Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaito. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaito. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 września 2016

[Team 2] Od Kaito - C.D Lou

Zawsze się zastanawiałem, dlaczego ludzie dają się tak łatwo prowokować i ulegają emocjom. Po tym jak Enzo stracił cierpliwość przy bliźniaczej Arcanie Andree, wydawało mi się, że przestanie być aż tak... wybuchowy¿ W końcu nie skończyło się to dla niego bezkarnie. Widoczne chłopak nie uczy się na błędach, więc potyczka między drużynami była tylko kwestią czasu.
Latanie w tę i we w tę zaczynało mnie męczyć. Łopatki bolały od ciągłych manewrów, a płuca paliło chłodne powietrze. Walka (choć nazwałbym to zabawą w kotka i myszkę) z Lou była naprawdę wymagająca. Samo latanie jest wymagające, z resztą mogą to potwierdzić gorące skrzydła i całe mięśnie pleców. Nie wszystkie ataki udało mi się ominąć, jednak najbardziej uważałem na bezpośrednie kontakty z klingą broni. Wyglądała na ostrą, więc z łatwością rozcięłaby moje delikatne ciałko. Nie mówiąc o kościach. Kolejny raz zacząłem kołować wysoko nad białogłową, sprawdzając jak radzi sobie reszta drużyny.. I jak Enzo radził sobie świetnie, tak Andree wpadł w niezłe kłopoty; otoczony dziwnym dymem nie był w stanie dostrzec, jak wywnioskowałem, kapitana przeciwnego teamu. Właściwie też nie byłem w stanie jej dostrzec, chodź sprawdzałem wszelkie perspektywy. W tym samym momencie, jakby na zawołanie, błękitnooka pokazała się, biegnąc w stronę nieświadomego Andree. Natychmiast zapikowałem, a po wylądowaniu, dziewczyna, z którą przyszło mi się zmierzyć ponownie chciała mnie drasnąć. Zamroczony atakiem sprzed chwili udało mi się - ku szczęściu - uniknąć kolejnego, przy okazji kierując się w stronę kapitana, który zauważył Sigmę dopiero teraz. Otępiały, wyciągnąłem broń i nie wiedząc właściwie, co robię, wymierzyłem bronią w ramię atakującej.
- Andree, uważaj! - krzyknąłem, po czym pociągnąłem za spust.
Gwałtownie skręciłem, by nie wpaść na, o dziwo, ranną kobietę. Tak, udało mi się trafić prosto w ramię; a spodziewałem się spektakularnego pudła, lub trafić w najgorszym przypadku w Andree. Z mocno bijącym sercem oddaliłem się od tej dwójki.
- Kuźwa, nie uciekaj! - Lou krzyknęła wściekłe, kiedy znowu straciła mnie z oczu. Zauważyłem, że również ona łatwo się irytuje. Tak jak myślałem - brak kontaktu z wrogiem, a raczej nieznanie jego pozycji, doprowadza dziewczynę do frustracji. I bardzo dobrze, ponieważ właśnie to chciałem osiągnąć; jednak nie wiedziałem, że pójdzie mi aż tak szybko. Blondynka ganiała za mną jak za psem. Tak bardzo skupiła na mnie swoją uwagę, że nawet nie zdołała dostrzec, jak bardzo oddaliliśmy się od swoich grup. Świetnie, dzięki temu mogłem się skupić tylko i wyłącznie na niej i bez problemu przewidywać jej ruchy. Jeśli zamieniłby się z mężczyzną o tygrysiej Arcanie, pewnie nie poradziłbym sobie tak łatwo. Jego koci refleks wydawał się równy mojemu, a nawet większy, ale może to przez wiek i doświadczenie? Bo z pewnością był starszy. - Ej! Ty też jesteś Betą, prawda? Walczysz jak Beta! Tylko, że czasami trzeba walczyć twarzą w twarz, a nie ciągle uciekać!
Nie martwiąc się o atak kogoś z team'u Lou, wylądowałem przed nią z uroczym uśmiechem na twarzy. Chichocząc, splotłem ręce za sobą i zakołysałem się z pięt na palce, nachyliwszy się odpowiednio, by nie utracić równowagi. Jej krwiste, przepełnione złością oczy w tamtym momencie świetnie kontrastowały z moimi roześmianymi. Możliwe, że wyglądałem na pewnego siebie, a nawet lekcewarzącego przeciwniczkę, a czy taki byłem? Oczywiście, że nie! Nie jestem głupcem. Po prostu naprawdę rozbawiły mnie jej słowa, zwłaszcza te o uciekaniu. Dlaczego? Ponieważ całe życie uciekam, nie tylko na polu bitwy. Ucieczka to mój naturalny odruch, niech się zacznie przyzwyczajać, bo prawdopodobnie jeszcze trochę się ze mną pomęczy.
Na mojej twarzy na powrót pojawił się beznamiętny wyraz. Kompletnie nie rozumiałem wątów odnośnie tego.
- BUU! - krzyknąłem nagle, jakbym chciał dziewczynę wystraszyć. Nawet nie zareagowała; zmarszczyła jedynie jasne, cieniutkie brwi. - Nie wystraszyłaś się, prawda? - bardziej to stwierdziłem niż zapytałem, dalej kołysząc się na piętach.
- Co ty kombinujesz? - wymierzyła we mnie swój oręż. Pomimo metrów, które nas dzieliły, miałem wrażenie, że czubek głowicy kończy się tuż przed moją krtanią.
- Zapewne zdążyłaś zauważyć, iż nie mam żadnych atakujących zdolności - zacząłem, kompletnie ignorując pytanie.
- Więc tchórzysz i wiecznie uciekasz, nazywając to walką?
Zmarszczyłem brwi i mocniej zacisnąłem palce na laserowej broni, która zaczynała mi ciążyć. Właściwie to marnowała się u mnie, a na dodatek spowalniała lot i utrudniała bardziej wymagające manewry.
- Bardziej nazwałbym to stosowaniem uników - wzruszyłem ramionami.
Na pewno każdy kiedykolwiek został 'kopnięty przez prąd' przy zetknięciu z kimś lub czymś. Nic przyjemnego, prawda? Podobne nieprzyjemne uczucie ogarnęło umysł, chwilę po moich słowach, a dokładnie sekundę po tym ostrze Lou świsttło mi koło ucha. Gdybym nie odskoczył do tyłu, prawdopodobnie straciłbym głowę. Dziewczyna warknęła głucho i ponownie ruszyła do ataku, tym razem chciała pociąć kostki. Postanowiłem, by wyszło na jej, więc pozostałem na ziemi, ale dopóki byłem z nią sam na sam i skupiałem uwagę na niej tak jak ona na mnie, to w tej sytuacji ataki nie mogły mnie dosięgnąć, a ja nie mogłem zaatakować jej. Znaczy mogłem, ale każdy strzał okazał się chybiony. Ta "walka" mogła trwać do momentu, aż jedno z nas nie padłoby ze zmęczenia. Niestety jeszcze się na to nie zanosi. Dlaczego jeszcze tego nie zauważyła?
Kolejne wzdrygniecie i kolejny atak. Chciałem zmienić go na moją korzyść - rozłożyć skrzydła i wykorzystać wiatr do niskiego wzlotu. Zawahałem się niestety. Straciłem cenną sekundę, która sporo mnie kosztowała. Lou zamachnęła mieczem, a włożyła w to jak najwięcej siły i determinacji, gdyż podmuch powietrza jaki mnie trafił był ogromny, i porównywalny do zderzania z samochodem. Bardzo miękkim samochodem. Zaraz po uderzeniu zimnego wiatru o rozgrzane ciało, niewidzialna ręka zacisnęła się na moim żołądku, chcąc zwrócić jego zawartość. Ciężko było mi cokolwiek zrobić, poza powstrzymaniem nudności. Choć zaskoczony brakiem reakcji na atak z jej strony, moje spojrzenie zostało tak samo beznamiętne, a wpatrując się w krwiste ślepia, w których tańczyły iskierki szczęścia, wydawało mi się, że czas dramatycznie zwolnił, a nawet się zatrzymał.
Właściwie prócz ucisku na całej długości torsu, nie wiedziałem co mam czuć; w głowie miałem istną pustkę. Oprzytomniałem, kiedy czas ruszył trzy razy szybciej. Dopiero teraz zalała mnie fala szarpanego bólu, gdy zaorałem o ziemię. Zatrzymałem się dopiero uderzając plecami o jeden z wysokich, betonowych budynków. Powietrze uszło z mych płuc z głośnym świstem, a przed oczami widziałem tylko czarną plamę. Napad kaszlu tylko pogarszał sytuację, ciężko było mi oddychać. Spróbowałem wstać. Oczywiście skutkowało to kolejnym upadkiem, tym razem na kolana.
Beznadziejna sytuacja, zaśmiała się moja podświadomość, a ja razem z nią.

<no i co dalej? :v>

sobota, 17 września 2016

[Team 2] Od Kaito - CD Andree

Głośne dźwięki, jakby uderzania młotem o kowadło z akompaniamentem piszczenia w uszach rozbrzmiewały w moim umyśle i odbijały się echem w nieskończoność. Zamykając oczy miałem wrażenie, że znowu leżę na zimnym łóżku rezonansowym. Dobrze znane mi uczucie ustało jak po pstryknięciu palcami, kiedy lider zadał pytanie odnośnie mojej Arcany:
- A ty, Kaito? Co ty potrafisz?
Poczułem jak robi mi się nieprzyjemnie ciepło, a mięśnie paraliżuje skurcz. Obydwaj mężczyźni widocznie to zauważyli, jednak w tamtym momencie nie zamierzałem przejmować się reakcją na moje częste wzdrygnięcia. Zastanowiłem się, jak zgrabnie i szybko opisać moje umiejętności i nie zrazić do nich naszego Księcia. Na wieść o leczniczej zdolności Enzo, wydawał mi się zadowolony z obecności kogoś takiego w drużynie, więc szczerze obawiałem się reakcji na moje. Nie tracąc czasu zacząłem krótko:
- Jestem w stanie zobaczyć rzeczy z różnych perspektyw…
- Naprawdę? - przerwał mi nagle... zaskoczony? i jakby wybity z rytmu, choć to ja zaciąłem się w tym momencie, nieco zdezorientowany pytaniem. Czy ja naprawdę wyglądam na kogoś, kto lubi żartować? Wziąłem głęboki wdech, by uspokoić myśli.
- Zważywszy na naszą sytuację, raczej nie skłamałbym w tej kwestii - mruknąłem i posłałem mu niekontrolowane, nieprzyjemnie chłodne spojrzenie, starając się, by odizolować najwięcej urazy ze słów jaką odczułem. - Przewiduję też ruchy i zachowanie wroga oraz mam wyczulony refleks. W powietrzu czuję się najlepiej - dodałem na koniec, podsumowując tym samym opis.
Zauważyłem jak Andree marszczy lekko brwi i wpatrzony w odległy punk za mną, przykłada dłoń do ust w geście zamyślenia. Enzo za to stał, przyglądając się laserowej broni. O ile w szkarłatnych oczach dostrzegłem ciekawość, to na twarzy widniała lekko znudzona mina. Prawdopodobnie, gdyby nie trzymał broni, stałby z skrzyżowanymi rękoma na piersi. Zdziwiło mnie to, ponieważ odkąd się tu znaleźliśmy, uśmiechał się cwaniacko.
- Hmm - mruknął ciemnowłosy - czyli z walki nici.
Spuściłem głowę, wbijając kościste dłonie w kieszenie jasnej, jednak już lekko okurzonej bluzy. Wyczułem w tych słowach lekki zawód, jednak czego ja się spodziewałem? Bardzo dobrze zdawałem sobie sprawę, że nie byłem, nie jestem i nigdy nie będę przeznaczony do walki. Niektórym mogłem w ten sposób nawet przeszkadzać. Ale szczerze? idzie sie przyzwyczaić.
- Dobrze więc! - Andree zaczął nagle, przez co wzdrygnąłem się po raz kolejny. Jeśli cały czas ktoś będzie robić coś tak nagle… - Chodźmy już. - Chłopak ruszył, zgrabnie odwracając się na pięcie i uderzając metalową laską w podłoże, które chyba mogłem nazwać ziemią. Jednak wybrał kierunek, który wskazałem. Enzo ruszył zaraz po nim, prawie dorównując mu kroku, mnie za to zajęło chwilę przetrawienie całej tej sytuacji. Po prostu stałem, wpatrzony w czerwone od zachodu słońca niebo.
- Kaito! - uniesiony głos Andree gwałtownie sprowadził mnie na ziemię. Jak zwykle podpadam komuś na wstępie. Z mocno bijącym sercem i nogami jak z makaronu dołączyłem do grupy.
Każde z nasz szło w ciszy, którą można było porównać do tej niezręcznej. Dla mnie nic nowego, dlatego nawet nie zwracałem na to uwagi. Włócząc się kilka kroków za resztą team'u, próbowałem rozkminić naszego lidera. Właściwie nie znaliśmy jego Arcany, a tajemniczy wygląd i prośba... nie, raczej żądanie o minimalną ilość zadawania pytań w ogóle tego nie ułatwiał. Właściwie nie znałem żadnego z nich dobrze - ba! - praktycznie w ogóle, więc nie chciałem wyciągać pochopnych wniosków, ale chociaż ta krótka obserwacja dwóch, niedogadujących się ze sobą osobników pozwoliła mi wywnioskować, że na czas bitwy mam do czynienia z Księciem lubującym się w wydawaniu rozkazów oraz z typem człowieka, chcącego być na pierwszym planie. Do tego dochodziłem jeszcze ja, dając prawdziwy pakiecik niezgody. Dzięki bogom (a raczej naukowcom), że muszę się dogadać tylko z dwoma Arcanami. Gdyby drużyna liczyła więcej członków, z pewnością byłbym tym najbardziej kłótliwym.
Ponownie spojrzałem w górę, wzdychając cicho. Już nawet nie dziwił mnie fakt, że kolor nieba ani trochę się nie zmienił. Zupełnie, jakbym patrzył na tapetę. Zwolniłem kroku, aż w końcu zatrzymałem się, marszcząc jasne brwi, poczuwszy na sobie czyjś wzrok. Upewniłem się dwa razy i na pewno nie był to nikt z drużyny. Uczucie bycia obserwowanego rosło z sekundy na sekundę, aż w końcu zniknęło tak samo szybko jak poprzednie dźwięki w głowie. Obróciłem się wokół własnej osi jeszcze kilka razy dla pewności, po drodze zauważając, że znowu oddaliłem sie od team'u. Nie czekając dłużej wzbiłem się w powietrze, przelatując nad Andree i Enzo, lądując kilka metrów przed nimi. Pogrążeni w jakiejś rozmowie nawet nie zauważyli, że ich wyprzedziłem. Andree dokładnie oglądnął laserowe urządzenie, mrucząc pod nosem. Białowłosy również zdawał się coś mówić. Kiedy znaleźli się bliżej, usłyszałem, iż próbowali ustalić, kto będzie dzielnie dzierżyć to... coś. Spojrzałem na Księcia, który wzdrygnął się po chwili, zauważając, że stoję mu na przeciw i praktycznie wwiercam w niego swoje rdzawe spojrzenie.
- Drużyny zostały oddalone od siebie na równych odległościach, prawda? Więc na ile procent jakaś jest w stanie nas obserwować? - spytałem wprost, przerywając im rozmowę. Miałem coraz to gorsze przeczucia jeśli o to chodzi.

<Enzo? *utracone opowiadanie pozdrawia*>

wtorek, 30 sierpnia 2016

Od Kaito - C.D Taigi

Ująłem ostrożnie dłoń Taigi, jakby była zrobiona z ognia bez większego zastanowienia. Dopiero, kiedy dziewczyna żywo szarpnęła mnie do marszu uświadomiłem sobie, w co się wpakowałem. Momentalnie zrobiło mi się słabo, na pewno zbladłem nieco, a mimo tego parłem naprzód, ciągnięty przez Siostrę. Chyba mogę ją tak nazwać, nie?
***
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że w razie kłopotów nie bardzo pomogę? - westchnąłem cicho, kiedy od pięciu minut staliśmy naprzeciwko drzwi, za którymi czekał Toshiro. Widocznie żadne z nas nie było gotowe. Jasnowłosa ściskała nerwowo kartkę z adresem, a ja wpatrywałem się na nią, kompletnie nie wiedząc, co powiedzieć. Nie potrafiłem pocieszać czy dodawać otuchy. W końcu nawet nie miałem komu, więc skąd mam wiedzieć jak to się robi? Jedyne, co wiem z doświadczenia, to że zwykłe "będzie dobrze" nie wystarcza. Właściwie to tylko puste słowa, które wypowiada każdy, by tylko coś powiedzieć.
Sięgnąłem więc ręką do drzwi i zapukałem dwa razy. Zanim usłyszałem kroki zza drzwi, rzuciłem Taidze ostatnie spojrzenie. Moje kąciki ust drgnęły lekko, jakbym chciał ją zmotywować, ale sam tego potrzebował. Szczerze powiedziawszy kiedy drzwi się otworzyły, nic właściwie nie poczułem. Miałem po prostu wrażenie, jakbym wchodził do zwykłego mieszkania, które znam tak dobrze. Niestety. Kiedy pojawił się Toshiro wszystkie lęki powróciły.
Już zdążyłem zapomnieć jaki jest wysoki. Na polu bitwy wydawał się być niższy... Ledwie sięgałem mu do ramienia, a co dopiero Taiga, która jest drobniejszej postury. Jakim cudem są rodzeństwem?
Spojrzałem na blondyna, a dokładniej w jego oczy, które wpatrywały się we mnie tą dobrze znana mi nienawiścią. No tak, właściwie byłem to nie dostałem tego zaszczytu i nie zostałem zaproszony.
- Wejdź - mruknął, zwracając się do siostry i zniknął na rogiem końca przedpokoju. I w tym momencie przerażenie zmieszało się ze złością.
- Chodź, K-A-I-T-O. - Taiga odezwała się i z sztucznym uśmiechem na twarzy weszła do środka, gdzie od razu nas sobie przedstawiła. Staneła przy mnie na przeciwko mężczyzny i zaczęła;
- Toshiro, to jest Kaito. Kaito, to jest Toshiro.
- Jakbym nie wiedział - jęknął niebieskooki. Spuściłem głowę, zaciskając usta w cienką linię.
***
Blondyn przez cały czas rozmawiał z jasnowłosą, jakbym nie istniał. W przeciwieństwie do Tai, ignorował mnie za każdym razem, jak poruszała temat mojej osoby. Niby luźna rozmowa, jednak tylko i wyłącznie pomiędzy rodzeństwem. Chociaż, kiedy od czasu do czasu odrywałem wzrok od jasnych paneli i przenosiłem go na Siostrę, wydawała się równie zachwycona, co ja. No ale nie dziwiłem się, kiedy Toshiro ciągnął dyskusję z taką niechęcią, widać było, że się męczy.
Pff, więc po co w ogóle kogoś zapraszał, skoro każde słowa kosztują go tyle energii? Mruknęła moja podświadomość. Miałem wrażenie, że mężczyzna okazuje nam, a raczej własnej siostrze łaskę, odzywając się. Ach! Po co ja tu w ogóle przyszedłem?
Podkurczyłem nogi jeszcze bardziej, opierając ręce na zgiętych kolanach. Znudzony, zacząłem drapać skórki przy paznokciach, a w myślach pojawiały się różne warianty odpowiedzi na różne pytania, które zapewnie nie padną w moją stronę. Ale pomimo tego, ustalałem w myślach, co odpowiem.
- Hej, ty! - usłyszałem, co gwałtownie i nagle wytrąciło mnie z przemyśleń, jakby ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody. Od razu zrobiło mi się cieplej, a wszystkie ustalone teksty nagle zniknęły, zjedzone przez stres. - Wszystko u ciebie w porządku po tej całej misji? - spytał, jakby od niechcenia, by tylko zagłuszyć ciszę, nachylony niecałe pół metra nade mną. Jego obojętny, błękitny wzrok wpatrywał się we mnie, wyczekując odpowiedzi. I to w tym momencie zauważyłem, że Taiga zniknęła. W pokoju byliśmy tylko my dwoje.
Myślałem, że w tamtym momencie zejdę na zawał. W sekundę zrobiło mi się niesamowicie gorąco, serce zaczęło walić jak szalone i przez chwilę miałem wrażenie, że chłopak je słyszy, nie zdziwiłbym się nawet, gdyby Taiga, siedząca, bogowie wiedzą gdzie, usłyszała jego bicie.
- T-tak - odpowiedziałem słabo. - A jak twoje ramię?
Teraz ja zadałem pytanie, przenosząc wzrok na zranione miejsce i, do cholery, nie wiedzieć czemu, poczułem chęć dotknięcia zranionego miejsca. To moja wina, że Toshiro został ranny. Gdybym więcej potrafił, był nieco silniejszy, nie doszłoby to tego. Byłem głupi. Głupi, głupi, głupi głu...
Kiedy blondyn syknął, zorientowałem się, że jednak sięgnąłem opatrunku. Od razu cofnąłem dłoń jak poparzony i odwróciłem wzrok mówiąc pospiesznie:
- Przepraszam.
Cholerra jasna, dlaczego to zrobiłem?! Co mnie do tego nakłoniło?! Gdzie jest Taiga? Gdzie jej uśmiech, który na pewno rozluźniłby atmosferę?
Usłyszałem głośne westchnienie Toshiro. Jego ciepły oddech zdołał dosięgnąć mojego policzka i unieść delikatnie kosmyki włosów, które opadły mi na oczy. Wyprostował się i, dzięki bogom, oddalił się nieco, przeciągając. Jak zawsze wbiłem puste spojrzenie w jasna podłogę, zaciskając usta i skrzydła tak mocno, że mięśnie pleców rozbolały od ciągłego napinania.

<Tai? :^>

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Od Kaito - C.D Taigi

Uniosłem podbródek i spojrzałem w górę na setki jasnych punkcików. Pomimo miejskich świateł, gwiazdy świeciły tak mocno, że nic ich nie zdołało zagłuszyć. Nawet nie musiałem wyostrzać wzroku, by dostrzec więcej barw. Dla mnie nocne niebo było niczym paleta niebieskich i fioletowych kolorów; szkoda tylko, że Taiga nie mogła zobaczyć tego, co ja, z pewnością byłaby. zachwycona. Zmarszczyłem brwi, kiedy przypomniały mi się słowa jasnowłosej. "Jak brat i siostra". Taiga moją siostrą? Spojrzałem kątem oka na uśmiechniętą dziewczynę, a później na jej dłoń, dalej trzymającą moją. Była taka miła, nie znaliśmy się długo, a na dodatek nie byliśmy w ogóle spokrewnieni, a zachowywała się jak prawdziwa siostra; może to dla niektórych oczywiste, że się o mnie... troszczy? Bo właśnie to robiła, prawda? Nie rozumiałem tego, dlaczego to robiła. Nikt nigdy się tak przy mnie nie zachowywał, więc dlaczego robi to ktoś, kogo tak dobrze nie znam?
- Dlaczego uważasz mnie za kogoś dobrego? - spytałem. Przeniosłem wzrok na swoje buty, które przez jasny kolor wyróżniały się z ciemnego otoczenia. Usłyszałem jak Taiga chichocze.
- Głupi jesteś - powiedziała i zmierzwiła moje włosy, co sprawiło, że zdołałem się zaśmiać. Dłoń, którą trzymała moją przeniosła do podbródka, jakby szukała dobrego argumentu. - Po prostu wiem, że taki jesteś. Wystarczyło mi pierwsze spotkanie z tobą.
- Nie powinno się kogoś tak pochopnie oceniać - mruknąłem, jakbym coś skrywał. Ach, dlaczego mówię takie rzeczy zamiast po prostu się z kimś zgodzić? Taiga miała rację, a ja, chcąc nie chcąc, na swój sposób pogarszałem sytuację. Ale z drugiej strony wydawało mi się, że też miałem nieco racji. W końcu wczoraj nie powiedziałem całej prawdy. Całej... całkowicie się z nią minąłem.
Dziewczyna podeszła, stając na przeciwko mnie. Podniosłem wzrok, kiedy ujęła obie moje dłonie. Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- Kaito, jeśli stało się w twoim życiu coś złego, coś, na co nie miałeś lub dalej nie masz wpływu, to się za to nie obwiniaj. Wierzę, że byłeś, jesteś i na pewno będziesz kimś wspaniałym. Co jak co, ale nie wyobrażam sobie ciebie rządnego krwi - zaśmiała się.
Coś ścisnęło moje serce tak mocno, że ponownie spuściłem wzrok, by jasnowłosa nie zauważyła łez w rdzawych oczach, tych znienawidzonych przeze mnie łez. Uwolniłem swoje ręce z uścisku Tai i rzuciłem się na nią, obejmując w tali. To nie w porządku. Nie mogłem kłamać, nie w takiej sytuacji. Zabolał mnie fakt, że nie byłem z nią do końca szczery, czułem się z tym źle.
Podciągnąłem nosem i zacisnąłem usta w cienka linię. Spojrzałem szklanymi oczami na swoją dłoń, która łapała wszystkie krople łez. Poczułem przyjemne ciepło na plecach, ciepło dłoni dziewczyny. Od razu po tym cofnąłem się, odskakując na kilka metrów. Zakryłem usta dłonią, jakby miało to cokolwiek pomóc w zakryciu grymasu na mojej twarzy.
- K-Kaito, wszystko w porządku? - spytała nieco niepewnie. Jej głos zadrżał lekko.
Zacząłem chichotać pod nosem, choć z oczu dalej płynęły strumienie łez. Jestem głupi, tak bardzo głupi. Moje zachowanie jest tak głupie, że aż śmieszne! Bałem się przyznać do kłamstwa, które nikomu nie zaszkodziło! Tai na pewno uznałaby to za niewinne, nikogo nie krzywdzące kłamstewko lub w ogóle by to zignorowała i kazała się tym nie przejmować, prawda? Zrobiłaby tak? Bo Izaak pewnością by mnie ukarał. I to jak najmocniej. Najlepiej tak, bym nie mógł się ruszyć.
Na samą myśl o nim moje ciało zesztywniało, jak w momencie naszego wczorajszego spotkania. Szybko jednak się otrząsnąłem. Przecież Izaak to nie Taiga. Te dwie osoby to przeciwieństwo, wiec czego do cholerry się bałem?
- Nic nie jest w porządku - mruknąłem tak cicho, że prawdopodobnie nie zdołała mnie usłyszeć. Przecierając mokre oczy wierzchem dłoni, uśmiechnąłem się szeroko. - Przepraszam Tai-Tai.Przepraszam, że przez moje tchórzostwo zniszczyłem tak przyjemną chwilę.

<Tai? :^>

środa, 10 sierpnia 2016

[Event #1] Od Kaito - C.D Hyou

Wiedziałem, że po wczorajszej akcji w górach konsekwencje użycia mocy przyjdą z czasem. Od tamtego czasu bacznie wyczekiwałem tej chwili, aż dopadła mnie w nocy. Ilekroć otwierałem oczy, światło, nawet to najsłabsze spod drzwi, atakowało rdzawe tęczówki, a każdy ostrzejszy dźwięk odbijał się nieskończonym echem w mojej głowie, dlatego nie chciałem opuszczać swojego ciepłego zakątka, jakim był koc, w który owinąłem się w rogu pokoju, jednak ktoś niezmiernie chciał wyrwać mnie z tego azylu.
- Kaito, wstawaj! - dziewczyna z długimi włosami o tym samym kolorze co moje już odbierała się do koca, aż w końcu udało jej się go ze mną zedrzeć. Nawet nie wiedziałem jak dostała się do pokoju. - Sigmy się czegoś dowiedziały, wstawaj.
Nikomu nie śpieszyło się ze wstaniem z łóżek. Pomimo późnej godziny jaką była pierwsza popołudniu, wiele osób leżało jeszcze pod kocami, pogrążeni w mocnym śnie i zdawało się, że nic i nikt nie będzie w stanie ich wybudzić. W cale im się nie dziwiłem, w końcu podróż była wyczerpująca, a mogłem się założyć, że nie tylko ja tej nocy nie spałem zbyt dobrze. Parę razy usłyszałem od przyjaciółki komentarze odnośnie mojego wyglądu. Migrena w połączeniu z bezsennością na pewno pozostawiła po sobie ślad w postaci ciemnych sińców pod oczami. A jeśli spędziłem pod kocem całą noc, to szkuty musiały być w jeszcze większym nieładzie niż zazwyczaj są. Skomentowałem jej słowa jedynie wzdrygnięciem ramion.
Kiedy zbliżaliśmy się do pokoju, w którym mieliśmy wczorajsze zebranie, na końcu korytarza dostrzegłem wysokiego blondyna, który obił mi się o oczy już nie jeden raz; bacznie przyglądał się mnie i Taidze. Na chwilę, z wielkim niepokojem, pochyliłem wzrok błękitnookiego, ale nie na długo, gdyż ręką Taigi zacisnęła się na moim nadgarstku, zaciągając mnie przez próg drzwi. Na resztę, czyli jakąś połowę składu, czekaliśmy jeszcze może dziesięć minut. Sigmy zaczęły spotkanie zaraz po tym, jak drzwi zatrzasnęły się za ostatnimi osobami. Od razu przeszły do rzeczy.
- Mamy nowe informacje. - Natsume zaczął ze skrzyżowanymi rękoma na piersi.
- Vasquez jest w kanałach pod budynkiem niedaleko stąd. Niegdyś był to szpital psychiatryczny - teraz głos przejęła Hyou. I tak dwie główne osoby płynnie wymieniały się zdaniami. Kiedy Hyou zaczynała, Natsume kończył bez żadnego zająknięcia. W ciągu niespełna pięciu minut dowiedzieliśmy się dość sporo jak na nas rzeczy. Hebi ukrywał się w kanałach, dobra kryjówka jak dla węża, pod psychiatrykiem, równie ciemnym jak podziemne tunele.
- Plan jest taki: wyznaczona przeze mnie i Natsu trójka dziś po godzinie dziewiątej wieczorem wyrusza w okolice szpitala. Jeśli warunki będą sprzyjające, Lee dostanie się do budynku przez dach. Następnie w miarę możliwości wyrysowuje plan budynku. Jeśli znajdzie przejście do kanałów - uszata klasnęła w dłonie - mamy go. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i jedyne co, to dowiedzą się o obecności szpiegów, od razu po powrocie planujemy i wprowadzamy atak.
- A co jeśli kogoś złapią? Któreś z nich, albo nie daj Boże wszystkich? - spytała się Arya. Zadziwiające, że wszystkich spamiętałem.
- Przewidzieliśmy to - odezwał się chłopak. - Jeśli złapią wszystkich, planujemy odbicie. Niestety bez mapy daleko nie zajdziemy. Możliwe jednak, że poznamy jakieś słabe punkty wroga, a co lepsze - ich Arcany. Natomiast po utracie szpiegów zewnątrz, jest możliwość odbicia dwójki razem z atakiem.
Udoskonalaliśmy, omawialiśmy plan z uwzględnieniem wszystkich szczegółów jeszcze przez godzinę, podczas której odezwał się każdy. “Każdy dba o każdego” jak to ktoś pięknie ujął. Cała czternastka chciała wrócić pod kopułę żywym. Czemu czternastka? Ja jakoś nie zwracałem uwagę na to, czy przeżyję, czy nie. Prawdzie powiedziawszy tęskniłaby tylko Taiga. Przeciągnąłem się, naciągając kręgosłup, pozwalając, by pęcherzyki powietrza pękały z cichym trzaskiem. Głupie myśli. Ale czasami tylko one potrafią mnie zmotywować.
***
Cały wieczór chłopak z ciemnymi włosami i kitką z tyłu głowy choć narzekał na strój, który dostał, ćwiczył i sprawdzał jego wytrzymałość. Siedziałem z podkurczonymi nogami na parapecie w korytarzu, przyglądałem się mojemu podarunkowi - mikrosłóchawce; co jakiś czas wpatrywałem się w wyczyny Lee - bo tak miał na imię jeśli dobrze pamiętam - z delikatnym, ledwo widocznym uśmiechem na ustach. Widząc to miałem ochotę wybuchnąć śmiechem, jednak przeczuwałem, iż mogę zwrócić na siebie uwagę, a tego chciałem najmniej.
- Ja mam serio to kurwa nosić? Żeby się za mną pedały oglądały? - chłopak chyba spytał sam siebie, jednak zapomniał nieco przyciszyć regulator. Jego powaga na twarzy przypominała raczej minę kogoś, kto zaraz zamówi taksówkę i wróci pod kopułę, tylko po to, by wypruć flaki naukowcom, którzy mu to spakowali. Aż przeszły mnie ciarki, kiedy poczułem, że chłopakowi przeszła taka myśli po głowie. - Czy wyglądam seksi? - spytał nagle z pozą jak do jakiegoś zdjęcia. Rozejrzałem się w około, nikogo nie zauważyłem, więc wróciłem spojrzeniem na Lee i zorientowałem się, że patrzy na mnie, jakby wyczekując odpowiedzi. Chwilę zajęło mi przetrawienie tej sytuacji, po czym ukryłem czerwoną twarz w blade dłonie.
- Dlaczego pytasz się o to mnie?! - jęknąłem z wyrzutem i jak bogów kocham, w tej samej chwili zjawiła się Lou, na która czekaliśmy. Spojrzała tylko na Lee, jakby wybita z rytmu i parsknęła śmiechem, choć próbowała się powstrzymać. Skrytobójca spiorunował ją spojrzeniem i cala nasza trójka wyszła z hostelu jak gdyby niby nic.
Przez kilkaset metrów szliśmy spokojnym tempem. Gdyby nie strój mężczyzny, można było by  nas wziąć za rodzinę, mimo tego, że białowłosa była nieco niższa ode mnie.
Zaśmiałem się pod nosem. Głupie, głupie myśli.
Kiedy znaleźliśmy się w strefie, gdzie zwykłe oczy mieszkańców by nas nie dostrzegły, z ulgą mogłem ściągnąć płaszcz, który cały czas ciążył na plecach i pomimo długości niemal że do kostek, można było dostrzec końcowi białych lotek. Kiedy ciężki materiał uderzył o ziemię, od razu rozprostowałem skrzydła i przeciągnąłem się.
- Już więcej tego nie założę - mruknąłem z zadowoleniem, jednak na tyle cicho, by nikt nie usłyszał.
- Dobra, wiesz, co masz robić? - spytał mnie Lee, na co potrząsnąłem głową. Zanim wzbiłem się w powietrze, wykonałem jeszcze parę machnięć pierzastymi kończynami, które na czas misji przybrały czarny kolor, a to wszystko dzięki, a raczej przez Taigę. Białe pierze dałoby się z łatwością namierzyć, więc z pomocą paru osób - które musiały mnie brutalnie przytrzymywać, żebym się nie wyrywał - pomalowała je na czarno. Ich waga nie zmieniła się, pióra nie zlepiły się od tuszu, a mimo tego czułem się z nimi nieswojo. Jakby nie były moje.
- Leć - powiedziała Lou i zachęcającym uśmiechem. Włożyłem więc słuchawkę do uszu i po chwili zniknąłem w chmurach, które specjalnie na ta okazję były wyjątkowo gęste.
Nie wiem jak niektórzy wyobrażają sobie chmury, ale zapewniam, że przedarcie sie przez nie jest jak przejście przez środek włączonej myjni samochodowej. Kilka sekund za długo wysoko i juz byłem cały pokryty kroplami wody. Jednak wysokość miała i swoje plusy cisza jaka tu panowała, przerywana tylko trzepotem skrzydeł była cudowna. Dawno nie czułem takiej przyjemności z lotu.
- Kaito, słyszysz mnie? - głos jasnowłosej rozbrzmiał, jakby była obok, jednak jej głos był nieco zniekształcony prze urządzenie.
Przybliżyłem rękaw ciemnej bluzy do ust, ponieważ właśnie tam znajdował się głośnik.
- Doskonale - odpowiedziałem. - Właśnie zbliżam się do celu. - Obniżyłem lot o klika metrów i zacząłem kołować nad szpitalem, łapiąc odpowiednie prądy powietrza, przymknąłem oczy.
Budynek na planie prostokąta był ogromny. Samym ogromem na miejscu Lee od razu bym się zniechęcił. Wygładem przypominał szkołę. Dwa piętra i rzędy zasłoniętych deskami lub zasłonami okien. Przyglądałem się każdej stronie budynku, Hyou miała racje, to była istna forteca. Po każdej stronie, ustawieni byli snajperzy, po dwóch na dwa dłuższe boki. Zmieniłem kadr, by przyjrzeć im się bliżej. Choć obraz rozmazywał się, trwałem tak przez dłuższą chwilę. Chciałem kadrami przejść jak najdalej, ale ilekroć zmieniałem na bliższy, tym mniej widziałem. Cholerne oczy! Niżej nie mogłem zejść, zauważono by mnie.
Widocznie moje słowa lubią się spełniać. Zmieniając kadr zauważyłem człowieka, który podnosi broń i celuje. W porę się skapnąłem, że ja jestem owym celem. Nagły pisk i ból eksplodujący w mojej głowie przerwał cały widok. Straciłem nieco równowagę. Syknąłem cicho i złapałem się za głowę, przyciskając pięści do skroni. Hausty lodowatego powietrza paliły w płuca, zaciśnięte mocno powiek nie chciały sie otworzyć.  Nie poczułem żadnego bólu, więc zdążyłem zrobić unik, zanim nabój przeszył powietrze. Z sercem bijącym jak młot o kowadło natychmiast zniknąłem w lodowatych obłokach. Każdy głęboki oddech palił płuca i gardło. Adrenalina pulsowała w żyłach i podgrzewała krew z sekundy na sekundę.
- Kaito? Co się dzieje?
Zaniepokojony głos Lee uspokoił mnie nieco, choć spowodował kolejne fale bólu. Ignorując jego pytanie przetarłem oczy i zapikowałem w dół. Poczułem wielką ulgę, kiedy zauważyłem zbliżające się twarze mężczyzny i kobiety. Skrzydła zdołałem rozłożyć dopiero pięć metrów nad ziemią, co i tak nie w pełni zamortyzowało lądowanie. Przebiegłem może z metr, zanim zatrzymałem się przez odzwyczajone on podłoża nogi. Ból osłabł gwałtownie, kiedy tylko spojrzałem swoimi oczyma.
- Co się stało? - spytali w tym samym czasie. Z ich min nie potrafiłem nic wyczytać. Po mnie można było za to wszystko.
- O mało co nie oberwałem! - gdyby nie mój zdyszany głos, przysięgam, że bym krzyknął. - Po czterech stronach ustawieni są snajperzy i jeden właśnie chciał mnie zestrzelić jak kaczkę.  Widocznie nawet zwierzęta uznają za szpiegów. - Zakpiłem resztką sił.
 - Z której?
- Przy głównym wejściu, które jest na dłuższym boku. - Udało mi się uspokoić oddech, choć każde słowo wypowiadałem z wysiłkiem. - Udało mi się znaleźć lukę. Za zachodniej stronie, co jakiś czas ktoś znika. Dodatkowo szpital ma płaski dach, więc może tamtędy się dostaniesz - zwróciłem się do złotookiego. Po przeanalizowaniu planu od A do Z, ruszyliśmy w wyznaczonym kierunku.

<Takie sobie. Lee?>

[1580 słów]

niedziela, 31 lipca 2016

Od Kaito - C.D Taigi

Zastanowiłem się chwilę nad pytaniem Taigi. Co robimy? Dobre pytanie. Jak dotąd siedziałem cały czas w pokoju, ukrywając praktycznie swoje istnienie, dlatego nie miałem jeszcze czasu rozejrzeć się po mieście i okolicach. Wpatrując się w chodnik, ponownie zwróciłem uwagę na czerwony szal. Ująłem delikatnie jego końce w dłonie, jakby miał się zaraz rozpaść, przyglądając mu się uważnie, w głównej mierze zwracając uwagę na splecione, drobne warkocze, które zawsze mnie intrygowały. Ile pracy trzeba było włożyć, by upleść takie cudo. Wtuliłem twarz w miękki, materiał. Był ciepły. Bardzo ciepły. "Żebyś nie marznął. I żebyś o mnie nie zapomniał." Uśmiechnąłem się na słowa białowłosej, a z minuty na minutę zacząłem rozumieć jej gest coraz bardziej. Fakt, że dziewczyna nie chciała bym o niej zapomniał, dochodził do mnie powoli, ale wyraźnie i sprawiał, że czułem się niekontrolowanie szczęśliwszy.
Nie zapomnę, obiecałem w myślach.
- Wiesz może, gdzie jest księgarnia? - spytałem, jednocześnie sugerując miejsce, w które się udamy.
- Pewnie, ale to nieco dalej, więc lepiej weźmy autobus - uśmiechnęła się i z rękami splecionymi za plecami udała się w podskokach w kierunku najbliższego przystanku, a ja jak to ja, spokojnym krokiem ruszyłem, wiernie idąc tuż za nią. Przez całą drogę wpatrywałem się w czerwony materiał.
Po dojściu na przystanek, okazało się, że przyszliśmy równo z pojazdem, więc nie musieliśmy czekać. Był również prawie pusty; zajęliśmy ostatnie miejsca i ruszyliśmy. Przez ciszę, zacząłem myśleć o wczorajszym spotkaniu z Izaakiem. Sam nie wiem, dlaczego. Wydawało mi się, że po tamtym spotkaniu zapomnę o nim jak zawsze, ale okazało się, iż jego osoba tym razem nie opuści mej pamięci tak szybko, jakbym tego chciał. Po powrocie do pokoju zauważyłem reklamówkę i kopertę. Gdyby nie siniaki na rękach i zapamiętane jego ostre słowa na mój temat, powiedziałbym, że się o mnie troszczy. Myślę, że robi to wszystko od niechcenia, gdyby tylko mógł, uciekłby, zostawiając mnie, najlepiej związanego w piwnicy, bym zdechł z głodu. Dziwię się, że nie zrobił tego zanim tu trafiłem. Mieszkaliśmy sami dość długo.
Spojrzałem kątem oka na Taigę. Ciekawe, czy ona też miała kogoś bliskiego. Pytanie aż sunęło mi się na usta.
- Masz rodzeństwo? - Spytałem w końcu, na co dziewczyna spojrzała na mnie zaskoczona i skrzywiła się lekko. Może nie powinienem o to pytać, to było głupie, na jej miejscu zmieniłbym temat. Odwróciłem głowę skonsternowany i już miałem zapomnieć o bezsensownych słowach, kiedy usłyszałem słowa Tai:
- Nie znam go dobrze. Na ogół jest nieco nieokrzesany, ale kiedy ja się zjawiam, staje się... inny.
Zmarszczyłem brwi.
- Jest lepszy?
- Tak - powiedziała z zastanowieniem - pewnie by mnie nie skrzywdził.
Westchnąłem cicho, chowając usta za szal. Wyjrzałem za okno, a moje oczy co sekundę przyklejały sie do czegoś innego. Jeśli jej brat faktycznie obroniłby ją, gdyby zaszła taka potrzeba, to jest szczęściarą.
- O! - krzyknęła nagle, kiedy autobus gwałtownie się zatrzymał. Pisk hamulców dotarł do moich uszu. Sam nie wiem, czy zlęknąłem się krzyku czy dźwięku hamulca. - To tutaj - dodała i zeskoczyła z siedzenia.
***
Kiedy mijałem regały w poszukiwaniu kolejnych gatunków, zauważyłem, że Taiga z prawie niezauważalnym uśmiechem przeglądała jakieś magazyny plotkarskie. Czyli nie stała tu bezużytecznie, to dobrze, bo po wejściu złapało mnie poczucie winy, że zaciągam ją gdziekolwiek chcę. Wróciłem do szperania między regałami, szukając czegoś, co przypadłoby mi do gustu.

<Tai, Tai?>

niedziela, 24 lipca 2016

Od Kaito - C.D Taigi

Szczerze, nie wiedziałem, co zrobić, jak się zachować, zaakceptować czy odrzucić zaproszenie. Gryzłem się z myślami, jednak ostatecznie zgodziłem się, ale dalej nie byłem pewny. Taiga wydaje się być naprawdę miłą osobą w przeciwieństwie do ludzi, których już znam, albo zdarzyło mi się poznać. W końcu nadzwyczajnie mnie do niej ciągnęło, aż sam się dziwiłem, że chcę z nią spędzać czas. Wstałem, wysilając się na uśmiech i rozprostowałem skrzydła i ręce, wyciągając je w górę, po czym wbiłem dłonie z powrotem w kieszenie bluzy. Ruszyłem spokojnym krokiem za energiczną dziewczyną, przy okazji wpatrując się w jej długie, mleczne włosy. Przeskakiwała z nogi na nogę z niesamowita lekkością, jakby nic nie ważyła.
Poczułem jak moje źrenice się powiększają. Może również ma puste kości? Ale jak to by się miało do jej mocy? Z tego, co udało mi się zaobserwować, potrafiła ożywiać swoje rysunki. A więc jest Alfą. Lub Gammą. Białowłosa nagle zatrzymała się i obróciła, spoglądając na mnie. Gdybym się nie zatrzymał, wpadłbym na nią. Po chwili zmarszczyła nieco brwi, jednak dalej się uśmiechała. Dopiero po tym zrozumiałem, że przyglądam się jej od dłuższej chwili. Speszony odwróciłem wzrok i zacisnąłem usta w wąska linię.
- Prawie jesteśmy - powiedziała i podniosła rękę, by wskazać cel naszej drogi. Był po drugiej stronie ulicy... jakieś trzysta, może mniej metrów. Wyostrzyłem więc wzrok i przyjrzałem się lodziarni bliżej. Nie była duża, przypominała bardziej kawiarnię połączona z barem.
Przytaknąłem Taidze porozumiewawczo i przeszliśmy przez ulicę. Po tej części chodnika zrobiło się tłoczniej. Zdecydowanie wolałem pustkę w parku. Niezgrabnie obijałem się o innych, kiedy coś kazało i się zatrzymać. Stanąłem na środku chodnika jak zamurowany i odcinając się od każdego otaczającego mnie bodźca. Jedyne, co do mnie docierało, to ten zapach i uczucie czyjejś furii, otulającej mnie jak zimowy koc. Zło i nienawiść przepłynęły przez każdy mój mięsień, nerw i komórkę. Nieprzyjemne uczucie coraz bardziej ogarniało moje ciało, aż osiągnęło swój szczyt. Mrowienie i fala gorąca uderzyły tak gwałtownie, że zbrakło mi powietrza w płucach, a przez głośny pisk w uszach poczułem jak do oczu napływają łzy.
Kiedy mnie minął, a nieprzyjemne uczucie opuściło ciało, poczułem, jak blokada ustępuje i, dalej z szeroko otwartymi ze zdumienia oczami, odwróciłem się w kierunku osoby, która nawet nie powstydziła się zahaczyć o moje ramie. Wśród tłumu nie dało sie nie zauważyć czarnej, skórzanej kurtki, na której plecach ręcznie naszyto naszywkę w martwym ptakiem o jasnym upierzeniu. Izaak uśmiechał się chytrze, nie musiałem nawet tego widzieć. Czułem jego niekończące się, szalone szczęście, które charakteryzuje tylko tych chorych psychicznie sadystów. On zdecydowanie się do nich zalizał, nawet bez niszczącego duszę uśmiechu i szalonego spojrzenia, chowanego pod czarną czupryną. Dopiero, kiedy znalazł się za rogiem następnego budynku, wypuściłem nabrałem powietrza w płuca. Co on tutaj robił? Czego chciał? Na pewno nie znalazł się tutaj przypadkowo. O nie, nasze spotkania nigdy nie są przypadkowe.
- Kaito, wszystko w porządku? - Usłyszałem ciekawski głos Taigi. Odwróciłem się, by jej odpowiedzieć, ale od razu od niej odskoczyłem, gdyż była nachylona tka, że mógłbym się z nią zderzyć.
- N-nie strasz mnie - zmarszczyłem brwi.
- Ja? - spytała sama siebie ze ściągniętymi brwiami, jednak w sekundę na jej twarzy pojawił się ten znany mi już uśmiech, jakby chciała przez to powiedzieć "Nieważne".

<Tai?>

niedziela, 17 lipca 2016

Od Kaito - C.D Taigi

Zamknąłem oczy i uspokoiłem oddech, kiedy nastąpił cichy dźwięk, jakby przepływającego prądu. Był to najcichszy i najprzyjemniejszy dźwięk, jaki zdołałem zapamiętać. Zacząłem odliczać dokładnie trzy minuty. Miałem sto osiemdziesiąt sekund spokoju. To już trzecia, a za razem ostatnia przerwa, oznajmiająca prawie koniec badania.
Nienawidziłem rezonansu magnetycznego, choć powinienem się dawno przyzwyczaić. Robiono mi go co tydzień. To wiem na pewno. Co chwilę sprawdzali mój mózg, jakby w każdej chwili miał zostać zaatakowany przez nieuleczalną chorobę, spowodowaną zamknięciem mnie tutaj. Jeśli jednak tak jest, to co zrobią, jeśli to się zacznie? Byłby to chyba mocny cios w serce, zabić tak młodego dzieciaka, chociaż.. Pewnie ginęli tu młodsi ode mnie. Wzdrygnąłem się, kiedy dźwięk przypominający uderzania młotem o kowadło rozebrzmiał w moich uszach. Z sekundy na sekundę był coraz głośniejszy. Miałem ochotę zacisnąć zęby najmocniej jak potrafiłem lub podnieść ręce, by zatkać uszy, jednak od razu chęć tego mijała. Środek uspokajający... Za każdym razem przed położeniem na stół faszerowali mnie nim, czasami dawką dla konia. Nie dziwiłem im się. Za pierwszym razem udało mi sie wykonać niezłą akcje; nie potrafiłem znieść hałasu tworzonego przez aparat. Był nie do wytrzymania.
Przełknąłem ślinę, kiedy poczułem, jak do oczu napływają łzy.
***
Czułem, że środki podane mi godzinę temu schodzą. Mimo to nadal czułem sie zmulony i otępiały. Pomimo zaleceń lekarzy i całej tej hordy naukowców, że powinienem pójść do swojego pokoju i zawinąć się w pościel i przespać następny dzień, postanowiłem pójść do parku, położyć sie na gałęzi jakiegoś drzewa i zasnąć tam. Chciałem się spotkać z Taigą.
Następnego dnia, kiedy wstałem, kruka już nie było; rozpłynął się, kiedy spałem, jednak wspomnienia o Taidze pozostały. Bałem się, że obudzę się nieświadomy wczorajszego spotkania. Cieszyłem i nadal cieszę się, że ją poznałem. Była miła, bardzo miła, a zważywszy, że znałem tylko ją, chciałem, by zwykłe spotkanie zamieniło się w znajomość. Uśmiechnąłem się pod nosem, pamiętając jej słowa z poprzedniego dnia. "Jestem tu codziennie".
Codziennie, jednak nie cały czas, jęknęła moja podświadomość. Spotkałem się z białowłosą przed południem, tak, było wcześnie. Teraz jest późno. O piętnastej badania, później rezonans, trwało to ponad godzinę. Zacząłem wątpić, czy dziewczyna pojawi się o tak późnej porze.
- O, cześć, Kaito - usłyszałem delikatny głos Taigi. Otworzyłem ślepia, rozglądając się na wszystkie strony. Dopiero po kilku sekundach zorientowałem się, ze jestem ponad trzy metry nad ziemią, przylepiony do potężnego konaru. Nieco zdezorientowany Podniosłem głowę i spojrzałem w dół, znajdując w końcu postać białowłosej.
- Cześć - mruknąłem, przecierając oczy.
- Ile tam spałeś? - znajoma uśmiechnęła się i usiadła na ławce pode mną.
- Niedługo - westchnąłem. - Bałem się, że nie przyjdziesz - rzuciłem bezbarwnie, podnosząc się na nogi i prostując zastane kości i skrzydła. Dopiero po tym zeskoczyłem, lądując przed znajomą. Zachwiałem się lekko, kiedy nogi ugięły się pod moim ciężarem, zupełnie jak po zbyt długim locie. Jednak bez problemu utrzymałem równowagę. Zapomniałem, że moje nogi szybko odzwyczajają się od chodzenia.

<Tai?>

poniedziałek, 11 lipca 2016

Od Kaito - C.D Taigi

Wpatrywałem się z szary chodnik z prztykniętymi oczyma. Nie chciałem, by zauważyła jak niepokojąco bledną. To nie w porządku, ale chciałem mieć pewność, że nie będę musiał uciekać, jak zawsze. Nie wiem, dlaczego aż tak się balem. Byliśmy pod wielkim, szklanym kloszem, otoczeni przez ludzi, którzy kontrolują każdy nasz ruch, ale i chronią. Nikt nie zrobiłby mi krzywdy... prawda?
Zmarszczyłem brwi. Bzdura.
Traciłem pamięć, jednak sytuacji, kiedy niektórzy mi dokuczali, wyrywając pióra czy szturchając kijami skrzydła nie potrafiłem się wyzbyć. Mimo błagań nikt nigdy nie przyszedł, więc przed czym tak naprawdę nas chronią? Jedynie, co zrobili, to zamknęli jak ptaki w klatce. Ptaki... Co za ironia.
Przestań, skarciłem się w duchu, zostawiając chęć rzucenia się do ucieczki za sobą. Podniosłem głowę, wbijając czerwone spojrzenie w drobną posturę nieznajomej. Była spokojna, nie chciała zrobić nic złego, tylko oddać mi świstek. Nabierając powietrza w płuca, jakbym chciał nabrać razem z nim jak najwięcej pewności, wyciągnąłem rękę, jednak w sekundę straciłem jakąkolwiek żądzę zdobycia świstka, kiedy zauważyłem pięknego kruka siedzącego na ramieniu białowłosej. Podniosłem nieco wyżej dłoń, która miałem odebrać własność na wysokość ramienia dziewczyny. Spojrzałem, oczarowany jego pięknem, w lśniące, drobne oczka. Był cudowny. Jego pióra mieniły się w słońcu tyloma odcieniami czerni, granatu i zieleni, że nie potrafiłem się nasycić ich intensywnością. Nim się spostrzegłem, ciemne stworzenie przeskoczyło z ramienia na moją dłoń. Czując jego lekki ciężar na mojej twarzy pojawił się niekontrolowany uśmiech, z sekundy na sekundę zamieniający się w cichy chichot, kiedy reszta ptaków zaczęła na mnie przysiadać. Pomimo bluzy zakrywającej całą długość rak, czułem ich cienkie szpony, wbijające się lekko.
- Są twoje? - spytałem, ciesząc się jak dziecko.
Dziewczyna wpatrywała się, a raczej pożerała niebieskim spojrzeniem, jakbym był zdobyczą bądź eksponatem w muzeum. Poczułem się niezręcznie, więc zgarbiłem się nieco i docisnąłem skrzydła do pleców, jakby miały sie w nie wtopić. Niemiałbym nic przeciwko, gdyby tak sie stało.
- Nie mieszkają ze mną, ale można tak powiedzieć - odezwała się już z normalna miną. Moje mięśnie, choć niepewnie, rozluźniły się; część pierzastych zeskoczyła z powrotem na chłodny bruk. - Polubił się - uśmiechnęła się, mówiąc o kruku, który jako jedyny został. Wziąłem pod uwagę te słowa i ze zdumieniem, ale i cholerną radością mogłem powiedzieć, że jest to pierwsza, lubiąca mnie istota. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Nie zapomnij tego - wyciągnęła rękę ze skrawkiem papieru i pomachała mi nim prawie przed nosem, na co wzdrygnąłem się i marszczyłem brwi, widząc białą kartkę. Cofnąłem się z szybciej bijącym sercem o parę kroków. Pierzasty przyjaciel zleciał swobodnie z mojego ramienia, więc mogłem włożyć dłonie w kieszenie szarej bluzy.
- Co to...?

<Tai? ^^>