklęknąłem przed nią teatralnie, niczym taki ojciec, a gdy uświadomiłem sobie, że to wygląda tandetnie, odchrząknąłem i dźwignąłem się z powrotem na nogi. Ten mały zabieg musiał wyglądać co najmniej komicznie. – Jesteś za młoda, by o tym wiedzieć, ale…
– Za młoda? Mam 15 lat! – Zawołała, a w jej głosie rozbrzmiała determinacja.
– No dobra, mniejsza. Słuchaj… my z Lou… się kochamy – przyznałem, starając się, by mój złamany, aktorski głos przybrał naturalnej barwy. – Musisz się z tym pogodzić. Chyba wiesz, co robią ludzie, gdy się kochają… – Prawdopodobnie tą odpowiedzią chciałem albo ją wkurzyć, albo do reszty dobić. Cóż ze mnie za tyran.
– Pieprzą się? – odparła, a ja poszerzyłem oczy ze zdziwienia. No takiej odpowiedzi się nie spodziewałem… no dobra, o to mi chodziło, ale nie sądziłem, że akurat to wybierze spośród takiej szerokiej puli przyzwoitych i mniej przyzwoitych odpowiedzi.
– Tak, dokładnie o to mi chodziło. Niestety nie ma dla ciebie miejsca w tym związku – odparłem cicho, wzdychając głęboko. W tym momencie delikatnie objąłem Lou, by to choć trochę wyglądało wiarygodnie, a gdy młoda wydawała się przyjąć do siebie te słowa, zacząłem uświadamiać sobie, że ją złamałem. Nie miała więcej siły, by być upartą.
– Ach, w holu stoi taki przystojniak. Chyba mój brat, idź zobacz. – Wykonałem prosty gest ręką w kierunku drzwi, a Eliza natychmiastowo przetarła łzy swoją drobną rączką i rzuciła się w bieg.
Zostaliśmy sami, i dopiero wtedy mogłem odetchnąć. Wprawdzie cisza trwała dłuższy czas, ale to wyglądało tak, że Lou bawiła się ze szczeniakami, a ja postanowiłem obejrzeć telewizję. W końcu powietrze wypełnił mój głos:
– Hm… może przejdziemy się na jakiś spacer czy coś?
– W sumie czemu nie. – Wzruszyła ramionami, ukazując szereg białych zębów. – Tylko zajrzę do siebie i doprowadzę swój wygląd do jakiegoś dobrego stanu – zachichotała, i pozostało mi jedynie czekanie, które trwało w sumie… dość długo. Kobiety.
W tym czasie zdążyłem zaopiekować się szczeniakami oraz zabezpieczyć dom w razie, gdyby im się nudziło. Zaczekałem na dziewczynę w holu budynku, w którym mieszkaliśmy, a kiedy spotkanie doszło do skutku, bez zbędnych ceregieli ruszyliśmy przed siebie. Było około dziewiętnastej; ciemno, drogę oświetlały nam neonowe szyldy, lampy i inne światła przebijające się przez uszczelnione okna wysokich wieżowców. Generalnie mimo granatowego nieba, na którym rozciągały się pasma miliona gwiazd, było dosyć widocznie. Z łatwością rozpoznałem wszystkie kontury słupów i sylwetek innych przechodniów, aż coś rzuciło mi się w oczy i sprawiło, że niemal bez żadnego zastanowienia rzuciłem się w bieg. Nie panowałem nad swoim ciałem. Czułem, jakby ono nie istniało. Natomiast mój umysł też wyłączył się całkowicie, odrzucając wszystkie zewnętrzne bodźce, i za cel obrał uratowanie jednej, małej i zagubionej dziewczynki, idącej prosto pod koła samochodu. Nie miałem czasu na to, by na nią patrzeć, dlatego to, jak wyglądała, było mi kompletnie obce. Podczas gdy moje nogi dalej biegły przed siebie, stawiając kolejne ciężkie kroki, czas się dla mnie zatrzymał. Miałem wrażenie, że wszystko przedłuża się o kilkadziesiąt minut, aż w końcu dopiąłem swego i udało mi się zepchnąć drobną sylwetkę z drogi, dzięki czemu wylądowała na trawie obok. Nie widziałem jej reakcji, a tak właściwie to nie czułem nic. To było dziwne, ale tylko przez chwilę. Nie minął kolejny moment, a coś zderzak z impetem walnął w mój bok. Potem zarejestrowałem już tylko duży, palący ból rozpościerający się po prawej stronie mojego ciała, który zdawał się przenosić na kończyny i inne nienaruszone dotąd części. Skrzywiłem się w grymasie bólu i otworzyłem usta, ale nie mogłem nic powiedzieć. Jakby coś wyjadało mi głos. Leżałem na asfalcie, z niebem nad sobą. I po chwili gwiazdy przysłoniła mi twarz dziewczyny, to była Lou. Krzyczała coś, ale jej słowa stanowiły tylko dziwne echo w moim skrajnie wymęczonym umyśle. Wszystkie dźwięki zlewały się ze sobą, tworząc niespójny i trzeszczący szum, który przyprawiał mnie o jeszcze większe bóle głowy. Szkarłatnooka rozglądała się na boki, krzyczała, kładła na moją zimną skórę swoje rozgrzane ręce. A ja? Starałem się zapamiętać wszystkie szczegóły jej twarzy, zanim zaniknę w niebycie… Miałem wrażenie, że powoli odchodzę, tak jak i mój obraz. I z kolejną falą bólu wszystko się rozpłynęło… straciłem świadomość.
(Lou?)
– Lee! – Zawyła żałośnie. – Ona się na mnie rzuciła!
I takiego zachowania ze strony tej młodej się spodziewałem. Typowe, dziecięce, nic nowego: zwalanie winy na innych. A jestem ciekawy, kto tak naprawdę kogo sprowokował. Osobiście uważam, że po występkach Elizy bez problemu mógłbym stwierdzić, kto zaczął, ale nie jestem jakimś rodzicem, by w ogóle w takie sprawy się zagłębiać…
– Tam są drzwi. – Moja mina w tamtym momencie nie wyrażała nic, zupełną obojętność. Najwyraźniej ująłem tym brązowowłosą, bo od razu schowała twarz w dłoniach, zgarbiła się i zaczęła swoje pomruki, które za kilka sekund przekształciły się w pojękiwania. Gdybym zamknął oczy to miałbym przed nimi pornosa… brr. Postanowiłem jednak w pewien cwany sposób wykorzystać chwilę jej nieuwagi, i to właśnie wtedy spojrzałem na Lou, puszczając jej porozumiewawcze oczko. Przekazywało ono prostą wiadomość: wyjdź razem z nią, a gdy zejdzie ci z zasięgu, zapukaj. Myślę, że taki wybór jednocześnie nie postawi mnie w złym świetle, bo co jak co – ale to wciąż była tylko bujająca w obłokach marzeń nastolatka. Wkurwiająca, ale jednak.
Szczeniaki, jak się okazało, dawno znalazły swoje miejsce przy ciepłym grzejniku, a obie dziewczyny wydawały się przystać na mój rozkaz. Eliza wyszła bez słowa jak zbity pies, a Lou tuż za nią. Obie wyglądały na zmęczone po stoczonej batalii, i mówił mi o tym nie tylko stan ich włosów. Potem wystarczyło już tylko czekać na pukanie do drzwi. Akurat zdążyłem troszeczkę posprzątać oraz znaleźć różne rzeczy, które bardzo wyraźnie świadczyły o obecności kobiety w domu. Kiedy po paru momentach podszedłem do drzwi, by sprawdzić, czy coś się zmieniło, usłyszałem jedynie niewyraźną rozmowę. A już po chwili miałem zaszczyt ponownie widzieć Lou. Gdy przekroczyła próg mojego mieszkania, nie mogłem dłużej tłumić emocji związanych z tą całą bójką; zwyczajnie wybuchłem niepowstrzymanym śmiechem. Na początku widząc naburmuszone policzki dziewczyny i jej zdziwione, szkarłatne oczęta, starałem się nieco opanować, ale magicznie kilkoma szturchnięciami przekazałem jej odrobinę humoru, bo się uśmiechnęła (z trudem, ale to zrobiła). Umknął mi tylko jeden fakt… ubiór towarzyszki, który do najbardziej przykrytych nie należał. Wbrew pozorom nie narzekałem – wręcz przeciwnie – błysk przebiegający w moich oczach wyrażał teraz wszystkie nieprzyzwoite rzeczy, na które miałem ochotę. A byłem… uziemiony… bo Lou to jednak dla mnie ktoś ważniejszy i na myśleniu o niej w ten sposób się kończyło! Hmm, jedno ma coś do drugiego.
– Cóż… ta cisza – zaczęła cicho, i wtedy oprzytomniałem. – Powinnam się przebrać.
– Co? Nie, nie ma takiej potrzeby! – Uśmiechnąłem się perliście. Nim się zorientowałem, skąd pochodzi dziwny dźwięk, dostrzegłem Elizę przy drzwiach. Wskazywała na nas palcem i nie wyglądała na zadowoloną. A ja? Miałem wyśmienity humor.
– Lee?! Dlaczego ona nosi twoją koszulkę! – Zawołała, stając przed nami w odległości jakieś pół metra. Wtedy postanowiłem zakończyć to raz na zawsze, nie miałem wielkiej ochoty się w to bawić. Dodatkowo nie przepadam za kłamcami.
– Słuchaj, Elizo… – Uklęknąłem przed nią teatralnie, niczym taki ojciec, a gdy uświadomiłem sobie, że to wygląda tandetnie, odchrząknąłem i dźwignąłem się z powrotem na nogi. Ten mały zabieg musiał wyglądać co najmniej komicznie. – Jesteś za młoda, by o tym wiedzieć, ale…
– Za młoda? Mam 15 lat! – Zawołała, a w jej głosie rozbrzmiała determinacja.
– No dobra, mniejsza. Słuchaj… my z Lou… się kochamy – przyznałem, starając się, by mój złamany, aktorski głos przybrał naturalnej barwy. – Musisz się z tym pogodzić. Chyba wiesz, co robią ludzie, gdy się kochają… – Prawdopodobnie tą odpowiedzią chciałem albo ją wkurzyć, albo do reszty dobić. Cóż ze mnie za tyran.
– Pieprzą się? – odparła, a ja poszerzyłem oczy ze zdziwienia. No takiej odpowiedzi się nie spodziewałem… no dobra, o to mi chodziło, ale nie sądziłem, że akurat to wybierze spośród takiej szerokiej puli przyzwoitych i mniej przyzwoitych odpowiedzi.
– Tak, dokładnie o to mi chodziło. Niestety nie ma dla ciebie miejsca w tym związku – odparłem cicho, wzdychając głęboko. W tym momencie delikatnie objąłem Lou, by to choć trochę wyglądało wiarygodnie, a gdy młoda wydawała się przyjąć do siebie te słowa, zacząłem uświadamiać sobie, że ją złamałem. Nie miała więcej siły, by być upartą.
– Ach, w holu stoi taki przystojniak. Chyba mój brat, idź zobacz. – Wykonałem prosty gest ręką w kierunku drzwi, a Eliza natychmiastowo przetarła łzy swoją drobną rączką i rzuciła się w bieg.
Zostaliśmy sami, i dopiero wtedy mogłem odetchnąć. Wprawdzie cisza trwała dłuższy czas, ale to wyglądało tak, że Lou bawiła się ze szczeniakami, a ja postanowiłem obejrzeć telewizję. W końcu powietrze wypełnił mój głos:
– Hm… może przejdziemy się na jakiś spacer czy coś?
– W sumie czemu nie. – Wzruszyła ramionami, ukazując szereg białych zębów. – Tylko zajrzę do siebie i doprowadzę swój wygląd do jakiegoś dobrego stanu – zachichotała, i pozostało mi jedynie czekanie, które trwało w sumie… dość długo. Kobiety.
W tym czasie zdążyłem zaopiekować się szczeniakami oraz zabezpieczyć dom w razie, gdyby im się nudziło. Zaczekałem na dziewczynę w holu budynku, w którym mieszkaliśmy, a kiedy spotkanie doszło do skutku, bez zbędnych ceregieli ruszyliśmy przed siebie. Było około dziewiętnastej; ciemno, drogę oświetlały nam neonowe szyldy, lampy i inne światła przebijające się przez uszczelnione okna wysokich wieżowców. Generalnie mimo granatowego nieba, na którym rozciągały się pasma miliona gwiazd, było dosyć widocznie. Z łatwością rozpoznałem wszystkie kontury słupów i sylwetek innych przechodniów, aż coś rzuciło mi się w oczy i sprawiło, że niemal bez żadnego zastanowienia rzuciłem się w bieg. Nie panowałem nad swoim ciałem. Czułem, jakby ono nie istniało. Natomiast mój umysł też wyłączył się całkowicie, odrzucając wszystkie zewnętrzne bodźce, i za cel obrał uratowanie jednej, małej i zagubionej dziewczynki, idącej prosto pod koła samochodu. Nie miałem czasu na to, by na nią patrzeć, dlatego to, jak wyglądała, było mi kompletnie obce. Podczas gdy moje nogi dalej biegły przed siebie, stawiając kolejne ciężkie kroki, czas się dla mnie zatrzymał. Miałem wrażenie, że wszystko przedłuża się o kilkadziesiąt minut, aż w końcu dopiąłem swego i udało mi się zepchnąć drobną sylwetkę z drogi, dzięki czemu wylądowała na trawie obok. Nie widziałem jej reakcji, a tak właściwie to nie czułem nic. To było dziwne, ale tylko przez chwilę. Nie minął kolejny moment, a coś zderzak z impetem walnął w mój bok. Potem zarejestrowałem już tylko duży, palący ból rozpościerający się po prawej stronie mojego ciała, który zdawał się przenosić na kończyny i inne nienaruszone dotąd części. Skrzywiłem się w grymasie bólu i otworzyłem usta, ale nie mogłem nic powiedzieć. Jakby coś wyjadało mi głos. Leżałem na asfalcie, z niebem nad sobą. I po chwili gwiazdy przysłoniła mi twarz dziewczyny, to była Lou. Krzyczała coś, ale jej słowa stanowiły tylko dziwne echo w moim skrajnie wymęczonym umyśle. Wszystkie dźwięki zlewały się ze sobą, tworząc niespójny i trzeszczący szum, który przyprawiał mnie o jeszcze większe bóle głowy. Szkarłatnooka rozglądała się na boki, krzyczała, kładła na moją zimną skórę swoje rozgrzane ręce. A ja? Starałem się zapamiętać wszystkie szczegóły jej twarzy, zanim zaniknę w niebycie… Miałem wrażenie, że powoli odchodzę, tak jak i mój obraz. I z kolejną falą bólu wszystko się rozpłynęło… straciłem świadomość.
(Lou?)
środa, 7 września 2016
Od Lee - C.D Lou
Nie rozumiałem tej nagłej fali wyzwisk skierowanej w kierunku Lou, prosto od mojego nowego gościa. Ile ona mogła mieć lat? Jakieś piętnaście? Jeszcze mnie kiedyś za pedofilię oskarżą, jak będę się trzymał bliżej niej… jest całkowicie nieobliczalna i nie ukrywam, że mnie mocno irytowała. Sądząc po tonie i wyrazie twarzy „czerwonookiego królika”, również odczuwała to samo w stosunku do niesfornej Elizy. Ale co? Mam ją wyrzucić za drzwi? W sumie gdybym zrobił to pod pretekstem późnej godziny… myślę, że nie byłaby na mnie tak strasznie obrażona.
(...) Następnego dnia musiałem pogodzić się z tym, że Lou będzie miała kolejne spotkanie z Enzo. Jeśli do tej pory nie zrobił jej nic złego… to może powinienem trochę spuścić z tonu. Niemniej coś ciągle podtrzymywało mnie na tym jednym, nie do końca pozytywnym zdaniu o nim. W dodatku… czy on śmiał się, kiedy Lou faktycznie się topiła? No to jest już szczyt. Wracając do przebiegu dnia – nie działo się zupełnie nic, co mogłoby przykuć moją szczególną uwagę. Poza tym jak wstałem, dziewczyny już nie było, ale Blanc już tak. Chyba właścicielka nie miała serca, by odciągać ją od brata tego dnia. No nic, lepiej dla suni, bo się nie zgubi. A jak się zgubi, to ja naprawdę nie mam najmniejszej ochoty znowu spotykać się z tą małą psychofanką… Ona wygląda mi na osobę, która wykreowałaby korzystne dla siebie okoliczności tylko po to, by osiągnąć cel, a w tym przypadku mogło to być spotkanie ze mną.
Tak naprawdę nie robiłem nic, po prostu się leniłem… dopóki ktoś nie zaczął natarczywie walić w moje drzwi. Nie było jeszcze nawet dziewiętnastej, więc nie przewidywałem, że zastanę Lou. No i srogo się myliłem, oj srogo, bowiem do mojego mieszkania dobijała się ta młoda, której miałem nadzieję już nie spotkać… Ach, Rimear takie duże, a jednocześnie takie małe.
– Lee! – Podskoczyła z radością, natomiast ja starałem się dyskretnie przewrócić oczyma. Chyba tego nie zauważyła, bo od razu wparowała do mojego mieszkania, nawet kiedy drzwi były ledwo uchylone.
– Ejże, buty zdejmij! W stodole cię chowali? – Parsknąłem poirytowany ilością brudu pod jej podeszwą. No kurwa, człowiek całe swoje życie sprząta te mieszkanie tylko po to, żeby za chwilę nabrudziła jakaś mała jędza?
O dziwo Eliza wykonała mój rozkaz bez najmniejszych oporów; w dodatku zdecydowała się posłać w moją stronę dziwny, z lekka uwodzicielski uśmieszek. No chyba niewyćwiczony, ale doceniam. Jeśli mam być szczery z własnymi myślami, to nie bardzo miałem ochotę na jakiekolwiek odwiedziny.
– Usiądź, opowiem ci pewną historię! – Zawołała zadowolona, po czym zaczęła naprowadzać mnie w stronę kuchni. Tam zatrzymałem się przy stole i zamierzałem usiąść na krześle, gdy nagle bez ostrzeżenia gruchnąłem twardo tyłkiem na kafelki. Jak się okazało: Eliza była tak pochłonięta nienaturalną euforią, że z przymkniętymi powiekami postanowiła zgrywać „gentelmena” i odsunąć mi krzesło, które oczywiście było jakiś kilometr od mojego siedzenia.
– Jasna cholera, Elizo… – Mruknąłem, nie zamierzając się podnieść. Zamiast tego zgarbiłem się, jakby zrezygnowanie ciążyło na mnie niczym niewidzialny głaz.
– Ojeju, Lee! – Pisnęła, niemal w natychmiastowym trybie padając na ziemie obok mnie. Jej oczy były pełne zdziwienia i smutku. Pff, nie ujmie mnie to. – Coś ci się stało? Dopiero jesteśmy razem jeden dzień, a ja już cię zraniłam! – Zakryła oczy swoimi małymi rączkami.
Na początku miałem zamiar mówić o tym, że jestem cały, ale gdy tylko usłyszałem „jesteśmy razem”, stanąłem jak wryty, a moje oczy poszerzyły się w zdziwieniu. Otworzyłem usta w celu odpowiedzi, ale ostatecznie nie wydobyło się z nich nic, co przypominałoby słowa, a co dopiero zdanie. Kompletnie nie mogłem rozszyfrować tej dziewczyny. Miałem wrażenie, że żyje w równoległym świecie, i moja teoria nadal się podtrzymywała, kiedy Eliza zaczęła opowiadać tą swoją jakże ciekawą historię, która niemal kipiła od nadmiaru akcji. Przyjęcie do swojego umysłu każdego z wersów graniczyło z cudem i wprawdzie moja bariera umieszczona w głowie nie przepuszczała tych kłamstw, dlatego przez większość czasu nieuprzejmie udawałem, że słucham. No cóż… zwykle jestem miły, kulturalny – ale wszystko ma swoje granice. Moim ratunkiem okazało się kolejne w tym dniu, mocne bicie w drzwi. Jednak tym razem przed kilkoma uderzeniami, słyszałem pewne brzęczenie. Jakby kluczy… ale nie byłem pewien. Postanowiłem wykorzystać ten dar i po prostu jakby nigdy nic odszedłem od stołu, kierując się w stronę drzwi. Gdy je otworzyłem, stanął przede mną bardzo niespodziewany widok. Całkiem pijana Lou… a przecież mówiła, że nie lubi alkoholu.
– Co robisie w moim mieszkaniu?! – Jej język nieustannie się plątał. – Umafiasz się z nią thutaj na tajne schadzki?
– Lou? Wszystko dobrze? – Zignorowałem szturchającą mnie małą zołzę i w tej chwili moja uwaga całkiem skupiła się na Lou.
– A widzsisz, aby pyło śle? – Przewróciła oczami, opierając się o framugę drzwi. – Enso mie jusz nie lupi, i tak sobie pszychose do domu i chse spać, a nie mogę… – Westchnęła. – A semu nie mogę?! Bo ta fredna zołsa i ty zajęliśśście moje mieszkhanie…
– Lou, Lou… – Odwróciłem nieco zakłopotane spojrzenie, jedną ręką delikatnie klepiąc dziewczynę po przedramieniu, a następnie odwróciłem się w kierunku Elizy, by ją tak jakoś grzecznie wyprosić. Nie może patrzeć na nią w takim stanie, bo zacznie znowu cisnąć wyzwiskami. A domyślam się, że pijana dziewczyna nie byłaby z tego powodu zadowolona. Oczywiście skrywałem w sobie ciekawość, jaka pojawiła się po wymówieniu zdania „Enzo mnie już nie lubi”. Czyżbym naprawdę miał przez ten cały czas rację? Enzo zrobił co musiał i ją spił? Ech… no w każdym razie nie zamierzałem póki co jej tego wypominać. Nawet… było mi jej szkoda. Wszystkie chęci na udowodnienie swojej racji drastycznie zmalały.
Jakiś czas później udało mi się wyprosić z domu natrętną fankę. Później przeniosłem szczeniaki do kąta pod oknem, by sobie dalej spały, a ja powoli zacząłem docierać do Lou, która swoją drogą była tak pijana, że utrzymanie jej pod ramionami okazało się być naprawdę dużym wyzwaniem, bo cokolwiek chciałbym zrobić, chwiała się na wszystkie strony, komentując to, co stało na jej drodze. W pewnych momentach nie mogłem się powstrzymać, by nie wykrzywić miny od woni alkoholu. Alkohol? To była konkretnie wódka, ale nie mogę zaprzeczyć, że Lou nadal wyglądała niczego sobie. Lecz muszę powiedzieć, że wolę ją trzeźwą.
– Ej, Lee… – Jej język ponownie się poplątał. – A ty mnie jesce lubis?
– Pewnie. – Uśmiechnąłem się tylko z tego powodu, że udało mi się dotrzeć z nią na kanapę, na której tamtej nocy spała.
– Wis co… psespałabym sie z jakąś goronso lasko… – Zmieniła temat, który szczerze mówiąc dziwnie mną wstrząsnął.
– Mm, chętnie bym to zobaczył. – Wstałem, odpowiadając beznamiętnie. Jednak Lou szybko mnie zatrzymała, łapiąc za skrawek mojej koszulki.
– Oj, oj, oj… Lee… – Zaśmiała się, a potem wystawiając w moją stronę palec wskazujący, pokręciła nim w lewo i prawo. – Ty zbocusku! Ale… co robis w moim domu…?
– Ja? Mieszkam. – Uśmiechnąłem się pewnie. – Nie chce nic mówić, ale ten alkohol to ci chyba wyżera mózg – zażartowałem, i w pewnym momencie postanowiłem, że Lou dzisiaj również zostanie na noc. A co do Enzo… wydaje mi się, że dzisiaj niepotrzebnie będę ją nim zadręczać. Płakała, widziałem to.
– Nee mów tak… – Urażona pokręciła głową parę razy, a potem pokazała mi język.
– Przyniosę koc, połóż się lepiej – powiedziałem, od razu oddalając się od dziewczyny na parę kroków. W dość krótkim czasie udało mi się zabrać jedną warstwę poduszek z mojego łóżka i przemycić ją do salonu połączonego z kuchnią. Tymczasem Lou już dawno uroczo spała. Poważnie, nie miałem serca jej budzić, więc jedyne co zrobiłem, to przykryłem jej ciało kocem oraz sam wróciłem do swojego wyrka.
(...) Obudził mnie miażdżący ból przenoszący się od okolic pasa do nóg, i w sumie tam się kończył. Miałem wrażenie, że ktoś się po ciągle po mnie kręci i niekoniecznie jest to pies… Tak, to była zaspana Lou. Musiała nocą wyjść do łazienki i zgubić szlak do kanapy. Lekko zmęczony uniosłem górną partię ciała, po czym postanowiłem przyjrzeć się dziewczynie, która – jak się potem okazało – była naga… No nawet w swoim domu nie mogę czuć się bezpiecznie?!
– Lou? Masz piękne kształty, ale… – Odwróciłem głowę, wystawiając ręce w geście obronnym. Jednym ruchem dałem dziewczynie do zrozumienia, że brakuje jej… hm, odzienia?
(Lou?)
(...) Następnego dnia musiałem pogodzić się z tym, że Lou będzie miała kolejne spotkanie z Enzo. Jeśli do tej pory nie zrobił jej nic złego… to może powinienem trochę spuścić z tonu. Niemniej coś ciągle podtrzymywało mnie na tym jednym, nie do końca pozytywnym zdaniu o nim. W dodatku… czy on śmiał się, kiedy Lou faktycznie się topiła? No to jest już szczyt. Wracając do przebiegu dnia – nie działo się zupełnie nic, co mogłoby przykuć moją szczególną uwagę. Poza tym jak wstałem, dziewczyny już nie było, ale Blanc już tak. Chyba właścicielka nie miała serca, by odciągać ją od brata tego dnia. No nic, lepiej dla suni, bo się nie zgubi. A jak się zgubi, to ja naprawdę nie mam najmniejszej ochoty znowu spotykać się z tą małą psychofanką… Ona wygląda mi na osobę, która wykreowałaby korzystne dla siebie okoliczności tylko po to, by osiągnąć cel, a w tym przypadku mogło to być spotkanie ze mną.
Tak naprawdę nie robiłem nic, po prostu się leniłem… dopóki ktoś nie zaczął natarczywie walić w moje drzwi. Nie było jeszcze nawet dziewiętnastej, więc nie przewidywałem, że zastanę Lou. No i srogo się myliłem, oj srogo, bowiem do mojego mieszkania dobijała się ta młoda, której miałem nadzieję już nie spotkać… Ach, Rimear takie duże, a jednocześnie takie małe.
– Lee! – Podskoczyła z radością, natomiast ja starałem się dyskretnie przewrócić oczyma. Chyba tego nie zauważyła, bo od razu wparowała do mojego mieszkania, nawet kiedy drzwi były ledwo uchylone.
– Ejże, buty zdejmij! W stodole cię chowali? – Parsknąłem poirytowany ilością brudu pod jej podeszwą. No kurwa, człowiek całe swoje życie sprząta te mieszkanie tylko po to, żeby za chwilę nabrudziła jakaś mała jędza?
O dziwo Eliza wykonała mój rozkaz bez najmniejszych oporów; w dodatku zdecydowała się posłać w moją stronę dziwny, z lekka uwodzicielski uśmieszek. No chyba niewyćwiczony, ale doceniam. Jeśli mam być szczery z własnymi myślami, to nie bardzo miałem ochotę na jakiekolwiek odwiedziny.
– Usiądź, opowiem ci pewną historię! – Zawołała zadowolona, po czym zaczęła naprowadzać mnie w stronę kuchni. Tam zatrzymałem się przy stole i zamierzałem usiąść na krześle, gdy nagle bez ostrzeżenia gruchnąłem twardo tyłkiem na kafelki. Jak się okazało: Eliza była tak pochłonięta nienaturalną euforią, że z przymkniętymi powiekami postanowiła zgrywać „gentelmena” i odsunąć mi krzesło, które oczywiście było jakiś kilometr od mojego siedzenia.
– Jasna cholera, Elizo… – Mruknąłem, nie zamierzając się podnieść. Zamiast tego zgarbiłem się, jakby zrezygnowanie ciążyło na mnie niczym niewidzialny głaz.
– Ojeju, Lee! – Pisnęła, niemal w natychmiastowym trybie padając na ziemie obok mnie. Jej oczy były pełne zdziwienia i smutku. Pff, nie ujmie mnie to. – Coś ci się stało? Dopiero jesteśmy razem jeden dzień, a ja już cię zraniłam! – Zakryła oczy swoimi małymi rączkami.
Na początku miałem zamiar mówić o tym, że jestem cały, ale gdy tylko usłyszałem „jesteśmy razem”, stanąłem jak wryty, a moje oczy poszerzyły się w zdziwieniu. Otworzyłem usta w celu odpowiedzi, ale ostatecznie nie wydobyło się z nich nic, co przypominałoby słowa, a co dopiero zdanie. Kompletnie nie mogłem rozszyfrować tej dziewczyny. Miałem wrażenie, że żyje w równoległym świecie, i moja teoria nadal się podtrzymywała, kiedy Eliza zaczęła opowiadać tą swoją jakże ciekawą historię, która niemal kipiła od nadmiaru akcji. Przyjęcie do swojego umysłu każdego z wersów graniczyło z cudem i wprawdzie moja bariera umieszczona w głowie nie przepuszczała tych kłamstw, dlatego przez większość czasu nieuprzejmie udawałem, że słucham. No cóż… zwykle jestem miły, kulturalny – ale wszystko ma swoje granice. Moim ratunkiem okazało się kolejne w tym dniu, mocne bicie w drzwi. Jednak tym razem przed kilkoma uderzeniami, słyszałem pewne brzęczenie. Jakby kluczy… ale nie byłem pewien. Postanowiłem wykorzystać ten dar i po prostu jakby nigdy nic odszedłem od stołu, kierując się w stronę drzwi. Gdy je otworzyłem, stanął przede mną bardzo niespodziewany widok. Całkiem pijana Lou… a przecież mówiła, że nie lubi alkoholu.
– Co robisie w moim mieszkaniu?! – Jej język nieustannie się plątał. – Umafiasz się z nią thutaj na tajne schadzki?
– Lou? Wszystko dobrze? – Zignorowałem szturchającą mnie małą zołzę i w tej chwili moja uwaga całkiem skupiła się na Lou.
– A widzsisz, aby pyło śle? – Przewróciła oczami, opierając się o framugę drzwi. – Enso mie jusz nie lupi, i tak sobie pszychose do domu i chse spać, a nie mogę… – Westchnęła. – A semu nie mogę?! Bo ta fredna zołsa i ty zajęliśśście moje mieszkhanie…
– Lou, Lou… – Odwróciłem nieco zakłopotane spojrzenie, jedną ręką delikatnie klepiąc dziewczynę po przedramieniu, a następnie odwróciłem się w kierunku Elizy, by ją tak jakoś grzecznie wyprosić. Nie może patrzeć na nią w takim stanie, bo zacznie znowu cisnąć wyzwiskami. A domyślam się, że pijana dziewczyna nie byłaby z tego powodu zadowolona. Oczywiście skrywałem w sobie ciekawość, jaka pojawiła się po wymówieniu zdania „Enzo mnie już nie lubi”. Czyżbym naprawdę miał przez ten cały czas rację? Enzo zrobił co musiał i ją spił? Ech… no w każdym razie nie zamierzałem póki co jej tego wypominać. Nawet… było mi jej szkoda. Wszystkie chęci na udowodnienie swojej racji drastycznie zmalały.
Jakiś czas później udało mi się wyprosić z domu natrętną fankę. Później przeniosłem szczeniaki do kąta pod oknem, by sobie dalej spały, a ja powoli zacząłem docierać do Lou, która swoją drogą była tak pijana, że utrzymanie jej pod ramionami okazało się być naprawdę dużym wyzwaniem, bo cokolwiek chciałbym zrobić, chwiała się na wszystkie strony, komentując to, co stało na jej drodze. W pewnych momentach nie mogłem się powstrzymać, by nie wykrzywić miny od woni alkoholu. Alkohol? To była konkretnie wódka, ale nie mogę zaprzeczyć, że Lou nadal wyglądała niczego sobie. Lecz muszę powiedzieć, że wolę ją trzeźwą.
– Ej, Lee… – Jej język ponownie się poplątał. – A ty mnie jesce lubis?
– Pewnie. – Uśmiechnąłem się tylko z tego powodu, że udało mi się dotrzeć z nią na kanapę, na której tamtej nocy spała.
– Wis co… psespałabym sie z jakąś goronso lasko… – Zmieniła temat, który szczerze mówiąc dziwnie mną wstrząsnął.
– Mm, chętnie bym to zobaczył. – Wstałem, odpowiadając beznamiętnie. Jednak Lou szybko mnie zatrzymała, łapiąc za skrawek mojej koszulki.
– Oj, oj, oj… Lee… – Zaśmiała się, a potem wystawiając w moją stronę palec wskazujący, pokręciła nim w lewo i prawo. – Ty zbocusku! Ale… co robis w moim domu…?
– Ja? Mieszkam. – Uśmiechnąłem się pewnie. – Nie chce nic mówić, ale ten alkohol to ci chyba wyżera mózg – zażartowałem, i w pewnym momencie postanowiłem, że Lou dzisiaj również zostanie na noc. A co do Enzo… wydaje mi się, że dzisiaj niepotrzebnie będę ją nim zadręczać. Płakała, widziałem to.
– Nee mów tak… – Urażona pokręciła głową parę razy, a potem pokazała mi język.
– Przyniosę koc, połóż się lepiej – powiedziałem, od razu oddalając się od dziewczyny na parę kroków. W dość krótkim czasie udało mi się zabrać jedną warstwę poduszek z mojego łóżka i przemycić ją do salonu połączonego z kuchnią. Tymczasem Lou już dawno uroczo spała. Poważnie, nie miałem serca jej budzić, więc jedyne co zrobiłem, to przykryłem jej ciało kocem oraz sam wróciłem do swojego wyrka.
(...) Obudził mnie miażdżący ból przenoszący się od okolic pasa do nóg, i w sumie tam się kończył. Miałem wrażenie, że ktoś się po ciągle po mnie kręci i niekoniecznie jest to pies… Tak, to była zaspana Lou. Musiała nocą wyjść do łazienki i zgubić szlak do kanapy. Lekko zmęczony uniosłem górną partię ciała, po czym postanowiłem przyjrzeć się dziewczynie, która – jak się potem okazało – była naga… No nawet w swoim domu nie mogę czuć się bezpiecznie?!
– Lou? Masz piękne kształty, ale… – Odwróciłem głowę, wystawiając ręce w geście obronnym. Jednym ruchem dałem dziewczynie do zrozumienia, że brakuje jej… hm, odzienia?
(Lou?)
sobota, 3 września 2016
Od Lee - C.D Lou
Kolejny dzień zleciał mi dokładnie tak samo, jak wczorajszy. Gdyby nie to, że spotkałem Lou to zapewne nie miałbym o czym myśleć. W końcu zrozumiałem, że moja upartość i chęć pomocy za bardzo wzięły nade mną górę, ale… ja nie miałem jej w czym pomagać. Po prostu miałem ogromne wątpliwości wobec tego całego Enzo, jej zdaniem niepotrzebne. No cóż, więc postanowiłem w końcu zostać tę sprawę w spokoju, co nie zmieniło faktu, że utwierdzenie się w przekonaniu nie byłoby dla mnie wielkim zdziwieniem. Tegoż wieczoru ktoś usilnie dobijał się do moich drzwi. Zanim zerwałem się z łóżka, założyłem szlafrok (miałem same bokserki), minęła co najmniej minuta, aż w pewnym momencie otworzyłem wrota do swojego królestwa, a w ich progu ujrzałem posmutniałą Lou. W ułamku tej sekundy, kiedy nie mówiła nic, w mojej głowie zdążyło już przebiec miliony myśli: dlaczego przyszła? Co się stało? Naprawdę mnie odwiedziła?
– Lou, co ty tu robi… – Nie zdążyłem skończyć pytania, bo dziewczyna od razu mi przerwała:
– Jest u ciebie Blanc?
– Blanc? Nie ma jej tutaj. Czyżbyś ją zgubiła? Co się stało? – Chwilowo zapomniałem o uwierającej samotności, śladach smutku i zasypałem dziewczynę lawiną pytań. Mogłem się tylko domyślać, że nie znała odpowiedzi na żadne. Gdy otworzyła usta w celu udzielenia odpowiedzi, nie ubiegł z nich ani jeden, najcichszy dźwięk. Z miny mogłem odczytać, że była bardzo zmieszana; jej zakłopotany wzrok latał w różnych kierunkach, język się plątał. Tragedia.
– Gdzie byłaś? Od tego zacznijmy. – Złapałem dziewczynę za ramiona i lekko potrząsnąłem, by się ogarnęła. Podziało na nią moje lekko zobojętniałe spojrzenie. W odróżnieniu od niej, ja starałem się zachować zimną krew, póki nic nie wiadomo.
– No na basenie z Enzo – odparła, a ja w tym czasie powstrzymałem się od teatralnego przewrócenia oczami. No wkurwiała mnie każda wzmianka na temat tego chłopaka, poważnie… ale nie miałem pojęcia dlaczego. Przeczucie, że to nie jest wcale taki niesamowity typek?
– Czyli nie zamknęłaś drzwi?
– Wydawało mi się, że zamknęłam – zaprotestowała, chodząc nerwowo od kąta do kąta.
– A jeśli to ten facet? – Nagle mnie olśniło, ale w sumie to skąd by wiedział, gdzie mieszka Lou? Nie śledził nas, to na pewno. Poza tym musiałby się zdecydować, bo ja również trzymam u siebie pieska. Dziewczyna jednak podzieliła moje wątpliwości i pokręciła niepewnie głową, wciąż zastanawiając się nad pobytem Blanc.
– Ech, na pewno się znajdzie… – Westchnąłem, i zanim otworzyłem drzwi na oścież, by Lou weszła, postanowiłem o to zapytać. – Będziesz wchodziła? – Bardzo bolało mnie to, że zacząłem mieć nawet co do tego pewne uprzedzenia. Nie miałem pojęcia, czy dziewczyna nie uświadomi mnie za chwilę o tym, że ma kolejne spotkanie, zmęczyła się i musi iść do siebie. I prawdę mówiąc, niekoniecznie by mnie to zdziwiło, ale zabolało. Nie ma co ściemniać, Lou była dla mnie kimś ważnym, nawet pomimo tak krótkiej znajomości.
I nagle Shiloh wybiegł z mojego apartamentu. Zanim zdążyłem zorientować się o tym, co się dzieje, stałem jak wryty w ziemie przez dobre kilka sekund. Potem – ignorując wszystkie rzeczy i dźwięki z zewnątrz – rzuciłem się w bieg. Z perspektywy osób trzecich była to zapewne rasowa komedia; facet latający w samym szlafroku gania się po korytarzach z małym, rozszalałym szczeniakiem i swoją przygodę kończy w momencie, kiedy uciekinier kończy w zamkniętej windzie. Miałem prawdziwego pecha… nie dość, że straszyłem cały budynek to jeszcze zostałem zmuszony do tego, by schodzić po tych strasznie długich schodach na sam dół. W tamtym momencie nie zwracałem na dużo uwagi na to, czy Lou biegnie za mną. Nie miałem na to czasu, byłem zbyt zajęty przeskakiwaniem kolejnych schodków, które wkrótce przybliżą mnie do piętra zerowego. Choć zdawało mi się, że nie tylko echo moich stóp rozbijało się o cztery ściany. Gdy udało mi się dotrzeć do holu, zobaczyłem tam, jak pewna nieznana mi dziewczyna łapie Shiloh’a i ma przy okazji drugą, białą sunię. Chwili mojej ulgi towarzyszyło głębokie, pełne spokoju odetchnienie.
– Bogu dzięki… – Najpierw nie zwróciłem uwagi na osobę, która trzymała zwierzęta; zamiast tego od razu pozwoliłem sobie odebrać Shiloh’a z cieszącym się uśmiechem na ustach.
– Bogu? Wystarczyłoby Eliza – zauważyła, a z jej ust wydobył się cichy chichot. Wprawdzie jej młody głos zmusił mnie do tego, bym uniósł z zaciekawieniem głowę. Pierwsze, co zauważyłem, to fakt, że była dosyć niska. Miała na sobie pospolity, szkolny mundurek, choć wszyscy wiedzieliśmy, że tu żadna szkoła nie istnieje. No chyba, że sklepy dla cosplayer’ów. Nim w ogóle zdążyłem przyzwyczaić się do zaistniałej sytuacji, dziewczyna wysunęła rękę w moim kierunku i zapewne oczekiwała jej uściśnięcia. W sumie czemu nie? Po chwili zwłoki, zrobiłem to z dużą chęcią.
– Zgoda, Elizabeth. Ja jestem Lee – odparłem z wyraźnym, teatralnym tonem, na co “Eliza” wybuchła nienaturalnym chichotem.
– Jak się wabią? – zapytała, a wtedy dostrzegłem za sobą Lou. Również zmachana podobnie co ja, ale przeczuwałem, że ona raczej była bardziej przyzwyczajona do biegania.
– To jest Blanc. – Wskazałem na sunię, która leżała na rękach dziewczyny oraz skomląc, próbowała wyrwać się do swojej pani. – A ten tutaj, to Shiloh. – Pogłaskałem swojego uciekiniera. Chwilę później Blanc stała się na tyle nieznośna, że drapała i gryzła uroczo ręce Elizy, przez co dziewczyna była zmuszona, by ją oddać. I wydawało mi się, że zrobiła to z dużą niechęcią. A ja wtedy zorientowałem się, że… ciągle jestem w samym szlafroku. Odwróciwszy wzrok, wyraziłem, jak bardzo czuję się zakłopotany.
– To my… już pójdziemy. – Lou jako jedyna zrozumiała przekaz moich małych gestów i byłem jej ogromnie wdzięczny, że powiedziała te krótkie cztery słowa, które pozwoliły nam wyjść z tej dziwnej sytuacji. Eliza przymknęła oczy i pomachała nam na pożegnanie. Tym razem mogliśmy pójść windą, więc skróciliśmy sobie drogę o jakieś pięć minut.
– Mówiłem, że się odnajdzie. – Przerwałem dotychczasową ciszę i ukradkiem spojrzałem na białą sunię, która niemal zasypiała w objęciach Lou. Obie wyglądały naprawdę uroczo, i chcąc nie chcąc: poczułem się lekko zawstydzony myśląc o tym.
Zdawało mi się, że oprócz uśmiechu, dziewczyna miała w kieszeni jeszcze jakiś zgrabny komentarz – na przykład dotyczący sytuacji sprzed kilku minut, ale ostatecznie obyło się bez. Moje wcześniejsze uczucie smutku i samotności chwilowo przygasły, i wydawało się, że prawie zapomniałem o tym, iż Lou coraz rzadziej pojawia się w moim domu. Więc teraz, korzystając z okazji, pomyślałem, że po prostu zaproszę ją na kilka sekund… O dziwo, kiedy znaleźliśmy się pod moimi drzwiami, dziewczyna nie protestowała. Zasiedliśmy przed stołem, a ja postanowiłem, że zrobię herbatę. Wszystko byłoby dobrze, gdybym nagle nie usłyszał mocnego pukania do drzwi. Z lekkim zaniepokojeniem próbowałem oswoić się z myślą, że to jakiś wielki cham, który czegoś chce, ale dopiero po otwarciu okazało się, jak bardzo się myliłem. To była ta sama dziewczyna, która złapała Shiloh’a. Jak ona miała? Eliza?
– Tu jesteś! Śledziłam cię. Mogę wejść?
Przyznam, że poczułem się bardzo dziwnie. Jej słowa kontrastowały na tle słodkiego i uroczego uśmiechu; miałem wrażenie, że jestem w jakimś horrorze, a ona za sekundę wyjmie za pleców nóż i wbije mi go w pierś. W jednej chwili pomyślałem sobie, że nie wypuszczę Lou, dopóki ta mała sobie nie pójdzie. No bo przecież nie mogę jej spławić…a równocześnie nie chcę zostawać z nią sam na sam. Wydawała mi się taka… z niecodziennymi zamiarami. Moje wątpliwości wyjaśniało to, że sama przyznała się do tego, że mnie śledziła.
(Lou?)
– Lou, co ty tu robi… – Nie zdążyłem skończyć pytania, bo dziewczyna od razu mi przerwała:
– Jest u ciebie Blanc?
– Blanc? Nie ma jej tutaj. Czyżbyś ją zgubiła? Co się stało? – Chwilowo zapomniałem o uwierającej samotności, śladach smutku i zasypałem dziewczynę lawiną pytań. Mogłem się tylko domyślać, że nie znała odpowiedzi na żadne. Gdy otworzyła usta w celu udzielenia odpowiedzi, nie ubiegł z nich ani jeden, najcichszy dźwięk. Z miny mogłem odczytać, że była bardzo zmieszana; jej zakłopotany wzrok latał w różnych kierunkach, język się plątał. Tragedia.
– Gdzie byłaś? Od tego zacznijmy. – Złapałem dziewczynę za ramiona i lekko potrząsnąłem, by się ogarnęła. Podziało na nią moje lekko zobojętniałe spojrzenie. W odróżnieniu od niej, ja starałem się zachować zimną krew, póki nic nie wiadomo.
– No na basenie z Enzo – odparła, a ja w tym czasie powstrzymałem się od teatralnego przewrócenia oczami. No wkurwiała mnie każda wzmianka na temat tego chłopaka, poważnie… ale nie miałem pojęcia dlaczego. Przeczucie, że to nie jest wcale taki niesamowity typek?
– Czyli nie zamknęłaś drzwi?
– Wydawało mi się, że zamknęłam – zaprotestowała, chodząc nerwowo od kąta do kąta.
– A jeśli to ten facet? – Nagle mnie olśniło, ale w sumie to skąd by wiedział, gdzie mieszka Lou? Nie śledził nas, to na pewno. Poza tym musiałby się zdecydować, bo ja również trzymam u siebie pieska. Dziewczyna jednak podzieliła moje wątpliwości i pokręciła niepewnie głową, wciąż zastanawiając się nad pobytem Blanc.
– Ech, na pewno się znajdzie… – Westchnąłem, i zanim otworzyłem drzwi na oścież, by Lou weszła, postanowiłem o to zapytać. – Będziesz wchodziła? – Bardzo bolało mnie to, że zacząłem mieć nawet co do tego pewne uprzedzenia. Nie miałem pojęcia, czy dziewczyna nie uświadomi mnie za chwilę o tym, że ma kolejne spotkanie, zmęczyła się i musi iść do siebie. I prawdę mówiąc, niekoniecznie by mnie to zdziwiło, ale zabolało. Nie ma co ściemniać, Lou była dla mnie kimś ważnym, nawet pomimo tak krótkiej znajomości.
I nagle Shiloh wybiegł z mojego apartamentu. Zanim zdążyłem zorientować się o tym, co się dzieje, stałem jak wryty w ziemie przez dobre kilka sekund. Potem – ignorując wszystkie rzeczy i dźwięki z zewnątrz – rzuciłem się w bieg. Z perspektywy osób trzecich była to zapewne rasowa komedia; facet latający w samym szlafroku gania się po korytarzach z małym, rozszalałym szczeniakiem i swoją przygodę kończy w momencie, kiedy uciekinier kończy w zamkniętej windzie. Miałem prawdziwego pecha… nie dość, że straszyłem cały budynek to jeszcze zostałem zmuszony do tego, by schodzić po tych strasznie długich schodach na sam dół. W tamtym momencie nie zwracałem na dużo uwagi na to, czy Lou biegnie za mną. Nie miałem na to czasu, byłem zbyt zajęty przeskakiwaniem kolejnych schodków, które wkrótce przybliżą mnie do piętra zerowego. Choć zdawało mi się, że nie tylko echo moich stóp rozbijało się o cztery ściany. Gdy udało mi się dotrzeć do holu, zobaczyłem tam, jak pewna nieznana mi dziewczyna łapie Shiloh’a i ma przy okazji drugą, białą sunię. Chwili mojej ulgi towarzyszyło głębokie, pełne spokoju odetchnienie.
– Bogu dzięki… – Najpierw nie zwróciłem uwagi na osobę, która trzymała zwierzęta; zamiast tego od razu pozwoliłem sobie odebrać Shiloh’a z cieszącym się uśmiechem na ustach.
– Bogu? Wystarczyłoby Eliza – zauważyła, a z jej ust wydobył się cichy chichot. Wprawdzie jej młody głos zmusił mnie do tego, bym uniósł z zaciekawieniem głowę. Pierwsze, co zauważyłem, to fakt, że była dosyć niska. Miała na sobie pospolity, szkolny mundurek, choć wszyscy wiedzieliśmy, że tu żadna szkoła nie istnieje. No chyba, że sklepy dla cosplayer’ów. Nim w ogóle zdążyłem przyzwyczaić się do zaistniałej sytuacji, dziewczyna wysunęła rękę w moim kierunku i zapewne oczekiwała jej uściśnięcia. W sumie czemu nie? Po chwili zwłoki, zrobiłem to z dużą chęcią.
– Zgoda, Elizabeth. Ja jestem Lee – odparłem z wyraźnym, teatralnym tonem, na co “Eliza” wybuchła nienaturalnym chichotem.
– Jak się wabią? – zapytała, a wtedy dostrzegłem za sobą Lou. Również zmachana podobnie co ja, ale przeczuwałem, że ona raczej była bardziej przyzwyczajona do biegania.
– To jest Blanc. – Wskazałem na sunię, która leżała na rękach dziewczyny oraz skomląc, próbowała wyrwać się do swojej pani. – A ten tutaj, to Shiloh. – Pogłaskałem swojego uciekiniera. Chwilę później Blanc stała się na tyle nieznośna, że drapała i gryzła uroczo ręce Elizy, przez co dziewczyna była zmuszona, by ją oddać. I wydawało mi się, że zrobiła to z dużą niechęcią. A ja wtedy zorientowałem się, że… ciągle jestem w samym szlafroku. Odwróciwszy wzrok, wyraziłem, jak bardzo czuję się zakłopotany.
– To my… już pójdziemy. – Lou jako jedyna zrozumiała przekaz moich małych gestów i byłem jej ogromnie wdzięczny, że powiedziała te krótkie cztery słowa, które pozwoliły nam wyjść z tej dziwnej sytuacji. Eliza przymknęła oczy i pomachała nam na pożegnanie. Tym razem mogliśmy pójść windą, więc skróciliśmy sobie drogę o jakieś pięć minut.
– Mówiłem, że się odnajdzie. – Przerwałem dotychczasową ciszę i ukradkiem spojrzałem na białą sunię, która niemal zasypiała w objęciach Lou. Obie wyglądały naprawdę uroczo, i chcąc nie chcąc: poczułem się lekko zawstydzony myśląc o tym.
Zdawało mi się, że oprócz uśmiechu, dziewczyna miała w kieszeni jeszcze jakiś zgrabny komentarz – na przykład dotyczący sytuacji sprzed kilku minut, ale ostatecznie obyło się bez. Moje wcześniejsze uczucie smutku i samotności chwilowo przygasły, i wydawało się, że prawie zapomniałem o tym, iż Lou coraz rzadziej pojawia się w moim domu. Więc teraz, korzystając z okazji, pomyślałem, że po prostu zaproszę ją na kilka sekund… O dziwo, kiedy znaleźliśmy się pod moimi drzwiami, dziewczyna nie protestowała. Zasiedliśmy przed stołem, a ja postanowiłem, że zrobię herbatę. Wszystko byłoby dobrze, gdybym nagle nie usłyszał mocnego pukania do drzwi. Z lekkim zaniepokojeniem próbowałem oswoić się z myślą, że to jakiś wielki cham, który czegoś chce, ale dopiero po otwarciu okazało się, jak bardzo się myliłem. To była ta sama dziewczyna, która złapała Shiloh’a. Jak ona miała? Eliza?
– Tu jesteś! Śledziłam cię. Mogę wejść?
Przyznam, że poczułem się bardzo dziwnie. Jej słowa kontrastowały na tle słodkiego i uroczego uśmiechu; miałem wrażenie, że jestem w jakimś horrorze, a ona za sekundę wyjmie za pleców nóż i wbije mi go w pierś. W jednej chwili pomyślałem sobie, że nie wypuszczę Lou, dopóki ta mała sobie nie pójdzie. No bo przecież nie mogę jej spławić…a równocześnie nie chcę zostawać z nią sam na sam. Wydawała mi się taka… z niecodziennymi zamiarami. Moje wątpliwości wyjaśniało to, że sama przyznała się do tego, że mnie śledziła.
(Lou?)
środa, 31 sierpnia 2016
Od Lee - C.D Lou
Od kiedy dziewczyna nacisnęła czerwoną słuchawkę, czekałem na kolejny telefon, który – jak się okazało – nie nadszedł. Wraz z kolejnymi mijającymi sekundami wskaźnik mojego humoru stawał się coraz niższy, wydawało mi się, że niebawem przekroczy minimalną skalę… Czułem dziwną otchłań w sercu, która powiększała się i z każdą chwilą odbierała mi najskrytsze, ociekające radością wspomnienia. Rozdzierała mnie od środka, pozostawiając po sobie poszarpaną dziurę przepełnioną smutkiem i zdenerwowaniem. W tamtym momencie nie potrafiłem wyobrazić sobie niczego pozytywnego; wystarczyła tylko reakcja Lou, bym popadł w lekką niechęć do czegokolwiek. Oczywiście jak to ja – nie mogłem tak żyć, więc zwyczajnie dźwignąłem się na nogi z dużego, rozgrabionego łóżka, nakarmiłem Shiloh’a i postanowiłem, że najlepiej będzie, gdy na chwilę dam spokój Lou. Starałem się ją zrozumieć, ponieważ sam niedawno miałem szansę uczestniczyć w takiej sytuacji: poznała swojego brata, którego w ogóle nie pamięta, chciała z nim porozmawiać, nawiązać kontakt i naturalną reakcją był jej nerwowy głos tkwiący w słuchawce. Bo przecież mogłem przerwać tę rozmowę… mimo to, czułem, że coś się zmieniło albo coś ma się zmienić. Zostałem więźniem własnych obaw i przez większość wieczoru nie potrafiłem solidnie myśleć o niczym innym, tylko o tym, czy Lou będzie jeszcze ze mną rozmawiać. Może troszeczkę dramatyzowałem… ale wbrew pozorom mam swoje poglądy i uczucia, które nie zawsze są zależne ode mnie. Cóż, a kiedy nie zadzwoniła, poczułem, że wszystkie obawy się nasilają i odnajdują miejsce w rzeczywistości.
Uznałem, że najlepszą odskocznią od ciągłego myślenia będzie zwykły spacer, dlatego nawet nie przebierając się, złapałem za smycz i wyposażyłem w nią szczeniaka. Na zewnątrz było dosyć przyjemnie, lekki powiew wiatru poruszał zielonymi koronami drzew, a jednocześnie sprawiał, że moja kitka delikatnie falowała pośród niewidocznych fal powietrza. Wtedy zauważyłem, jak podbiega do nas jakaś dziewczyna, która po sekundzie okazała się być Lou… cóż, szczerze to miałem wrażenie, że dzisiaj już nie uda mi się z nią zobaczyć, lecz zaistniała sytuacja to czysty przypadek. Sam nie byłem pewien czy nadal chce ze mną rozmawiać, dlatego pierwsze co zrobiłem, to trzymałem wyraźny mały dystans. Po prostu ciągle czułem się w jakiś sposób samotny i przez to poddenerwowany. Może to było nie w porządku względem Lou, ale nie mogłem zamazać śladu tego odczucia.
Przez ten czas prawie zapomniałem o lodowej barwie jej głosu w telefonie.
– On ma się dobrze. A jak twoje spotkanie? Miałaś zadzwonić…
– A świetnie. Jutro idziemy na basen. – Pogłaskała jeszcze raz Shiloh’a, po czym wstała i rozsunęła lekko bluzę. Po jej przyspieszonym oddechu mogłem stwierdzić, że biegała. – A jak tam tobie minął dzień?
W tym momencie chciałem jasno podkreślić, że czekałem na jej telefon i siedziałem znudzony w apartamencie. Sam. Ale ostatecznie uznałem, że nie będę takim mściwym dziadem. Oczywiście w dalszym ciągu ujawniałem swoje wątpliwości, które dziewczynie niekoniecznie się podobały.
– Nudziłem się, nawet nie wychodziłem z domu. – Do głowy przyszedł mi obraz z południa, kiedy to ignorowałem drapiącego pazurami w drzwi Shiloh’a, odpoczywałem i czekałem przy podpiętym pod ładowarkę telefonie na to, kiedy będę miał szansę go odebrać. No cóż, pomimo tej krótkiej znajomości, byłem w stanie nazwać Lou przyjaciółką. – Więc… jaki on jest? – W swoim umyśle odnotowałem ciekawość spowodowaną tym, czy moje podejrzenia faktycznie się sprawdziły, ale sądząc po reakcji Lou, spotkanie okazało się zapewne wielkim sukcesem. Oczywiście cieszyłem się! Ale nie potrafiłem odegnać się od myśli, że niektóre osoby tak naprawdę mogą bardzo dobrze ukrywać swoje prawdziwe zamiary. A może jednak dramatyzuję?
– On jest niesamowity! – Zaniosła się chichotem, mimowolnie zaciskając swoje drobne dłonie w pięści. W jej oczach tkwiły tlące się iskierki ekscytacji, które za chwilę miały przeistoczyć się w jaskrawy wybuch. Mimo jej zapewnień, nie umiałem myśleć o tym nad wyraz pozytywnie, więc zwyczajnie posłałem dziewczynie ciepły uśmiech. Stworzyłem pozory, że wszystko jest okej, podczas gdy w głowie zastanawiałem się nad tym, dlaczego Lou tak bardzo mu ufa. Czy rozsadzała ją tak wielka euforia, że postanowiła zrobić dla niej miejsce, które uprzednio zajmował rozsądek? Naprawdę była tak szczęśliwa i otwarta na nawiązywanie więzi ze swoim bratem?
– I… i tyle? To ten chłopak, którego spotkałem, no nie? Białe włosy, grzywka… – Mogłem wymieniać różne szczegóły, jakie zdążyłem zapamiętać z tego krótkiego, niezbyt emocjonującego spotkania.
– Tak, to on – odparła.
– Więc… czego się o nim dowiedziałaś?
Lou chwilowo spojrzała na mnie niepewnie, jakbym co najmniej uzupełnił swoje pokłady wścibskości, a ja w odpowiedzi odwzajemniłem ten sam wzrok.
– No co? Miałaś zadzwonić, ja wcale nie jestem wścibski – dodałem, słysząc jak bardzo mija się to z prawdą. Udałem niezadowolenie, a pod tą maską kryła się kolejna, tylko, że utkana z podejrzeń.
– Niedużo. Równie pewny siebie co ja, jest tu rok. – To była jej odpowiedź. Szczerze powiedziawszy, to spodziewałem się opowieści kipiącej od nadmiaru ciekawych informacji, a tu proszę.
– Czy on zadawał sporo pyt… – Nie dane było mi dokończyć, ponieważ zaledwie kończyłem wypowiadać ostatnie słowa, uciszył mnie jej piorunujący wzrok, który zdawał się ciskać we mnie swoimi piorunami.
– Przestań! On naprawdę nie jest zły… a ja umiem o siebie zadbać, więc naprawdę to, co mi mówisz jest zbędne.
– Już, już! – Wystawiłem ręce w geście obronnym. – Mam rozumieć, że jutro też będziesz zajęta?
– Przynajmniej przez połowę dnia. – Westchnęła nieznacznie, wlepiając swój szkarłatny wzrok, a wtedy przekonałem się, że próby utrzymania dobrego tempa tego kontaktu ponownie spełzły na niczym, i póki ona nie uświadomi sobie tego, to ja wraz z moim zdaniem jestem zbędny. Tylko… to trochę bolało. Nie chciałem być odstawiany na bok i to właśnie to było moją słabością. Lęk przed tym, że znowu będę samotny, tak jak kiedyś. Wtedy delikatny, kobiecy zapach przelatujący przez moje nozdrza natychmiast zmazał jakiekolwiek ślady panoszących się w głowie myśli. Odruchowo przyciągnąłem dziewczynę ku siebie, by poczuć bliżej tą przyjemną woń, która niczym aura spowijała całe jej ciało. Moja dłoń delikatnie trzymała jej nadgarstek, ale nie był to szorstki uchwyt; powiedziałbym, że moje palce ledwo dotknęły tej gładkiej, jasnej skóry.
– Wybacz, nie mogłem tego powstrzymać. – Zrobiłem krok do tyłu, i nie dałem jej czasu na żadną reakcję. Szczerze to obawiałem się przez chwilę, by spojrzeć w jej oblicze, ale kiedy mijały kolejne sekundy przepełnione ciszą, postanowiłem przewrócić spojrzenie. I zrobiłem to tak czy siak. W trakcie jednego momentu poczułem, że gdyby ten cały Enzo wyrządził jej jakiejkolwiek natury szkodę, zapłaciłby za to.
– Hmm… będę się zbierał. – Pociągnąłem za smycz i pokierowałem szczeniaka w stronę budynku. – Do jutra, mam nadzieję.
Gdy dotarłem do swojego mieszkania, znów padłem na łóżko, ale wcześniej postanowiłem zadbać trochę o Shiloh’a. Nakarmiłem go, pogłaskałem i nieco się z nim podroczyłem. Teraz, gdy robiłem dokładnie to samo, co kilka godzin temu, czułem tego wyraźne skutki. Materac odbierał mi wszystkie siły i ledwo byłem w stanie podnieść się i zajść do łazienki. Poza tym nawet, gdybym chciał, relacja Lou i jej brata wydawała mi się zbyt rodzinna i sielankowa, by okazała się czystą prawdą. Mimo że mnie nie dotyczyła, za szybko zacząłem się martwić o tę dziewczynę. Moje myśli ciągle toczyły się do tego, że ona w końcu o mnie zapomni, albo łatwiej mówiąc, zignoruje.
Następnego popołudnia, mój plan na dzień nie wyglądał ciekawie. Stanowił całą powtórkę z wczorajszego, co wywołało u mnie tylko kolejne ziewnięcia. Byłem przekonany co do tego, że telefon do Lou nic nie da, i tak się naturalnie stało. Po jakichś dwóch minutach oczekiwania na odebranie robiły się aż nadto nudzące. Aż w pewnym momencie – podczas spaceru – zobaczyłem, jak moja szkarłatnooka przyjaciółka wychodzi ze swojego budynku w towarzystwie swojego brata. Mieli ze sobą torby, więc na myśl od razu wkradł mi się basen, o którym Lou wczoraj mówiła. Poważnie, nie chciałem wyjść na śledzącego, bo to był kompletny przypadek, więc po prostu wykrzyczałem w oddali jej imię. Rzecz jasna nie chciałem im się wpychać w wieczorek, nawet nie zamierzałem, ale to nie zmieniało faktu, że nie czułem się urażony. Ona po raz kolejny mnie zignorowała.
(Lou?)
Uznałem, że najlepszą odskocznią od ciągłego myślenia będzie zwykły spacer, dlatego nawet nie przebierając się, złapałem za smycz i wyposażyłem w nią szczeniaka. Na zewnątrz było dosyć przyjemnie, lekki powiew wiatru poruszał zielonymi koronami drzew, a jednocześnie sprawiał, że moja kitka delikatnie falowała pośród niewidocznych fal powietrza. Wtedy zauważyłem, jak podbiega do nas jakaś dziewczyna, która po sekundzie okazała się być Lou… cóż, szczerze to miałem wrażenie, że dzisiaj już nie uda mi się z nią zobaczyć, lecz zaistniała sytuacja to czysty przypadek. Sam nie byłem pewien czy nadal chce ze mną rozmawiać, dlatego pierwsze co zrobiłem, to trzymałem wyraźny mały dystans. Po prostu ciągle czułem się w jakiś sposób samotny i przez to poddenerwowany. Może to było nie w porządku względem Lou, ale nie mogłem zamazać śladu tego odczucia.
Przez ten czas prawie zapomniałem o lodowej barwie jej głosu w telefonie.
– On ma się dobrze. A jak twoje spotkanie? Miałaś zadzwonić…
– A świetnie. Jutro idziemy na basen. – Pogłaskała jeszcze raz Shiloh’a, po czym wstała i rozsunęła lekko bluzę. Po jej przyspieszonym oddechu mogłem stwierdzić, że biegała. – A jak tam tobie minął dzień?
W tym momencie chciałem jasno podkreślić, że czekałem na jej telefon i siedziałem znudzony w apartamencie. Sam. Ale ostatecznie uznałem, że nie będę takim mściwym dziadem. Oczywiście w dalszym ciągu ujawniałem swoje wątpliwości, które dziewczynie niekoniecznie się podobały.
– Nudziłem się, nawet nie wychodziłem z domu. – Do głowy przyszedł mi obraz z południa, kiedy to ignorowałem drapiącego pazurami w drzwi Shiloh’a, odpoczywałem i czekałem przy podpiętym pod ładowarkę telefonie na to, kiedy będę miał szansę go odebrać. No cóż, pomimo tej krótkiej znajomości, byłem w stanie nazwać Lou przyjaciółką. – Więc… jaki on jest? – W swoim umyśle odnotowałem ciekawość spowodowaną tym, czy moje podejrzenia faktycznie się sprawdziły, ale sądząc po reakcji Lou, spotkanie okazało się zapewne wielkim sukcesem. Oczywiście cieszyłem się! Ale nie potrafiłem odegnać się od myśli, że niektóre osoby tak naprawdę mogą bardzo dobrze ukrywać swoje prawdziwe zamiary. A może jednak dramatyzuję?
– On jest niesamowity! – Zaniosła się chichotem, mimowolnie zaciskając swoje drobne dłonie w pięści. W jej oczach tkwiły tlące się iskierki ekscytacji, które za chwilę miały przeistoczyć się w jaskrawy wybuch. Mimo jej zapewnień, nie umiałem myśleć o tym nad wyraz pozytywnie, więc zwyczajnie posłałem dziewczynie ciepły uśmiech. Stworzyłem pozory, że wszystko jest okej, podczas gdy w głowie zastanawiałem się nad tym, dlaczego Lou tak bardzo mu ufa. Czy rozsadzała ją tak wielka euforia, że postanowiła zrobić dla niej miejsce, które uprzednio zajmował rozsądek? Naprawdę była tak szczęśliwa i otwarta na nawiązywanie więzi ze swoim bratem?
– I… i tyle? To ten chłopak, którego spotkałem, no nie? Białe włosy, grzywka… – Mogłem wymieniać różne szczegóły, jakie zdążyłem zapamiętać z tego krótkiego, niezbyt emocjonującego spotkania.
– Tak, to on – odparła.
– Więc… czego się o nim dowiedziałaś?
Lou chwilowo spojrzała na mnie niepewnie, jakbym co najmniej uzupełnił swoje pokłady wścibskości, a ja w odpowiedzi odwzajemniłem ten sam wzrok.
– No co? Miałaś zadzwonić, ja wcale nie jestem wścibski – dodałem, słysząc jak bardzo mija się to z prawdą. Udałem niezadowolenie, a pod tą maską kryła się kolejna, tylko, że utkana z podejrzeń.
– Niedużo. Równie pewny siebie co ja, jest tu rok. – To była jej odpowiedź. Szczerze powiedziawszy, to spodziewałem się opowieści kipiącej od nadmiaru ciekawych informacji, a tu proszę.
– Czy on zadawał sporo pyt… – Nie dane było mi dokończyć, ponieważ zaledwie kończyłem wypowiadać ostatnie słowa, uciszył mnie jej piorunujący wzrok, który zdawał się ciskać we mnie swoimi piorunami.
– Przestań! On naprawdę nie jest zły… a ja umiem o siebie zadbać, więc naprawdę to, co mi mówisz jest zbędne.
– Już, już! – Wystawiłem ręce w geście obronnym. – Mam rozumieć, że jutro też będziesz zajęta?
– Przynajmniej przez połowę dnia. – Westchnęła nieznacznie, wlepiając swój szkarłatny wzrok, a wtedy przekonałem się, że próby utrzymania dobrego tempa tego kontaktu ponownie spełzły na niczym, i póki ona nie uświadomi sobie tego, to ja wraz z moim zdaniem jestem zbędny. Tylko… to trochę bolało. Nie chciałem być odstawiany na bok i to właśnie to było moją słabością. Lęk przed tym, że znowu będę samotny, tak jak kiedyś. Wtedy delikatny, kobiecy zapach przelatujący przez moje nozdrza natychmiast zmazał jakiekolwiek ślady panoszących się w głowie myśli. Odruchowo przyciągnąłem dziewczynę ku siebie, by poczuć bliżej tą przyjemną woń, która niczym aura spowijała całe jej ciało. Moja dłoń delikatnie trzymała jej nadgarstek, ale nie był to szorstki uchwyt; powiedziałbym, że moje palce ledwo dotknęły tej gładkiej, jasnej skóry.
– Wybacz, nie mogłem tego powstrzymać. – Zrobiłem krok do tyłu, i nie dałem jej czasu na żadną reakcję. Szczerze to obawiałem się przez chwilę, by spojrzeć w jej oblicze, ale kiedy mijały kolejne sekundy przepełnione ciszą, postanowiłem przewrócić spojrzenie. I zrobiłem to tak czy siak. W trakcie jednego momentu poczułem, że gdyby ten cały Enzo wyrządził jej jakiejkolwiek natury szkodę, zapłaciłby za to.
– Hmm… będę się zbierał. – Pociągnąłem za smycz i pokierowałem szczeniaka w stronę budynku. – Do jutra, mam nadzieję.
Gdy dotarłem do swojego mieszkania, znów padłem na łóżko, ale wcześniej postanowiłem zadbać trochę o Shiloh’a. Nakarmiłem go, pogłaskałem i nieco się z nim podroczyłem. Teraz, gdy robiłem dokładnie to samo, co kilka godzin temu, czułem tego wyraźne skutki. Materac odbierał mi wszystkie siły i ledwo byłem w stanie podnieść się i zajść do łazienki. Poza tym nawet, gdybym chciał, relacja Lou i jej brata wydawała mi się zbyt rodzinna i sielankowa, by okazała się czystą prawdą. Mimo że mnie nie dotyczyła, za szybko zacząłem się martwić o tę dziewczynę. Moje myśli ciągle toczyły się do tego, że ona w końcu o mnie zapomni, albo łatwiej mówiąc, zignoruje.
Następnego popołudnia, mój plan na dzień nie wyglądał ciekawie. Stanowił całą powtórkę z wczorajszego, co wywołało u mnie tylko kolejne ziewnięcia. Byłem przekonany co do tego, że telefon do Lou nic nie da, i tak się naturalnie stało. Po jakichś dwóch minutach oczekiwania na odebranie robiły się aż nadto nudzące. Aż w pewnym momencie – podczas spaceru – zobaczyłem, jak moja szkarłatnooka przyjaciółka wychodzi ze swojego budynku w towarzystwie swojego brata. Mieli ze sobą torby, więc na myśl od razu wkradł mi się basen, o którym Lou wczoraj mówiła. Poważnie, nie chciałem wyjść na śledzącego, bo to był kompletny przypadek, więc po prostu wykrzyczałem w oddali jej imię. Rzecz jasna nie chciałem im się wpychać w wieczorek, nawet nie zamierzałem, ale to nie zmieniało faktu, że nie czułem się urażony. Ona po raz kolejny mnie zignorowała.
(Lou?)
niedziela, 28 sierpnia 2016
Od Lee - C.D Lou
Po zdobyciu nowych informacji, postanowiłem przyrównać zachowanie tego całego Enzo do reakcji Lou na jego telefon. No cóż, to było dla mnie co najmniej dziwne i negatywnie zaskakujące. Niemożliwe, by nagle ten chłopak zmienił swoje nastawienie, bo to, co zapamiętałem to wyraźna niechęć do zbliżenia się do siostry. Pomyślałem, że kieruje nim jakiś cel i wcale nie robi tego dla stworzenia więzów. No po prostu to mi się całości nie trzymało… dlatego pierwsze myśli, które narodziły się w mojej głowie oczywiście miały bardzo mroczne pochodzenie. Jednocześnie bałem się, że cokolwiek powie jej Enzo, zakończy się smutnym zakończeniem, a ja tego nie zniosę. Mimo wszystko starałem się nie pokazywać swoich wątpliwości, ale z każdą sekundą zastanawiałem się, czy na pewno nie będzie lepiej jej ostrzec. Mówiłem na początku, że jej białowłosy brat nie wydawał się zainteresowany ich pokrewieństwem, ale raczej nie zwróciła na to większej uwagi. Była zbyt podekscytowana. Może jednak nie psuć jej tego humoru? Tak ładnie się uśmiecha…
– Jestem ciekaw czy te szczeniaki wytrzymają bez siebie chociaż dzień. – Westchnąwszy, spojrzałem to na jednego psiaka, to na drugiego. – Jak Shiloh będzie mi skamleć, to do ciebie przyjdę. – Zaśmiałem się pod nosem. Jakoś przyzwyczaiłem się do obecności Lou i dziwnie się czułem, kiedy myślałem, że jej już póki co nie będzie u mnie. To tak, jakbym pożegnał się z kimś bliskim. Z kimś, kto zawitał do mnie tylko na parę ostatnich dni wakacji i zobaczę go dopiero za rok.
Gdy Lou zabierała się do odpowiedzi, nie mogłem się powstrzymać i musiałem zapytać o szczegóły spotkania:
– A ten… o której się spotykacie?
– Hmm… około szesnastej. A czemu pytasz? – Podniosła brew w zdziwieniu.
– Bo nie wiem kiedy będę mógł do ciebie wpaść, żeby nie zastać pustego apartamentu. No chyba, że masz coś przeciwko. – Wzruszyłem ramionami i automatycznie moja głowa odwróciła się w przeciwną stronę. Nie okazałem wielkiego entuzjazmu mówiąc to, lecz słowa znacznie kontrastowały na tle tego, co czułem w środku. I prawdopodobnie Lou zdążyła to zauważyć, bo jedyne co zrobiła, to uśmiechnęła się i pokręciła głową. Dopiero po jakimś czasie doszliśmy do budynku, w którym mieszkaliśmy. Staliśmy dokładnie na korytarzu, podczas gdy dziewczyna pomachała mi na pożegnanie i zabrała swojego psa. Nie mogłem odczytać powodu swojego zachowania, ale w tamtym momencie, zanim Lou zdążyła wykonać zaledwie kilka kroków, złapałem ją za dłoń, delikatnie wsuwając swoje palce między jej. Trwała błoga cisza, a wtedy poczułem, jak mój uścisk jest odwzajemniany.
– Ymm… uważaj, dobrze? – Zapytałem, a w moim umyśle pojawiła się wizja jutrzejszego spotkania Lou z Enzo. – Gdyby coś się działo, to wiesz gdzie mnie szukać. – Nie dając jej nawet chwili na żadną odpowiedź, wypuściłem jej rękę, którą najwyraźniej już dawno chciała wyswobodzić. “Dawno” znaczy moment, kiedy zacząłem mówić.
W odpowiedzi usłyszałem jedynie głośne prychnięcie.
– Nie jestem małą dziewczynką i potrafię o siebie zadbać, gdybyś nie zauważył. Poza tym co złego może zrobić mi brat? – odparła, jednocześnie napierając na mnie kolejnymi wątpliwościami co do moich dobrych zamiarów.
– Po prostu go nie znasz… – Westchnąłem, ale dziewczyna zdążyła zniknąć za drzwiami swojego apartamentu. I tak oto zostałem sam z wyrzutami sumienia, ale dlaczego niby mnie męczyły? Nie chcę, by potem chodziła smutna dlatego, że coś jej zrobił… Oczywiście mi chodzi o ból psychiczny, a nie fizyczny. Osobiście sądzę, że chłopak nawet wbrew swoim intencjom nie jest w stanie zrobić jej nic złego.
Ostatecznie godząc się z tymi myślami, wkroczyłem za próg swojego królestwa i od razu położyłem szczeniaka na wykładzinie korytarza, by mógł się rozgościć. Cóż, teraz jest oficjalnym domownikiem. Ja postanowiłem się ogarnąć po tym długim dniu, w związku z tym zamknąłem się w łazience, a po kąpieli spojrzałem w zaparowane lustro, przesuwając ręką po szkle. Wtedy moje spojrzenie przykuł opatrunek umieszczony na przedramieniu, i automatycznie w moje myśli wplątała się Lou. To był moment, w którym uświadomiłem sobie, że nie potrafię długo przebywać bez niej. Czy to przyzwyczajenie… czy zwykła, chwilowa tęsknota… nie miałem siły, by o tym myśleć. Po jakimś czasie wszystko wydało się ulecieć z mojej głowy; zwyczajnie założyłem bokserki, pozostawiłem klatkę piersiową nagą i wskoczyłem pod kołdrę. Na ruszające się obrazy spoglądałem około godziny, dopóki całkiem nie pogubiłem się w fabule, bo sen przerywał mi wszystkie wspomnienia. W końcu z pieskiem u boku oddaliłem się w bezkresną otchłań snu…
Kiedy otworzyłem zaspane oczy, była jakaś trzynasta. Wtedy uznałem, że musiałem siedzieć do późna, bo zwykle wstaję o wiele, wiele wcześniej. Jedyny pozytywny aspekt głosił, że byłem wyspany. Na początku w mojej głowie nie zaprzątało się zbyt wiele myśli; głód, standardowe potrzeby, aż w końcu obok nich wstąpiła Lou. Przypomniałem sobie o jej spotkaniu, lecz nie zrobiłem niczego więcej. Uznałem, że lepiej będzie, jak zostanę ten dzień w swoim apartamencie i dam jej trochę oddychać otaczającym ją powietrzem. Wobec tego popołudnie spędziłem na sprzątaniu starych gratów i słuchaniu muzyki. Nie byłem całkiem samotny, bo w końcu miałem przy sobie Shiloha, do którego mogłem mówić, by nie popaść w przepaść depresji.
Siedemnasta – właśnie te godzinę wybijał wiszący w korytarzu zegar. Najprawdopodobniej było już po spotkaniu Lou, więc pomyślałem sobie, że miło by było, gdybym zadzwonił i zapytał jak poszło. Prawda jednak okazała się trochę inna, kiedy w słuchawce pojawił się jej głos.
– Lou? Jesteś już u siebie? – Zapytałem.
– Właśnie… jeszcze z nim rozmawiam – szepnęła do słuchawki, a potem usłyszałem nerwowe westchnięcie. Odruchowo miałem w głowie kilka reakcji: chciałem od razu się rozłączyć, nie przeszkadzać albo spytać jak było, i ostatecznie wygrało to ostatnie.
– Tylko minutka. Jak tam? – Niestety okazałem się być zbyt zaniepokojonym, ciekawskim i zniecierpliwionym na to, by się nie wtrącać i wydaje mi się, że oberwę.
A jeśli… ona nie będzie spędzać ze mną tyle czasu, co przedtem?
(Lou?)
– Jestem ciekaw czy te szczeniaki wytrzymają bez siebie chociaż dzień. – Westchnąwszy, spojrzałem to na jednego psiaka, to na drugiego. – Jak Shiloh będzie mi skamleć, to do ciebie przyjdę. – Zaśmiałem się pod nosem. Jakoś przyzwyczaiłem się do obecności Lou i dziwnie się czułem, kiedy myślałem, że jej już póki co nie będzie u mnie. To tak, jakbym pożegnał się z kimś bliskim. Z kimś, kto zawitał do mnie tylko na parę ostatnich dni wakacji i zobaczę go dopiero za rok.
Gdy Lou zabierała się do odpowiedzi, nie mogłem się powstrzymać i musiałem zapytać o szczegóły spotkania:
– A ten… o której się spotykacie?
– Hmm… około szesnastej. A czemu pytasz? – Podniosła brew w zdziwieniu.
– Bo nie wiem kiedy będę mógł do ciebie wpaść, żeby nie zastać pustego apartamentu. No chyba, że masz coś przeciwko. – Wzruszyłem ramionami i automatycznie moja głowa odwróciła się w przeciwną stronę. Nie okazałem wielkiego entuzjazmu mówiąc to, lecz słowa znacznie kontrastowały na tle tego, co czułem w środku. I prawdopodobnie Lou zdążyła to zauważyć, bo jedyne co zrobiła, to uśmiechnęła się i pokręciła głową. Dopiero po jakimś czasie doszliśmy do budynku, w którym mieszkaliśmy. Staliśmy dokładnie na korytarzu, podczas gdy dziewczyna pomachała mi na pożegnanie i zabrała swojego psa. Nie mogłem odczytać powodu swojego zachowania, ale w tamtym momencie, zanim Lou zdążyła wykonać zaledwie kilka kroków, złapałem ją za dłoń, delikatnie wsuwając swoje palce między jej. Trwała błoga cisza, a wtedy poczułem, jak mój uścisk jest odwzajemniany.
– Ymm… uważaj, dobrze? – Zapytałem, a w moim umyśle pojawiła się wizja jutrzejszego spotkania Lou z Enzo. – Gdyby coś się działo, to wiesz gdzie mnie szukać. – Nie dając jej nawet chwili na żadną odpowiedź, wypuściłem jej rękę, którą najwyraźniej już dawno chciała wyswobodzić. “Dawno” znaczy moment, kiedy zacząłem mówić.
W odpowiedzi usłyszałem jedynie głośne prychnięcie.
– Nie jestem małą dziewczynką i potrafię o siebie zadbać, gdybyś nie zauważył. Poza tym co złego może zrobić mi brat? – odparła, jednocześnie napierając na mnie kolejnymi wątpliwościami co do moich dobrych zamiarów.
– Po prostu go nie znasz… – Westchnąłem, ale dziewczyna zdążyła zniknąć za drzwiami swojego apartamentu. I tak oto zostałem sam z wyrzutami sumienia, ale dlaczego niby mnie męczyły? Nie chcę, by potem chodziła smutna dlatego, że coś jej zrobił… Oczywiście mi chodzi o ból psychiczny, a nie fizyczny. Osobiście sądzę, że chłopak nawet wbrew swoim intencjom nie jest w stanie zrobić jej nic złego.
Ostatecznie godząc się z tymi myślami, wkroczyłem za próg swojego królestwa i od razu położyłem szczeniaka na wykładzinie korytarza, by mógł się rozgościć. Cóż, teraz jest oficjalnym domownikiem. Ja postanowiłem się ogarnąć po tym długim dniu, w związku z tym zamknąłem się w łazience, a po kąpieli spojrzałem w zaparowane lustro, przesuwając ręką po szkle. Wtedy moje spojrzenie przykuł opatrunek umieszczony na przedramieniu, i automatycznie w moje myśli wplątała się Lou. To był moment, w którym uświadomiłem sobie, że nie potrafię długo przebywać bez niej. Czy to przyzwyczajenie… czy zwykła, chwilowa tęsknota… nie miałem siły, by o tym myśleć. Po jakimś czasie wszystko wydało się ulecieć z mojej głowy; zwyczajnie założyłem bokserki, pozostawiłem klatkę piersiową nagą i wskoczyłem pod kołdrę. Na ruszające się obrazy spoglądałem około godziny, dopóki całkiem nie pogubiłem się w fabule, bo sen przerywał mi wszystkie wspomnienia. W końcu z pieskiem u boku oddaliłem się w bezkresną otchłań snu…
Kiedy otworzyłem zaspane oczy, była jakaś trzynasta. Wtedy uznałem, że musiałem siedzieć do późna, bo zwykle wstaję o wiele, wiele wcześniej. Jedyny pozytywny aspekt głosił, że byłem wyspany. Na początku w mojej głowie nie zaprzątało się zbyt wiele myśli; głód, standardowe potrzeby, aż w końcu obok nich wstąpiła Lou. Przypomniałem sobie o jej spotkaniu, lecz nie zrobiłem niczego więcej. Uznałem, że lepiej będzie, jak zostanę ten dzień w swoim apartamencie i dam jej trochę oddychać otaczającym ją powietrzem. Wobec tego popołudnie spędziłem na sprzątaniu starych gratów i słuchaniu muzyki. Nie byłem całkiem samotny, bo w końcu miałem przy sobie Shiloha, do którego mogłem mówić, by nie popaść w przepaść depresji.
Siedemnasta – właśnie te godzinę wybijał wiszący w korytarzu zegar. Najprawdopodobniej było już po spotkaniu Lou, więc pomyślałem sobie, że miło by było, gdybym zadzwonił i zapytał jak poszło. Prawda jednak okazała się trochę inna, kiedy w słuchawce pojawił się jej głos.
– Lou? Jesteś już u siebie? – Zapytałem.
– Właśnie… jeszcze z nim rozmawiam – szepnęła do słuchawki, a potem usłyszałem nerwowe westchnięcie. Odruchowo miałem w głowie kilka reakcji: chciałem od razu się rozłączyć, nie przeszkadzać albo spytać jak było, i ostatecznie wygrało to ostatnie.
– Tylko minutka. Jak tam? – Niestety okazałem się być zbyt zaniepokojonym, ciekawskim i zniecierpliwionym na to, by się nie wtrącać i wydaje mi się, że oberwę.
A jeśli… ona nie będzie spędzać ze mną tyle czasu, co przedtem?
(Lou?)
piątek, 26 sierpnia 2016
Od Lee - C.D Lou
Obronienie Lou było odruchowym zachowaniem. Nie mogłem pozwolić, by ten opryszek próbował zmierzyć się z kimś słabszym od siebie. Doprawdy honorowe… poza tym nie chciałbym, żeby tej dziewczynie stała się jakakolwiek krzywda, już pomijając szczeniaki, które tak czy siak zostaną z nami. Gdy tylko ścisnąłem jego masywny nadgarstek, spojrzałem z grozą w jego troszeczkę zdziwioną twarz. Zmarszczki w jego minie zniekształcały się w dużą złość, dlatego przygotowanie się do walki wydawało mi się czymś nieuniknionym. Ale naprawdę musimy to robić na ulicy?
– Nigdy nie podnoś ręki na kobietę… nie na kobietę, która utrzymała te zwierzęta przy życiu – warknąłem, gdy niespodziewanie zdecydowałem się pociągnąć go za nadgarstek w swoją stronę. Korzystając z chwili jego nieuwagi, zawinąłem dłoń w pięść i zanim jeszcze mężczyzna zdążył się zatrzymać, wyciągnąłem rękę, trafiając nią mocno w brzuch mężczyzny.
W efekcie gigant runął na ziemie, nie decydując się na żaden kontratak. Wtedy uznałem to za koniec tej jakże… długiej i wyczerpującej walki? Z westchnieniem położyłem rękę na plecach dziewczyny, tym samym zmuszając ją do odwrotu. No co? Nie miałem zamiaru oddawać szczeniaków w ręce tego kogoś.
– Lee, uważaj! – Krzyknęła Lou, która w idealnym momencie odwróciła się ponownie w stronę mężczyzny, dzięki czemu i ja mogłem szybciej zareagować. Rzucił się po chodniku w moim kierunku oraz wyciągnął łapę, by mnie złapać za nogę. Gdybym bez pomocy Lou zorientował się nieco wcześniej, na pewno uniknąłbym jego ruchu, ale teraz, gdy już miał mnie w uścisku, pociągnął do siebie, w efekcie czego runąłem na ziemię. Moja towarzyszka jedyne, co mogła zrobić w tamtym momencie, to pilnować szczeniaków, więc byłem jej za to wdzięczny. Ponadto mnie ostrzegła, a gdybym się o tym nie dowiedział, prawdopodobnie skończyłoby się trochę kiepsko.
– Łapy… przecz… od moich szczeniaków! – zawołał sapiąc ciężko, przez co jedno zdanie podzielił na jakieś trzy człony.
Ostatkami sił próbowałem przeczołgać się w odwrotną stronę, jednak gdy zauważyłem, że nie przynosi to oczekiwanych efektów, po prostu przerzuciłem się na plecy i wolną stopą trafiłem go w głowę. Na początku, gdy zrobiłem to trochę lekko – co jak co, ale to jest jednak człowiek; chuj, ale człowiek – nie zareagował, jak gdyby był jakimś zmutowanym stworem. Potem zebrałem siłę w swoich kończynach, po czym walnąłem raz, a porządnie. I co? Odczepił się, a ja mogłem ze zdenerwowaniem wypisanym na twarzy dźwignąć się na nogi.
– Znajdź nas, gdy zaczniesz szanować ludzi. A co mówić zwierzęta… – Tymże akcentem odeszliśmy z pola bitwy, kierując się z rękami pełnymi zakupów do domu dziewczyny. Podczas spaceru postanowiliśmy, że to Lou będzie trzymać psiaki, a ja ponoszę torby. Było ich trochę, więc moja duma nie pozwoliła dziewczynie na trzymanie tych gratów.
Nie minęło piętnaście minut, a trafiliśmy do odpowiedniego budynku. Lou najpierw włożyła dłoń w poszukiwaniu brzęczącego pęku kluczy, a następnie włożyła odpowiedni kawałek metalu do zamka. Wiedziałem mniej więcej, co gdzie jest, więc rozgościłem się w zastraszająco szybkim tempie; wszedłem do kuchni i to tam odłożyłem zakupy, ignorując przez chwile dwa skamlące i kręcące się wokół moich nóg szczeniaki. Trzymając w ręku dwie miski i karmę, byłem dla nich niczym przewodnik, bo gdzie bym nie poszedł – tam nasze pociechy. Ostatecznie z tego powodu, że koszyk zostawiliśmy u mnie w apartamencie, miski z karmą postawiłem na miękkim dywanie. Kiedy zwierzęta zabrały się za jedzenie, radośnie trzęsąc uszami, rozejrzałem się w poszukiwaniu Lou. Widziałem, że rozmawiała z kimś na otwartym balkonie. Nie chciałem wyjść na niegrzecznego, więc nawet nie zamierzałem bawić się w podsłuchiwacza. Zwyczajnie poczekałem, jak skończy i tu przyjdzie. Tymczasem ja sobie usiadłem na kanapie, skacząc kilka razy sprawdziłem jej miękkość, i ostatecznie odpaliłem telewizor. Nic ciekawego; na tych samych kanałach leciały te same powtórki.
– Lee? – Zapytała jakby zdziwiona, że mnie tu widzi. Ale w jej twarzy było coś… dziwnego. Znaczy nic strasznego, po prostu przykuła moją uwagę swoim lekkim, ale ledwo skrywanym uśmiechem. Kto mógł do niej zadzwonić?
– Coś się stało, Lou? – Przymrużyłem oczy i niemal nie mogłem się powstrzymać, by nie zadać tego pytania.
– Nie, nic. – I jej uśmiech zszedł z twarzy, pozostał po nim tylko ślad. Gdy dziewczyna chciała przejść obok mnie i najprawdopodobniej mnie wyminąć, z głębokim westchnieniem i obojętnością na twarzy, złapałem ją za koszulkę.
– Nie wierzę – powiedziałem. – Spoko, możesz mi powiedzieć.
W tym momencie dokładnie spojrzałem na twarz dziewczyny, jakby chcąc wyrwać z nich prawdę, albo to była zwykła obawa przed tym, że może spróbować mnie okłamać. Ostatecznie po paru chwilach ciszy, Lou odetchnęła, odgarniając od siebie niepewność i chyba… niepokój. Nie wiem, słaby jestem w odczytywaniu emocji.
– Brat się ze mną skontaktował – wyznała, a ja poczułem, jakby w przekazie tego krótkiego zdania kryła się potężna moc, która sprawiła, że odchyliłem się ze zdziwienia. W jednej chwili przypomniałem sobie dziwnego, podobnego do Lou chłopaka. To było podczas wyprawy. Wtedy założyłem, że są ze sobą spokrewnieni, ale gdy tylko zapytałem go o to, spotkałem się z wielkim niezrozumieniem i kpiną. A przynajmniej tylko to zapamiętałem.
Jednak od razu nie wyznałem tego, co kisiło się w mojej głowie. Po prostu dalej ciągnąłem temat, zanim wypytam ją o szczegóły i wymienię się spostrzeżeniami.
– Ach, też niedawno dowiedziałem się, że mam brata. – Westchnąłem, a z moich ust ulotnił się cichy śmiech. Lou spojrzała na mnie zdziwiona. – Jest młodszy ode mnie, ale raczej o wiele silniejszy. – Pokręciłem głową, jakby przeżywając retrospekcję z tego dziwnego spotkania. Starałem się przywrócić emocje, które towarzyszyły mi w momencie, kiedy dowiedziałem się o tym niecodziennym fakcie. Jestem ciekaw, czy Lou też rozsadza taka nienaturalna euforia.
– I co, będziecie utrzymywać kontakt? – zapytałem.
(Lou?)
– Nigdy nie podnoś ręki na kobietę… nie na kobietę, która utrzymała te zwierzęta przy życiu – warknąłem, gdy niespodziewanie zdecydowałem się pociągnąć go za nadgarstek w swoją stronę. Korzystając z chwili jego nieuwagi, zawinąłem dłoń w pięść i zanim jeszcze mężczyzna zdążył się zatrzymać, wyciągnąłem rękę, trafiając nią mocno w brzuch mężczyzny.
W efekcie gigant runął na ziemie, nie decydując się na żaden kontratak. Wtedy uznałem to za koniec tej jakże… długiej i wyczerpującej walki? Z westchnieniem położyłem rękę na plecach dziewczyny, tym samym zmuszając ją do odwrotu. No co? Nie miałem zamiaru oddawać szczeniaków w ręce tego kogoś.
– Lee, uważaj! – Krzyknęła Lou, która w idealnym momencie odwróciła się ponownie w stronę mężczyzny, dzięki czemu i ja mogłem szybciej zareagować. Rzucił się po chodniku w moim kierunku oraz wyciągnął łapę, by mnie złapać za nogę. Gdybym bez pomocy Lou zorientował się nieco wcześniej, na pewno uniknąłbym jego ruchu, ale teraz, gdy już miał mnie w uścisku, pociągnął do siebie, w efekcie czego runąłem na ziemię. Moja towarzyszka jedyne, co mogła zrobić w tamtym momencie, to pilnować szczeniaków, więc byłem jej za to wdzięczny. Ponadto mnie ostrzegła, a gdybym się o tym nie dowiedział, prawdopodobnie skończyłoby się trochę kiepsko.
– Łapy… przecz… od moich szczeniaków! – zawołał sapiąc ciężko, przez co jedno zdanie podzielił na jakieś trzy człony.
Ostatkami sił próbowałem przeczołgać się w odwrotną stronę, jednak gdy zauważyłem, że nie przynosi to oczekiwanych efektów, po prostu przerzuciłem się na plecy i wolną stopą trafiłem go w głowę. Na początku, gdy zrobiłem to trochę lekko – co jak co, ale to jest jednak człowiek; chuj, ale człowiek – nie zareagował, jak gdyby był jakimś zmutowanym stworem. Potem zebrałem siłę w swoich kończynach, po czym walnąłem raz, a porządnie. I co? Odczepił się, a ja mogłem ze zdenerwowaniem wypisanym na twarzy dźwignąć się na nogi.
– Znajdź nas, gdy zaczniesz szanować ludzi. A co mówić zwierzęta… – Tymże akcentem odeszliśmy z pola bitwy, kierując się z rękami pełnymi zakupów do domu dziewczyny. Podczas spaceru postanowiliśmy, że to Lou będzie trzymać psiaki, a ja ponoszę torby. Było ich trochę, więc moja duma nie pozwoliła dziewczynie na trzymanie tych gratów.
Nie minęło piętnaście minut, a trafiliśmy do odpowiedniego budynku. Lou najpierw włożyła dłoń w poszukiwaniu brzęczącego pęku kluczy, a następnie włożyła odpowiedni kawałek metalu do zamka. Wiedziałem mniej więcej, co gdzie jest, więc rozgościłem się w zastraszająco szybkim tempie; wszedłem do kuchni i to tam odłożyłem zakupy, ignorując przez chwile dwa skamlące i kręcące się wokół moich nóg szczeniaki. Trzymając w ręku dwie miski i karmę, byłem dla nich niczym przewodnik, bo gdzie bym nie poszedł – tam nasze pociechy. Ostatecznie z tego powodu, że koszyk zostawiliśmy u mnie w apartamencie, miski z karmą postawiłem na miękkim dywanie. Kiedy zwierzęta zabrały się za jedzenie, radośnie trzęsąc uszami, rozejrzałem się w poszukiwaniu Lou. Widziałem, że rozmawiała z kimś na otwartym balkonie. Nie chciałem wyjść na niegrzecznego, więc nawet nie zamierzałem bawić się w podsłuchiwacza. Zwyczajnie poczekałem, jak skończy i tu przyjdzie. Tymczasem ja sobie usiadłem na kanapie, skacząc kilka razy sprawdziłem jej miękkość, i ostatecznie odpaliłem telewizor. Nic ciekawego; na tych samych kanałach leciały te same powtórki.
– Lee? – Zapytała jakby zdziwiona, że mnie tu widzi. Ale w jej twarzy było coś… dziwnego. Znaczy nic strasznego, po prostu przykuła moją uwagę swoim lekkim, ale ledwo skrywanym uśmiechem. Kto mógł do niej zadzwonić?
– Coś się stało, Lou? – Przymrużyłem oczy i niemal nie mogłem się powstrzymać, by nie zadać tego pytania.
– Nie, nic. – I jej uśmiech zszedł z twarzy, pozostał po nim tylko ślad. Gdy dziewczyna chciała przejść obok mnie i najprawdopodobniej mnie wyminąć, z głębokim westchnieniem i obojętnością na twarzy, złapałem ją za koszulkę.
– Nie wierzę – powiedziałem. – Spoko, możesz mi powiedzieć.
W tym momencie dokładnie spojrzałem na twarz dziewczyny, jakby chcąc wyrwać z nich prawdę, albo to była zwykła obawa przed tym, że może spróbować mnie okłamać. Ostatecznie po paru chwilach ciszy, Lou odetchnęła, odgarniając od siebie niepewność i chyba… niepokój. Nie wiem, słaby jestem w odczytywaniu emocji.
– Brat się ze mną skontaktował – wyznała, a ja poczułem, jakby w przekazie tego krótkiego zdania kryła się potężna moc, która sprawiła, że odchyliłem się ze zdziwienia. W jednej chwili przypomniałem sobie dziwnego, podobnego do Lou chłopaka. To było podczas wyprawy. Wtedy założyłem, że są ze sobą spokrewnieni, ale gdy tylko zapytałem go o to, spotkałem się z wielkim niezrozumieniem i kpiną. A przynajmniej tylko to zapamiętałem.
Jednak od razu nie wyznałem tego, co kisiło się w mojej głowie. Po prostu dalej ciągnąłem temat, zanim wypytam ją o szczegóły i wymienię się spostrzeżeniami.
– Ach, też niedawno dowiedziałem się, że mam brata. – Westchnąłem, a z moich ust ulotnił się cichy śmiech. Lou spojrzała na mnie zdziwiona. – Jest młodszy ode mnie, ale raczej o wiele silniejszy. – Pokręciłem głową, jakby przeżywając retrospekcję z tego dziwnego spotkania. Starałem się przywrócić emocje, które towarzyszyły mi w momencie, kiedy dowiedziałem się o tym niecodziennym fakcie. Jestem ciekaw, czy Lou też rozsadza taka nienaturalna euforia.
– I co, będziecie utrzymywać kontakt? – zapytałem.
(Lou?)
środa, 24 sierpnia 2016
Od Lee - C.D Lou
Kiedy tylko nawilżone maścią palce zetknęły się z moją obolałą skórą na plecach, zamknąłem oczy i prawdopodobnie, gdyby nie nagłe zaśnięcie mojej „masażystki”, nie zareagowałbym, a może nawet zasnął od tych mozolnych, powtarzających się ruchów i nieustającej ciszy. O jej upadku poinformował mnie krótki dźwięk ciała upadającego na chłodnawe panele. Lekko zdziwiony, od razu zerwałem się z miejsca i w jednym momencie zapomniałem o bólu, gdy tylko spojrzałem na śpiące oblicze dziewczyny. Ukucnąwszy przed nią, wsunąłem jedną rękę pod jej uda, a drugą ułożyłem gdzieś w okolicach pleców. Tak, to były plecy, bo wyraźnie czułem pasek od stanika, ale mniejsza o to. Ostatnie, co zrobiłem, to zebrałem w sobie siłę i razem z dziewczyną dźwignąłem się na nogi z lekkim stęknięciem. Cóż, szczerze to wydawało mi się, że będzie cięższa, biorąc pod uwagę rozmiar jej ładnych, kobiecych atutów, ale jednak troszeczkę się myliłem. Dziewczyna była leciutka, dlatego bez większych problemów udało mi się przenieść ją na łóżko.
(...) Sam nie wiedziałem, kiedy udało mi się zasnąć, ale obudziłem się oparty o łóżko, na którym smacznie spała Lou. Mimo że jakimś wybitnym kucharzem nie jestem, postanowiłem miło zaskoczyć mojego gościa i przygotować na śniadanie kilka porcji naleśników. Akurat w lodówce miałem potrzebne składniki, więc nic mnie przed tym nie powstrzymywało. No może godzina, która pory na śniadanie najwyraźniej nie wskazywała. Szczeniaki też leżakowały, ale niestety dla nich nie miałem specjalnych posiłków. Hmm, może dzisiaj przejdziemy się Lou po mieście i nieco uszczęśliwimy te nasze pociechy? Gdy przygotowałem sobie wszystkie produkty, powoli zaczynałem robić swoje. Rozbiłem parę jajek, dodałem mleko, parę pozostałych składników, aż w końcu to, co znajdowało się w przezroczystym naczyniu zaczęło przypominać ciasto na naleśniki. Rozgrzawszy patelnie, wlałem zawartość, na jaką powierzchnia mi pozwała i pomyślałem, że skoro mam trochę czasu to zajrzę do mojego gościa. W sumie wracając wspomnieniami do wczorajszego dnia: plecy nie bolały mnie już aż tak bardzo. Może jedynie w pojedynczych miejscach, gdzie maść nie zdołała dotrzeć, ale podsumowując: nie było tak tragicznie.
Zaglądając do pokoju, zobaczyłem siedzącą na skraju łóżka dziewczynę. Wyglądała na dość zmęczoną. Wspominała coś o tym, że szczeniaki źle znoszą samotność – czyżby tym wczoraj aż tak się zmęczyła, że zasnęła masując moje plecy? No nieźle.
– Wstawaj, księżniczko. Albo nie śpij na siedząco. – Podszedłem bliżej dużych, nowoczesnych okien, by odsunąć z nich zasłony, które blokowały górujące na zewnątrz słońce. Gdy tylko jego promienie oświetliły duże, szkarłatne oczy dziewczyny, ta szybko odwróciła się i ponownie nakryła grubą warstwą koca. A ja? Uśmiechnąłem się i jednocześnie mogłem nazwać szczęściarzem, że nie jestem zaspany jak ona.
– Nie zmuszaj mnie, bym użył bardziej drastycznych środków. – W tym momencie zawahałem się, zanim chwyciłem za skrawek koca i ściągnąłem go jednym, zwinnym ruchem. Co jeśli... znowu jest naga? Kto wie, co się działo w nocy! Ona ma dziwne zwyczaje. Znaczy wiedziałem tylko o jednym, że nie lubi spać w ubraniach. Raz się żyje – i właśnie wtedy pociągnąłem za koc, przyciągając go do siebie. Na moje szczęście dziewczyna była w tych samych ubraniach, co wczoraj. Miała naprawdę twardy sen, ale wydawała się z niego wybudzać. Powoli, ale wybudzać.
– Jeszcze pięć minut... – szepnęła głosem stłumionym przez poduszkę.
– Śniadanie na stole. – Tymże akcentem, z fartuszkiem na biodrach wróciłem do kuchni, gdzie powinienem się znaleźć dużo wcześniej. W ostatniej chwili udało mi się wyciągnąć mocno przypieczonego naleśnika. Skoro mi się nie udał to pomyślałem, że będzie należeć do mnie. Drugi wyszedł już lepiej, ponieważ pilnując go, byłem cały czas w obszarze kuchni. I tak oto powstał cały talerz przyozdobiony różnymi syropami, bitą śmietaną i owocami, na które – mam nadzieję – że Lou nie ma żadnej alergii. Ostatnie nawoływanie dziewczyny okazało się najskuteczniejsze, ponieważ pojawiła się przy stole parę minut później. Podczas gdy gość zabierał się za kolejne porcje, ja sprzątałem syf jaki wcześniej pozostawiłem. Co jak co, ale ja nie byłbym sobą, gdybym nie zwrócił uwagi na ten bałagan.
– Wyglądasz jakbyś wczoraj popiła. Coś mnie ominęło? – Zmywając ostatnie naczynia, wypuściłem z siebie krótki śmiech.
– Alkohol? Nigdy w życiu! Co najwyżej mogłam się nawdychać płynu do mycia podłóg. – I wrócił ten sam humor dziewczyny, który lubiłem. Co prawda dziwiło mnie lekko to, że tak bardzo stroniła od alkoholu. I to nie pierwszy raz przyłapuje się na tym stwierdzeniu. Mogłem zacząć się martwić, ale po prostu pomyślałem, że nie każdy lubi alkohol i – na przykład – jego skutki uboczne.
(...) Nie wiem jak to się działo, ale z Lou spędziłem już bez przerwy jakieś dwa dni. Po wspólnym zjedzeniu całej porcji naleśników, nasze brzuchy prawdopodobnie były już pełne. Dziewczyna musiała na chwilę wyjść, bo stwierdziła, że musi się trochę ogarnąć, kobiety... A ja po prostu zgodnie z umówionym planem, który wcześniej obmyśliliśmy, zaczekałem ze szczeniakami przed budynkiem, w jakim mieszkaliśmy. Jak się tego spodziewałem, Lou przyszła już w pełni ogarnięta, w nowych ubraniach i w ogóle. Z uśmiechem na ustach przekazałem jej białą sunię, którą od razu utuliła w okolicach swoich piersi.Zazdrościłem szczeniakowi...
Z zamyśleń wyrwał mnie aksamitny głos dziewczyny.
– Hej, spójrz. – Lou szarpnęła mnie za koszulkę, bym zwrócił uwagę na jej znalezisko. Gdy tylko przekręciłem głowę, starając się dostrzec to, co ona, dostrzegłem plakat, na którym spoczywał wizerunek dwóch szczeniąt. Jeden biały, a drugi czarny. Oba znajdowały się na szarym, brudnym kocu na tle powycieranego, niechlujnego pudełka. Nie musiałem długo przyjmować do wiadomości to, że zwierzęta spoczywające na obrazku to te, które teraz trzymamy na rękach. I szukał ich właściciel... Mimo mojego zdenerwowania, całą sytuację skomentowałem pytaniem:
– Więc kto głupi wystawia szczeniaki na ulice, by potem zacząć ich szukać?
– Nie wiem, ale... – Lou przytuliła z troską swojego szczeniaka. – Nie chcę ich oddawać...
– Ja też nie chcę. – Westchnąwszy, w jednej chwili pomyślałem, że przytulenie dziewczyny nie będzie najgorszym pomysłem na okazanie wsparcia. Jesteśmy w tym razem, nie? Też nie zamierzam oddać tych szczeniaków, bo czułem z nimi pewną więź... a ponadto, kochałem pieski. Właściciel w ogóle mnie nie przekonywał, biorąc pod uwagę zdjęcie, które wybrał. Nie prezentowało ono zbyt dobrych warunków. Wracając do tego, o czym wcześniej myślałem: delikatnie objąłem jedną ręką dziewczynę (bo w drugiej miałem szczeniaka). Aż mnie zdziwiło, że zbytnio się nie stawiała, ale w tej chwili nie chciałem wyjść na... zboczeńca? Dobre słowo?
(Lou? Nie czytałam drugi raz, więc mogą zdarzyć mi się małe wpadki xD)
(...) Sam nie wiedziałem, kiedy udało mi się zasnąć, ale obudziłem się oparty o łóżko, na którym smacznie spała Lou. Mimo że jakimś wybitnym kucharzem nie jestem, postanowiłem miło zaskoczyć mojego gościa i przygotować na śniadanie kilka porcji naleśników. Akurat w lodówce miałem potrzebne składniki, więc nic mnie przed tym nie powstrzymywało. No może godzina, która pory na śniadanie najwyraźniej nie wskazywała. Szczeniaki też leżakowały, ale niestety dla nich nie miałem specjalnych posiłków. Hmm, może dzisiaj przejdziemy się Lou po mieście i nieco uszczęśliwimy te nasze pociechy? Gdy przygotowałem sobie wszystkie produkty, powoli zaczynałem robić swoje. Rozbiłem parę jajek, dodałem mleko, parę pozostałych składników, aż w końcu to, co znajdowało się w przezroczystym naczyniu zaczęło przypominać ciasto na naleśniki. Rozgrzawszy patelnie, wlałem zawartość, na jaką powierzchnia mi pozwała i pomyślałem, że skoro mam trochę czasu to zajrzę do mojego gościa. W sumie wracając wspomnieniami do wczorajszego dnia: plecy nie bolały mnie już aż tak bardzo. Może jedynie w pojedynczych miejscach, gdzie maść nie zdołała dotrzeć, ale podsumowując: nie było tak tragicznie.
Zaglądając do pokoju, zobaczyłem siedzącą na skraju łóżka dziewczynę. Wyglądała na dość zmęczoną. Wspominała coś o tym, że szczeniaki źle znoszą samotność – czyżby tym wczoraj aż tak się zmęczyła, że zasnęła masując moje plecy? No nieźle.
– Wstawaj, księżniczko. Albo nie śpij na siedząco. – Podszedłem bliżej dużych, nowoczesnych okien, by odsunąć z nich zasłony, które blokowały górujące na zewnątrz słońce. Gdy tylko jego promienie oświetliły duże, szkarłatne oczy dziewczyny, ta szybko odwróciła się i ponownie nakryła grubą warstwą koca. A ja? Uśmiechnąłem się i jednocześnie mogłem nazwać szczęściarzem, że nie jestem zaspany jak ona.
– Nie zmuszaj mnie, bym użył bardziej drastycznych środków. – W tym momencie zawahałem się, zanim chwyciłem za skrawek koca i ściągnąłem go jednym, zwinnym ruchem. Co jeśli... znowu jest naga? Kto wie, co się działo w nocy! Ona ma dziwne zwyczaje. Znaczy wiedziałem tylko o jednym, że nie lubi spać w ubraniach. Raz się żyje – i właśnie wtedy pociągnąłem za koc, przyciągając go do siebie. Na moje szczęście dziewczyna była w tych samych ubraniach, co wczoraj. Miała naprawdę twardy sen, ale wydawała się z niego wybudzać. Powoli, ale wybudzać.
– Jeszcze pięć minut... – szepnęła głosem stłumionym przez poduszkę.
– Śniadanie na stole. – Tymże akcentem, z fartuszkiem na biodrach wróciłem do kuchni, gdzie powinienem się znaleźć dużo wcześniej. W ostatniej chwili udało mi się wyciągnąć mocno przypieczonego naleśnika. Skoro mi się nie udał to pomyślałem, że będzie należeć do mnie. Drugi wyszedł już lepiej, ponieważ pilnując go, byłem cały czas w obszarze kuchni. I tak oto powstał cały talerz przyozdobiony różnymi syropami, bitą śmietaną i owocami, na które – mam nadzieję – że Lou nie ma żadnej alergii. Ostatnie nawoływanie dziewczyny okazało się najskuteczniejsze, ponieważ pojawiła się przy stole parę minut później. Podczas gdy gość zabierał się za kolejne porcje, ja sprzątałem syf jaki wcześniej pozostawiłem. Co jak co, ale ja nie byłbym sobą, gdybym nie zwrócił uwagi na ten bałagan.
– Wyglądasz jakbyś wczoraj popiła. Coś mnie ominęło? – Zmywając ostatnie naczynia, wypuściłem z siebie krótki śmiech.
– Alkohol? Nigdy w życiu! Co najwyżej mogłam się nawdychać płynu do mycia podłóg. – I wrócił ten sam humor dziewczyny, który lubiłem. Co prawda dziwiło mnie lekko to, że tak bardzo stroniła od alkoholu. I to nie pierwszy raz przyłapuje się na tym stwierdzeniu. Mogłem zacząć się martwić, ale po prostu pomyślałem, że nie każdy lubi alkohol i – na przykład – jego skutki uboczne.
(...) Nie wiem jak to się działo, ale z Lou spędziłem już bez przerwy jakieś dwa dni. Po wspólnym zjedzeniu całej porcji naleśników, nasze brzuchy prawdopodobnie były już pełne. Dziewczyna musiała na chwilę wyjść, bo stwierdziła, że musi się trochę ogarnąć, kobiety... A ja po prostu zgodnie z umówionym planem, który wcześniej obmyśliliśmy, zaczekałem ze szczeniakami przed budynkiem, w jakim mieszkaliśmy. Jak się tego spodziewałem, Lou przyszła już w pełni ogarnięta, w nowych ubraniach i w ogóle. Z uśmiechem na ustach przekazałem jej białą sunię, którą od razu utuliła w okolicach swoich piersi.
Z zamyśleń wyrwał mnie aksamitny głos dziewczyny.
– Hej, spójrz. – Lou szarpnęła mnie za koszulkę, bym zwrócił uwagę na jej znalezisko. Gdy tylko przekręciłem głowę, starając się dostrzec to, co ona, dostrzegłem plakat, na którym spoczywał wizerunek dwóch szczeniąt. Jeden biały, a drugi czarny. Oba znajdowały się na szarym, brudnym kocu na tle powycieranego, niechlujnego pudełka. Nie musiałem długo przyjmować do wiadomości to, że zwierzęta spoczywające na obrazku to te, które teraz trzymamy na rękach. I szukał ich właściciel... Mimo mojego zdenerwowania, całą sytuację skomentowałem pytaniem:
– Więc kto głupi wystawia szczeniaki na ulice, by potem zacząć ich szukać?
– Nie wiem, ale... – Lou przytuliła z troską swojego szczeniaka. – Nie chcę ich oddawać...
– Ja też nie chcę. – Westchnąwszy, w jednej chwili pomyślałem, że przytulenie dziewczyny nie będzie najgorszym pomysłem na okazanie wsparcia. Jesteśmy w tym razem, nie? Też nie zamierzam oddać tych szczeniaków, bo czułem z nimi pewną więź... a ponadto, kochałem pieski. Właściciel w ogóle mnie nie przekonywał, biorąc pod uwagę zdjęcie, które wybrał. Nie prezentowało ono zbyt dobrych warunków. Wracając do tego, o czym wcześniej myślałem: delikatnie objąłem jedną ręką dziewczynę (bo w drugiej miałem szczeniaka). Aż mnie zdziwiło, że zbytnio się nie stawiała, ale w tej chwili nie chciałem wyjść na... zboczeńca? Dobre słowo?
(Lou? Nie czytałam drugi raz, więc mogą zdarzyć mi się małe wpadki xD)
wtorek, 23 sierpnia 2016
Od Lee - C.D Lou
Na początku nie traktowałem zbyt poważnie tego treningu. Dopiero po jakimś czasie, gdy Lou zaczęła dobrze korzystać z moich wskazówek, powiedziałem sobie, że może jednak zabawię się trochę w surowego trenera. No co! Mogę używać tego tytułu, skoro moja towarzyszka tak szybko się uczy. Byłem doskonałą motywacją. Myślę, że mimo dwóch pierwszych spudłowań, nie poddałaby się tak szybko. Miała w sobie pewnego rodzaju samozaparcie i na pewno widoczne powody, dla których chcę zdobyć te kilka koszy. Wystarczyło nazwać ją wtedy beznadziejną w tej kwestii, a wzięła się w garść i próbowała, dopóki nie zaczęło jej się to udawać. Doprawdy, lubię takie podejście... za to nienawidzę, kiedy ktoś się poddaje.
I w końcu – po paru nieszczęśliwych pudłach, tupnięć nogą o parkiet – udało jej się zdobyć pierwszy kosz, a potem drugi, trzeci... byłem pod niemałym wrażeniem. Cieszyłem się, że w końcu dopięła swego, a to nieprawdopodobne uczucie, kiedy widzisz, że komuś się coś udaję i miałeś w tym swój udział. Nabrałem także przekonania, że podczas rozgrywek bardziej da się dostrzec doświadczenie, taktyki i reakcje gracza, niż kiedy ta sama osoba po prostu rzuca przed koszem. A Lou naprawdę nieźle sobie radziła, nawet niektóre jej zwody były całkiem skuteczne. Graliśmy tak oraz przebijaliśmy się punktami, dopóki nie potknąłem się o nogę Lou i nie upadłem ciężko na troszeczkę wilgotny parkiet. Normalnie narzekałbym, gdybym okazał się taką łamagą, ale teraz, kiedy sytuacja była... inna, mogłem tylko nazwać się szczęściarzem. Prawie zapomniałem o doskwierającym bólu ramion i kręgosłupa, czując na swojej klatce piersiowej ciepło odbijające się od odkrytej skóry mojej towarzyszki. Z jej dekoltu – pominąć, że z tej perspektywy widziałem go bardzo dokładnie – niesłyszalnie skapywały małe kropelki potu, które upadały na moją czerwoną, luźną koszulkę. Zanim jednak dałem znak, że żyję, udałem upadek na głowę. Dziewczyna po chwili zwłoki najpierw przyłożyła swoje ucho do klatki piersiowej, a gdy usłyszała w niej bicie serca, chwyciła mnie za ramiona i lekko zatrzęsła. A ja? Nie mogłem powstrzymać śmiechu, dlatego już po kilku momentach nie potrafiłem tego w sobie tłamsić, i otworzywszy jedno oczko, wypuściłem z ust parę chichotów.
– Haha, niee. – Podparłem się na łokciach, w efekcie czego nasze twarze dzieliły zaledwie centymetry. Z tej odległości poczucie jej gorącego oddechu nie było niczym trudnym. – Wszystko doskonale, zważywszy na okoliczności – dodałem, puszczając dziewczynie oczko i momentalnie przesuwając spojrzenie... nieco w dół. Na piersi. Ale to była chwila!
Lou natychmiast odskoczyła, jakby urażona, ale bynajmniej nie z tego powodu, że patrzę na jej klatkę piersiową.
– Ja się o ciebie martwię jak jakaś głupia, a ty sobie ze mnie żarty stroisz. Myślisz, że mnie to śmieszy? To się kurwa mylisz – warknęła cicho, odwracając głowę w przeciwną stronę i zanim całkiem się na mnie obraziła, wstała na równe nogi. W tym czasie zdążyłem zatrzymać tę karuzelę śmiechu i również się dźwignąć. Otrzepałem się z niewidzialnego kurzu, i wtedy postanowiłem ją jakoś... udobruchać?
– Hej, przepraszam! Nie sądziłem, że tak się mną przejmiesz. – Drapiąc się nerwowo po karku, posłałem dziewczynie niewinny uśmiech takiego dziecka, który coś przeskrobał. No naprawdę! Nie miałem pojęcia, że zareaguje aż tak poważnie. – Lou...? – Podchodziłem dyskretnie do dziewczyny, jak gdybym bał się tego, że nagle się odwróci i mnie uderzy. W sumie byłem dużo wyższy od niej, więc nawet jakby chciała zrobić to bardzo szybko, pewnie nie trafiłaby za pierwszym razem. No chyba, że wypisała sobie mój wzrost na... no, gdzieś.
Gdy zarejestrowałem, że moje słowa za przeproszeniem gówno dają, nie przerywałem swojego cichutkiego podchodzenia. Lou założyła ręce na klatkę piersiową i zdawała się być pogrążona we własnych, postrzępionych moją akcją myślach. W pewnym momencie chwyciłem ją za nadgarstek, tym samym przyciągając dziewczynę bliżej siebie. Zdziwiona utrzymała swój wzrok na mnie przez dosłownie sekundę, po czym znowu schowała go w podłodze.
– Odezwij się. – Nadal roześmiany, podjąłem te ryzykowne kroki i za chwilę moja dłoń powędrowała pod jej podbródek, nieznacznie go unosząc. Dopiero wtedy zdołałem ujrzeć jej wzrok.
I nagle stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewał, mimo tego, że znam ją dość krótko. Mianowicie dziewczyna zalana rumieńcem odwróciła się, i z naburmuszeniem rzekła:
– Co ty wyprawiasz?
O nie, a miałem takie fajne plany... może trochę przesadziłem? Chociaż szczerze powiedziawszy to wydawało mi się, że ona jest bardziej śmiała w tej kwestii. Hm hm, może ktoś, kto znajduje się w tym pomieszczeniu tak na nią działa? To pytanie, na które szybko nie znajdę odpowiedzi. I z zamyślenia wybiły mnie kroki przychodzące zza rogu.
– Halo, gołąbeczki! Czas się kończy – poinformował mężczyzna, i wtedy nie pozostało nam nic innego, jak tylko zapomnieć o tej sprawie oraz pójść się przebrać.
(...) Postanowiliśmy, że po prysznicu i wbiciu się w poprzednie ciuchy poczekamy na siebie przy wyjściu. Chwili naszego spotkania towarzyszył już wysoko królujący księżyc, wokół którego świetliście tańczyło milion gwiazd. Miasto było widoczne jedynie dzięki kilku neonowym szyldom i niektórym lampom stojącym między ulicami. Ostatecznie wybraliśmy drogę do mojego domu, bo było bliżej, a wiadomo, że o tej porze różni ludzie się kręcą. Nie musieliśmy długo zapełniać czasu, bo po zaledwie piętnastu minutach znaleźliśmy się przed moimi drzwiami. Wyszukałem brzęczący w kieszeni klucz, włożyłem go do zamka, a kiedy usłyszałem charakterystyczny dźwięk, popchnąłem je.
– Tam jest salon. – Wskazałem dziewczynie pomieszczenie połączone z kuchnią.
Ja natomiast zatrzymałem się w korytarzu, gdzie wisiało lustro. Zdjąłem z siebie koszulkę i cudem próbowałem dostrzec jakiekolwiek ślady po tym upadku, bo na pewno siniaki zostaną. Robiłem to jednak tak nieudolnie, że po chwili – chcąc nie chcąc – z moich ust wydobyła się prośba:
– Lou? Mogłabyś coś sprawdzić? – Gdy znalazła się za mną, dokładnie napiąłem mięśnie, by dziewczyna dotykając ich, mogła stwierdzić czy mnie coś boli. Znaczy to ja sprawdzę, bo przecież ona nie czuję tego co ja.
(Lou?)
I w końcu – po paru nieszczęśliwych pudłach, tupnięć nogą o parkiet – udało jej się zdobyć pierwszy kosz, a potem drugi, trzeci... byłem pod niemałym wrażeniem. Cieszyłem się, że w końcu dopięła swego, a to nieprawdopodobne uczucie, kiedy widzisz, że komuś się coś udaję i miałeś w tym swój udział. Nabrałem także przekonania, że podczas rozgrywek bardziej da się dostrzec doświadczenie, taktyki i reakcje gracza, niż kiedy ta sama osoba po prostu rzuca przed koszem. A Lou naprawdę nieźle sobie radziła, nawet niektóre jej zwody były całkiem skuteczne. Graliśmy tak oraz przebijaliśmy się punktami, dopóki nie potknąłem się o nogę Lou i nie upadłem ciężko na troszeczkę wilgotny parkiet. Normalnie narzekałbym, gdybym okazał się taką łamagą, ale teraz, kiedy sytuacja była... inna, mogłem tylko nazwać się szczęściarzem. Prawie zapomniałem o doskwierającym bólu ramion i kręgosłupa, czując na swojej klatce piersiowej ciepło odbijające się od odkrytej skóry mojej towarzyszki. Z jej dekoltu – pominąć, że z tej perspektywy widziałem go bardzo dokładnie – niesłyszalnie skapywały małe kropelki potu, które upadały na moją czerwoną, luźną koszulkę. Zanim jednak dałem znak, że żyję, udałem upadek na głowę. Dziewczyna po chwili zwłoki najpierw przyłożyła swoje ucho do klatki piersiowej, a gdy usłyszała w niej bicie serca, chwyciła mnie za ramiona i lekko zatrzęsła. A ja? Nie mogłem powstrzymać śmiechu, dlatego już po kilku momentach nie potrafiłem tego w sobie tłamsić, i otworzywszy jedno oczko, wypuściłem z ust parę chichotów.
– Haha, niee. – Podparłem się na łokciach, w efekcie czego nasze twarze dzieliły zaledwie centymetry. Z tej odległości poczucie jej gorącego oddechu nie było niczym trudnym. – Wszystko doskonale, zważywszy na okoliczności – dodałem, puszczając dziewczynie oczko i momentalnie przesuwając spojrzenie... nieco w dół. Na piersi. Ale to była chwila!
Lou natychmiast odskoczyła, jakby urażona, ale bynajmniej nie z tego powodu, że patrzę na jej klatkę piersiową.
– Ja się o ciebie martwię jak jakaś głupia, a ty sobie ze mnie żarty stroisz. Myślisz, że mnie to śmieszy? To się kurwa mylisz – warknęła cicho, odwracając głowę w przeciwną stronę i zanim całkiem się na mnie obraziła, wstała na równe nogi. W tym czasie zdążyłem zatrzymać tę karuzelę śmiechu i również się dźwignąć. Otrzepałem się z niewidzialnego kurzu, i wtedy postanowiłem ją jakoś... udobruchać?
– Hej, przepraszam! Nie sądziłem, że tak się mną przejmiesz. – Drapiąc się nerwowo po karku, posłałem dziewczynie niewinny uśmiech takiego dziecka, który coś przeskrobał. No naprawdę! Nie miałem pojęcia, że zareaguje aż tak poważnie. – Lou...? – Podchodziłem dyskretnie do dziewczyny, jak gdybym bał się tego, że nagle się odwróci i mnie uderzy. W sumie byłem dużo wyższy od niej, więc nawet jakby chciała zrobić to bardzo szybko, pewnie nie trafiłaby za pierwszym razem. No chyba, że wypisała sobie mój wzrost na... no, gdzieś.
Gdy zarejestrowałem, że moje słowa za przeproszeniem gówno dają, nie przerywałem swojego cichutkiego podchodzenia. Lou założyła ręce na klatkę piersiową i zdawała się być pogrążona we własnych, postrzępionych moją akcją myślach. W pewnym momencie chwyciłem ją za nadgarstek, tym samym przyciągając dziewczynę bliżej siebie. Zdziwiona utrzymała swój wzrok na mnie przez dosłownie sekundę, po czym znowu schowała go w podłodze.
– Odezwij się. – Nadal roześmiany, podjąłem te ryzykowne kroki i za chwilę moja dłoń powędrowała pod jej podbródek, nieznacznie go unosząc. Dopiero wtedy zdołałem ujrzeć jej wzrok.
I nagle stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewał, mimo tego, że znam ją dość krótko. Mianowicie dziewczyna zalana rumieńcem odwróciła się, i z naburmuszeniem rzekła:
– Co ty wyprawiasz?
O nie, a miałem takie fajne plany... może trochę przesadziłem? Chociaż szczerze powiedziawszy to wydawało mi się, że ona jest bardziej śmiała w tej kwestii. Hm hm, może ktoś, kto znajduje się w tym pomieszczeniu tak na nią działa? To pytanie, na które szybko nie znajdę odpowiedzi. I z zamyślenia wybiły mnie kroki przychodzące zza rogu.
– Halo, gołąbeczki! Czas się kończy – poinformował mężczyzna, i wtedy nie pozostało nam nic innego, jak tylko zapomnieć o tej sprawie oraz pójść się przebrać.
(...) Postanowiliśmy, że po prysznicu i wbiciu się w poprzednie ciuchy poczekamy na siebie przy wyjściu. Chwili naszego spotkania towarzyszył już wysoko królujący księżyc, wokół którego świetliście tańczyło milion gwiazd. Miasto było widoczne jedynie dzięki kilku neonowym szyldom i niektórym lampom stojącym między ulicami. Ostatecznie wybraliśmy drogę do mojego domu, bo było bliżej, a wiadomo, że o tej porze różni ludzie się kręcą. Nie musieliśmy długo zapełniać czasu, bo po zaledwie piętnastu minutach znaleźliśmy się przed moimi drzwiami. Wyszukałem brzęczący w kieszeni klucz, włożyłem go do zamka, a kiedy usłyszałem charakterystyczny dźwięk, popchnąłem je.
– Tam jest salon. – Wskazałem dziewczynie pomieszczenie połączone z kuchnią.
Ja natomiast zatrzymałem się w korytarzu, gdzie wisiało lustro. Zdjąłem z siebie koszulkę i cudem próbowałem dostrzec jakiekolwiek ślady po tym upadku, bo na pewno siniaki zostaną. Robiłem to jednak tak nieudolnie, że po chwili – chcąc nie chcąc – z moich ust wydobyła się prośba:
– Lou? Mogłabyś coś sprawdzić? – Gdy znalazła się za mną, dokładnie napiąłem mięśnie, by dziewczyna dotykając ich, mogła stwierdzić czy mnie coś boli. Znaczy to ja sprawdzę, bo przecież ona nie czuję tego co ja.
(Lou?)
niedziela, 21 sierpnia 2016
Od Lee - C.D Lou
Pierwszy raz od tak bardzo dawna dane mi było usłyszeć odgłosy twardej, pomarańczowej piłki, która ciężko uderzała o betonową posadzkę. Stanowiła dla mnie pewnego rodzaju zastrzyk energii, i gdy tylko wymacałem dokładnie całą jej kulistą budowę, czułem, jakby cała moc kryta gdzieś w czeluściach mojego ciała, nagle znalazła ujście i mnie zasiliła. Wszystko mi się przypomniało... i mimo że Lou nie była jakaś wielce doświadczona, bawiłem się świetnie z nią w drużynie. Dodatkowo mogłem pokazać tym idiotom parę zasad, a przede wszystkim taką jedną, trochę absurdalną: kobiety powinno się szanować, szczególnie wtedy, kiedy Lee jest w pobliżu. Ot co.
Zapewnienie nam zwycięstwa w ciągu tych... może trzydziestu minut, nie było dla mnie trudne, bo miałem przy sobie rozpraszającą dziewczynę. Jedynym kłopotem okazywał się moment, w którym przeciwnicy zdobywali piłki, a ja byłem na drugim końcu boiska, czyli nie miałam czasu na interwencję. No cudem się tam nie znajdę... Nie widziałem potrzeby, aby używać swojej Arcany, bo zwyczajnie straciłbym moc, którą mógłbym kiedyś poświęcić na coś innego. No... w sumie to końcowe „zagranie” Lou było na tyle zabawne, że zaniosłem się głośnym śmiechem.
(...) Gdy wygraliśmy, moja towarzyszka poszła odnieść piłki i przy okazji zostawiła mnie z tymi wszystkimi oprawcami. Doprawdy, ostatnią rzeczą na jaką miałem ochotę, to rozmawiać z nimi.
– Nieźle grasz, kolego. – Jeden z nich poklepał mnie po plecach. Byłem niemalże tego samego wzrostu co oni, więc nie czułem się jakiś osaczony.
– Starczy, muszę iść – powiedziałem srogo, podczas gdy mój wzrok całkiem mijał się z mężczyznami. Zamiast tego wypatrywał Lou, która prawdopodobnie miała wrócić kilka dobrych minut temu. Nie powinna sama tu łazić.
– Czekaj, czekaj! Wiesz... z Kurt'em mamy nadzieję, że ta laseczka jest lepsza w łóżku niż w tę grę – zaśmiał się po nosem. Wprawdzie normalnie bym to zignorował... a teraz? Nie wiem co we mnie pękło, że w tak zastraszającym tempie ściskałem mocno kołnierz od jego koszulki, patrząc lodowatym spojrzeniem w jego parszywe oczy.
Widząc jednak, że niespodziewanie jeden z koszykarzy zmierza do zaułku, gdzie miała być moja towarzyszka, puściłem konfidenta i ignorując niemal wszystkie bodźce, ruszyłem szybkim krokiem w tamtym kierunku.
Widok Lou z tym palantem na dosłownie sekundę wprawił mnie w osłupienie. Wystarczyło, że powiedział coś, czego nie powinien, a wciąłem się w rozmowę:
– Teraz pożałujesz tego maleńka. Twój kolega ci nie pomoże – szepnął i coraz bardziej naparł swoją masą na dziewczynę, która wydawała się być przy nim kimś naprawdę drobnym i bezbronnym. – Moi koledzy zapewnili mu zabawę. – Uśmiechnął się obleśnie i boleśnie złapał jej nadgarstki. Czyżby on NAPRAWDĘ zamierzał ją zgwałcić? Zrobić coś złego?
– Ależ twoi koledzy są nudni… – W końcu postanowiłem wkroczyć do akcji. Teatralnie wzdychając, zwróciłem na sobie uwagę mężczyzny, tym samym pozwalając Lou na wykorzystanie chwili jego nieuwagi i wydostanie się z objęć.
(...) Jakiś czas później było po wszystkim. Ruszyliśmy dalej stroną szerokich chodników, i w sumie chyba nikt nie zamierzał nic powiedzieć.
– Co teraz? – Zerknąłem na nią.
– Może nauczysz mnie rzucać porządnie do kosza? – Uśmiechem sprawiła, że mój wzrok natychmiastowo zatrzymał się na jej ustach. A pytanie? Cóż... wracając do niego, to byłem jednocześnie zdziwiony i zaintrygowany. Noo, z tego może coś wyjść ciekawego.
– Hmm? A co będę z tego miał? – Wcale mi na tym nie zależało. Po prostu pomyślałem, że chciałbym posłuchać, co ma do powiedzenia.
Dziewczyna zastanowiła się chwilę, a jej jasne włosy niemal topiły się w pomarańczowym blasku zachodzącego słońca.
– Przyjemność z faktu, że mnie czegoś nauczyłeś? – Wyszczerzyła się ładnie, i to w sumie mi wystarczało, bo w odpowiedzi jedynie zatarłem ręce.
– No to teraz mów do mnie „Panie trenerze”. – Napakowałem w te słowa tyle sarkazmu, ile wlezie, po czym wybuchłem cichą eksplozją śmiechu.
– To kiedy zaczynamy?
– Hmm, od teraz? – Puściwszy dziewczynie oczko, wskazałem głową na halę sportową, która znajdowała się dosłownie na przeciwko nas. No chyba nie myślicie, że ja bym tyle czasu poświęcił, by iść gdzie mi się żywnie podoba. Miałem określony cel, ale chyba Lou nie zdążyła się zorientować. Miałem szczęście, że w tej kwestii nie była uparta. Zwyczajnie zrobiła dzióbek z ust w akcie zdziwienia, a potem weszła za mną do budynku. Wypożyczyliśmy piłkę i jak się później okazało, parkiet był tylko nasz. Światła rzucane na porządnie wypolerowany gumolit sprawiały wrażenie, jak gdybym stał na prawdziwym boisku i za chwilę miał swój pierwszy mecz. Marzenia. Zanim jednak dostaliśmy stroje, wykorzystaliśmy ten czas oczekiwań, by chwilę porozmawiać.
– Wiesz... kiedy oni oznaczyli cię jako wygraną... – zacząłem, nie mając zbyt wielu słów by opisać to, co chcę przekazać – to było po prostu idiotyczne. Nie jesteś rzeczą. To było głupie, że w ogóle się zgodziliśmy...
– Hej, Lee. – Nagle złapała mnie za ramie, a na jej twarz wkradł się uspokajający uśmiech. – To tylko zabawa, nie przejmuj się. Ale przyznaj, że było śmiesznie – dodała.
– No tak... było. – Mimo chęci, nie potrafiłem się w tamtym momencie uśmiechnąć. Po prostu to byłoby debilne, gdybyśmy przegrali i Lou musiałaby... zgodzić się na wszystko, co oni jej rozkażą... Pff! Nie pozwoliłbym na to. Nawet, jeśli te dziesięć punktów nie należałoby do nas.
Moje modlitwy po paru momentach zostały wysłuchane, i nie dając ani jednej chwili wytchnienia, pojawił się pracujący mężczyzna, który dał nam stroje do koszykówki oraz zaprowadził do szatni. Mój kostium był luźny i w sumie niczym nie różnił się od tych, które dostają prawdziwi zawodnicy. Czerwony z paroma białymi paskami. Natomiast Lou... no, hihi, muszę przyznać, że właściciel tego budynku ma głowę. Ale jest też dużym zbokiem. Dwuczęściowy, ładnie przylegający do ciała strój idealnie pasował do zachęcającej figury Lou i gdy tylko dziewczyna wyszła z szatni, dla żartu zaniosłem się cichym „uuu...”. No co? Było na co popatrzeć.
– Więc jak, panie trenerze? – Nałożyła nacisk na dwa ostatnie słowa, które najwyraźniej kierowały się do mnie.
– Chcesz porządnie rzucać czy nauczyć się grać od podstaw? – Zapytałem, siadając na trybunach. – Co nie zmienia faktu, że zacząłbym od bardzo intensywnej rozgrzewki... – W tym momencie posłałem dziewczynie perlisty uśmiech, który chyba mówił wszystko. Ach, Lee, ty kawalarzu stary. – Jeśli chcesz rzucać, to jest kilka sposób. – Wyskoczywszy jak z procy, podbiegłem za dziewczynę i dałem jej piłkę do ręki. Stanąłem sobie za jej plecami i zacząłem omawiać różne rzeczy, które w tamtym momencie dotyczyły technik i w ogóle te sprawy.
– Stopy rozstawione na szerokość bioder, stopy równolegle do siebie, jedna stopa lekko z przodu, nogi ugięte we wszystkich stawach, plecy proste, tułów lekko pochylony do przodu. Jeśli trafianie sprawia ci problemy, to możesz rzucać układając dłonie w literę „T” – powiedziałem, mając nadzieję, że dla dziewczyny ten sposób będzie równie prosty, co dla mnie, gdy byłem o wiele młodszy. I nie byłym sobą, gdybym w pewien sposób nie objął Lou. (Objął? Dobre słowo?) W każdym razie, by pokazać jej jak to mniej więcej wygląda, położyłem od tyłu głowę na jej ramieniu (żeby lepiej widzieć z jej perspektywy) i złapałem za rękę, którą miała rzucić piłkę. Mimo że jej oddech i perfumy delikatnie mnie rozpraszały, starałem się nie pokazać jako ktoś płytki. No bo co! Nie byłem płytki... jestem po prostu facetem i takie widoki czasami wywierają na mnie wrażenie.
(Lou?)
Zapewnienie nam zwycięstwa w ciągu tych... może trzydziestu minut, nie było dla mnie trudne, bo miałem przy sobie rozpraszającą dziewczynę. Jedynym kłopotem okazywał się moment, w którym przeciwnicy zdobywali piłki, a ja byłem na drugim końcu boiska, czyli nie miałam czasu na interwencję. No cudem się tam nie znajdę... Nie widziałem potrzeby, aby używać swojej Arcany, bo zwyczajnie straciłbym moc, którą mógłbym kiedyś poświęcić na coś innego. No... w sumie to końcowe „zagranie” Lou było na tyle zabawne, że zaniosłem się głośnym śmiechem.
(...) Gdy wygraliśmy, moja towarzyszka poszła odnieść piłki i przy okazji zostawiła mnie z tymi wszystkimi oprawcami. Doprawdy, ostatnią rzeczą na jaką miałem ochotę, to rozmawiać z nimi.
– Nieźle grasz, kolego. – Jeden z nich poklepał mnie po plecach. Byłem niemalże tego samego wzrostu co oni, więc nie czułem się jakiś osaczony.
– Starczy, muszę iść – powiedziałem srogo, podczas gdy mój wzrok całkiem mijał się z mężczyznami. Zamiast tego wypatrywał Lou, która prawdopodobnie miała wrócić kilka dobrych minut temu. Nie powinna sama tu łazić.
– Czekaj, czekaj! Wiesz... z Kurt'em mamy nadzieję, że ta laseczka jest lepsza w łóżku niż w tę grę – zaśmiał się po nosem. Wprawdzie normalnie bym to zignorował... a teraz? Nie wiem co we mnie pękło, że w tak zastraszającym tempie ściskałem mocno kołnierz od jego koszulki, patrząc lodowatym spojrzeniem w jego parszywe oczy.
Widząc jednak, że niespodziewanie jeden z koszykarzy zmierza do zaułku, gdzie miała być moja towarzyszka, puściłem konfidenta i ignorując niemal wszystkie bodźce, ruszyłem szybkim krokiem w tamtym kierunku.
Widok Lou z tym palantem na dosłownie sekundę wprawił mnie w osłupienie. Wystarczyło, że powiedział coś, czego nie powinien, a wciąłem się w rozmowę:
– Teraz pożałujesz tego maleńka. Twój kolega ci nie pomoże – szepnął i coraz bardziej naparł swoją masą na dziewczynę, która wydawała się być przy nim kimś naprawdę drobnym i bezbronnym. – Moi koledzy zapewnili mu zabawę. – Uśmiechnął się obleśnie i boleśnie złapał jej nadgarstki. Czyżby on NAPRAWDĘ zamierzał ją zgwałcić? Zrobić coś złego?
– Ależ twoi koledzy są nudni… – W końcu postanowiłem wkroczyć do akcji. Teatralnie wzdychając, zwróciłem na sobie uwagę mężczyzny, tym samym pozwalając Lou na wykorzystanie chwili jego nieuwagi i wydostanie się z objęć.
(...) Jakiś czas później było po wszystkim. Ruszyliśmy dalej stroną szerokich chodników, i w sumie chyba nikt nie zamierzał nic powiedzieć.
– Co teraz? – Zerknąłem na nią.
– Może nauczysz mnie rzucać porządnie do kosza? – Uśmiechem sprawiła, że mój wzrok natychmiastowo zatrzymał się na jej ustach. A pytanie? Cóż... wracając do niego, to byłem jednocześnie zdziwiony i zaintrygowany. Noo, z tego może coś wyjść ciekawego.
– Hmm? A co będę z tego miał? – Wcale mi na tym nie zależało. Po prostu pomyślałem, że chciałbym posłuchać, co ma do powiedzenia.
Dziewczyna zastanowiła się chwilę, a jej jasne włosy niemal topiły się w pomarańczowym blasku zachodzącego słońca.
– Przyjemność z faktu, że mnie czegoś nauczyłeś? – Wyszczerzyła się ładnie, i to w sumie mi wystarczało, bo w odpowiedzi jedynie zatarłem ręce.
– No to teraz mów do mnie „Panie trenerze”. – Napakowałem w te słowa tyle sarkazmu, ile wlezie, po czym wybuchłem cichą eksplozją śmiechu.
– To kiedy zaczynamy?
– Hmm, od teraz? – Puściwszy dziewczynie oczko, wskazałem głową na halę sportową, która znajdowała się dosłownie na przeciwko nas. No chyba nie myślicie, że ja bym tyle czasu poświęcił, by iść gdzie mi się żywnie podoba. Miałem określony cel, ale chyba Lou nie zdążyła się zorientować. Miałem szczęście, że w tej kwestii nie była uparta. Zwyczajnie zrobiła dzióbek z ust w akcie zdziwienia, a potem weszła za mną do budynku. Wypożyczyliśmy piłkę i jak się później okazało, parkiet był tylko nasz. Światła rzucane na porządnie wypolerowany gumolit sprawiały wrażenie, jak gdybym stał na prawdziwym boisku i za chwilę miał swój pierwszy mecz. Marzenia. Zanim jednak dostaliśmy stroje, wykorzystaliśmy ten czas oczekiwań, by chwilę porozmawiać.
– Wiesz... kiedy oni oznaczyli cię jako wygraną... – zacząłem, nie mając zbyt wielu słów by opisać to, co chcę przekazać – to było po prostu idiotyczne. Nie jesteś rzeczą. To było głupie, że w ogóle się zgodziliśmy...
– Hej, Lee. – Nagle złapała mnie za ramie, a na jej twarz wkradł się uspokajający uśmiech. – To tylko zabawa, nie przejmuj się. Ale przyznaj, że było śmiesznie – dodała.
– No tak... było. – Mimo chęci, nie potrafiłem się w tamtym momencie uśmiechnąć. Po prostu to byłoby debilne, gdybyśmy przegrali i Lou musiałaby... zgodzić się na wszystko, co oni jej rozkażą... Pff! Nie pozwoliłbym na to. Nawet, jeśli te dziesięć punktów nie należałoby do nas.
Moje modlitwy po paru momentach zostały wysłuchane, i nie dając ani jednej chwili wytchnienia, pojawił się pracujący mężczyzna, który dał nam stroje do koszykówki oraz zaprowadził do szatni. Mój kostium był luźny i w sumie niczym nie różnił się od tych, które dostają prawdziwi zawodnicy. Czerwony z paroma białymi paskami. Natomiast Lou... no, hihi, muszę przyznać, że właściciel tego budynku ma głowę. Ale jest też dużym zbokiem. Dwuczęściowy, ładnie przylegający do ciała strój idealnie pasował do zachęcającej figury Lou i gdy tylko dziewczyna wyszła z szatni, dla żartu zaniosłem się cichym „uuu...”. No co? Było na co popatrzeć.
– Więc jak, panie trenerze? – Nałożyła nacisk na dwa ostatnie słowa, które najwyraźniej kierowały się do mnie.
– Chcesz porządnie rzucać czy nauczyć się grać od podstaw? – Zapytałem, siadając na trybunach. – Co nie zmienia faktu, że zacząłbym od bardzo intensywnej rozgrzewki... – W tym momencie posłałem dziewczynie perlisty uśmiech, który chyba mówił wszystko. Ach, Lee, ty kawalarzu stary. – Jeśli chcesz rzucać, to jest kilka sposób. – Wyskoczywszy jak z procy, podbiegłem za dziewczynę i dałem jej piłkę do ręki. Stanąłem sobie za jej plecami i zacząłem omawiać różne rzeczy, które w tamtym momencie dotyczyły technik i w ogóle te sprawy.
– Stopy rozstawione na szerokość bioder, stopy równolegle do siebie, jedna stopa lekko z przodu, nogi ugięte we wszystkich stawach, plecy proste, tułów lekko pochylony do przodu. Jeśli trafianie sprawia ci problemy, to możesz rzucać układając dłonie w literę „T” – powiedziałem, mając nadzieję, że dla dziewczyny ten sposób będzie równie prosty, co dla mnie, gdy byłem o wiele młodszy. I nie byłym sobą, gdybym w pewien sposób nie objął Lou. (Objął? Dobre słowo?) W każdym razie, by pokazać jej jak to mniej więcej wygląda, położyłem od tyłu głowę na jej ramieniu (żeby lepiej widzieć z jej perspektywy) i złapałem za rękę, którą miała rzucić piłkę. Mimo że jej oddech i perfumy delikatnie mnie rozpraszały, starałem się nie pokazać jako ktoś płytki. No bo co! Nie byłem płytki... jestem po prostu facetem i takie widoki czasami wywierają na mnie wrażenie.
(Lou?)
Subskrybuj:
Posty (Atom)