Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anjika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anjika. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 października 2016

Od Anjiki - C.D Sebastiana

Lody? Why not. Zdjęłam piękny jesienny liść z ramienia(jest jesień nie?xp)Schowałam go do notatnika. Dopiero po tym spojrzałam na mojego rozmówcę. Młody. Chociaż to dało się zauważyć od razu, ale na pewno musi mieć więcej niż dwadzieścia lat.
-Lody?-rzekłam spokojnie.- Chodźmy.
Powiedziałam z delikatnym uśmiechem. Nie przeszkadzało mi milczenie, które zapadło między nami. Ojciec chyba uczył mnie, że to milczenie wcale nie świadczy o tym, że jest to osoba nie wychowana lub, że możesz być dla niej nudny. Ruszyliśmy w kierunku pobliskiej lodziarni. Chłopak zamówił swoją porcję i zapłacił. Ja wzięłam lody miętowe z czekoladą. Po zapłacie wzięłam trochę do ust. Poczułam jak rozpływają mi się na języku. Chłodne i orzeźwiające. Jednym słowem pychotka. Poszliśmy następnie na spacer. Na drzewie zobaczyłam afisz mówiący o imprezie nad jeziorem. “Pożegnanie Lata” głosił nagłówek. “Pokaz sztucznych ogni” było napisane na dole. Uśmiechnęłam się do siebie. Jeszcze nigdy odkąd mieszkam tutaj nie widziałam fajerwerków. A z “poprzedniego” życia nie potrafiłam sobie przypomnieć czym były.
-Idziesz?-spytał mnie Sebastian bez ogródek. Dość dziwne jak na gościa, który do tej pory milczał.
-Nie wiem. Może pójdę-powiedziałam spokojnie.
Mimo, że lato już miało się ku końcowi upał był dość spory. Szybko skończyłam lody i wyciągając błyszczącą wstążkę związałam włosy wysoko na głowie.
-A ty pójdziesz?-zapytałam wiążąc wstążkę w kokardę.
Chłopak milczał. Poszliśmy dalej spacerem. Na szczęście wiał trochę wiatr, który chociaż trochę ochładzał wszechobecny upał. Wreszcie doszliśmy do mojej okolicy. Chwilę spacerowaliśmy po pobliskim lesie. Aż doszliśmy do księgarni, w której zawsze kupuję książki.
-Możemy tutaj wejść?-spytałam Sebastiana, jak dziecko pytające mamę czy może wejść do sklepu z zabawkami.
Oczy musiały mi błyszczeć, bo Sebastian zasłonił usta dusząc śmiech. Poczułam jak czerwienieją mi policzki. To wywołało już otwarty śmiech chłopaka.
-Dobrze. Chodźmy-zgodził się wreszcie.
Otworzył mi drzwi jak na gentelman’a przystało. Od razu podeszłam do półki z nowościami.
“Król Kruków” głosił tytuł. Uniosłam gruby tom w rękach. Przekartkowałam. Powąchałam papier. Przeczytałam tył okładki.
-O witaj Anjiko-powiedział właściciel.-Widzę, że masz dobre oko. Moje córki wprost uwielbiają tę serię. Więc zamówiłem.
-Na prawdę? Pana córki mają świetny gust-powiedziałam z uśmiechem do staruszka.
On i jego rodzina nie mieli żadnej arcany. A mimo to zgodził się pracować w takim miejscu. Miałam więc do niego wielki szacunek.
-Dziękuję ci kochana-powiedział z jeszcze szerszym niż ja uśmiechem.
Wzięłam jeszcze drugi tom. I od razu poszłam do kasy. Staruszek podstemplował moją kartę stałego klienta.
-Jak ci się spodoba to przyjdź do nas, a dostaniesz w gratisie trzeci tom-powiedział.-Dziewczynki ciągle się pytają kiedy przyjdziesz nas odwiedzić.
-Bardzo dziękuję-powiedziałam z uśmiechem zabierając swój zakup. -Nie wiem kiedy. Ale postaram się jak najszybciej. Do widzenia.
Wyszłam z księgarni. Sebastian czekał na mnie oparty o ścianę. Sam też trzymał siatkę z książkami. Widać staruszek go dopadł. Ten człowiek potrafił każdego zainteresować.
-Przyjemne miejsce-powiedział wskazując głową budynek.
Przytaknęłam lekko. Poszliśmy dalej. Dotarliśmy pod drzwi mojego domku. Zatrzymałam się przy drzwiach. Sebastian chciał odejść. Przypominając sobie o dobrych manierach powiedziałam do niego:
-Może wejdziesz. Mam mrożoną herbatę. Powinna być już dobra-powiedziałam z delikatnym uśmiechem.
Chłopak się zgodził. Przekręciłam klucz w zamku i otworzyłam drzwi. Wprowadziłam go do środka. To co mogło uderzyć chłopaka w oczy to były książki. Wszędzie książki. Na półkach, regale, stole, a nawet na podłodze poukładane w schludne stosiki. A gdzie dużo książek to też dużo kurzu, ale nie w tym domu. Nigdzie nie było nawet najmniejszego pyłku. Nie było też porozrzucanych rzeczy, czy nie zmytych naczyń. Było po prostu nieskazitelnie czysto.
-Wytrzyj buty-pouczyłam go i zaraz zaczerwieniłam się lekko. Nie powinnam tego mówić.
Wyjęłam klucz z zamka i odłożyłam do przeznaczonej na to wnęki przy drzwiach, które zamknęłam. Zdjęłam buty i w samych skarpetach poszłam do kuchni, gdzie dopiero włożyłam kapcie, bo była wykładana kafelkami. Coś mi mówiło, że to może zdziwić chłopaka. Ale dawnych przyzwyczajeń trudno sie pozbyć mimo tego, że nawet się ich nie pamięta. Posadziłam Sebastiana tyłem do wejścia. Wyciągnęłam z szafki wysokie szklanki. Z zamrażarki wyjęłam kostki lodu. Do każdej szklanki wrzuciłam dwie. Resztę odłożyłam na miejsce. Schematyczne ruchy. Wyuczone kroki. Z lodówki wreszcie wyciągnęłam dzbanek i nalałam napój do szklanek. Odstawiłam na miejsce. Z szuflady wyciągnęłam podkładki, aby nie zniszczyć stołu. Najpierw podkładka, a na niej dopiero szklanka postawiona przed chłopakiem. Znów otworzyłam lodówkę. Wyjęłam naleśniki. Słodkie. Postawiłam na stole, a następnie wyciągnęłam talerzyki, widelczyki i noże, a także syrop klonowy. Ułożyłam to wszystko na stole. I dopiero wtedy wzięłam swój napój i usiadłam.
-Częstuj się-powiedziałam upijając łyka cudownie pysznej i orzeźwiającej herbaty.-Dobre?
Spytałam kiedy Sebastian spróbował naleśników. To chyba był przepis mojej matki, bo miałam mgliste wspomnienia, że ona mi je przygotowywała. Ale nie mogłam sobie nic przypomnieć.

<Seba-chan? Wybacz, że takie chaotyczne :) >

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

[Event #1] Od Anjiki - C.D Natsume

Dzień zapowiadał się pięknie i słonecznie. Spędziłam cały na odpoczynku w parku z książką. Może to był błąd i przez swoją głupią ciekawość właśnie zapisałam się do plutonu śmierci. W końcu na zewnątrz szaleje groźna Arcana, a naszym zadaniem jest ją złapać, a co bardziej prawdopodone uśmiercić. Poszłam więc za chłopakiem z werbunku na plac. Naukowiec objaśnił nam z kim mamy mieć doczynienia. "No pięknie niebezpieczna Arcana, władająca lękami. Pięknie." Ale jak się już zgodziłam to trudno. Nie mogę zostawić moich znajomych? Kolegow? Przyjaciół? Dobre. Więc zamiast słuchać wyjaśnień że Vasques jest niebezpieczny bo bla...bla...bla... Zajęłam się szukaniem w tłumie znajomych osób. Na Taigę nie trudno było trafić. Chociaż był niższa niż większość osób tutaj zebranych. No dobrze. Może była jedną z najniższych. Szybko do niej podeszłam.
-Dzień dobry Taiga-powiedziałam z uśmiechem.
-O witaj Anjiko-odpowiedziała mi z lekim uśmieszkiem.
-Dziwne, że naukowcy nie potrafią dorwać tego człowieka przy pomocy sigm-mruknęłam krzyżując ramiona na pieri.-Nie podoba mi się to.
Dziewczyna przytaknęła mi cicho.
-Myślę nad kamuflarzem... Bo jak jego ludzie zobaczą nas to od razu nabiorą podejrzeń... Muszę pomyśleć-zastanowiłam sie chwilę.-Mundurki szkolne!
-Co masz na myśli?-zapytała niepewnie Taiga.
-Zobaczysz-powiedziałam z kocim uśmiechem.
Naukowiec kazał nam wrócić tutaj o 22:00 co oznaczało, że nie mamy za wiele czasu. Zanim wszyscy się rozeszli policzyłam osoby na tyle niskie, że mogły wydać się licealistami. Oraz tych co mogli być nauczycielami. Jak naukowiec skończył gadać biegiem ruszyłam do domu. Odpaliłam komputer i zaczęłam czytać o mieście, w którym mamy zacząć poszukiwania.
"Region ściśle turystyczny. Chętnie odwiedzany przez młodych ludzi w czasie letnim"
A poniżej banner z napisem: "Wycieczki szkolne w atrakcyjnych cenach". Szybko sprawdziłam szkoły, z połowy kraju, które mogły wyjechać do tej miejscowości. Jednyną szkołą, która nic nie organizowała okazała się być St. Marguritte. Problemem było, że nauczycielmi byli tylko faceci. No ale wezmę na nauczyciela może, Lee i ten chłopak co ma imię z Bibli, no i ten białowłosy. Wyglądają bardzo młodo. Na maximum dwadzieścia pięć lat. Ale mogą być tacy młodzi nauczyciele. Wiele razy o takich czytałam. W mangach Taigi. Na przykład 1/3 no Kareshi lub Koi wa Beniiro. Weszłam w galerię i obejrzałam zdjęcia mundurków. Wyrwało mi się przekleństwo. Nie spodoba się to im. Na pewno się nie spodoba. Miałam niecałe dwie godziny, aby uszyć mundurki dla ośmiu dziewczyn i czterech chłopaków. Damski krój znałam już na pamięć. Szybko więc powstało osiem mundurków dla dziewczyn. Trudniej było z mundurkami dla chłopców. Szelest materiału i turkoczący dźwięk maszyny działały na mnie uspokajająco. Kiedy ręcę odnalazły odpowiedni rytm. Czas wydawała się nie istnieć. Ale w końcu równo o 21:45 zapakowałam ostatni do pudełka. Szybko wzięłam najpotrzebniejsze rzeczy. Kilka ubrań na zmianę. Jakieś ustrojstwo nad którym zaczęłam pracować. I razem z pudłami wyszłam z domu. A za mną pobiegły wilczki. "Ch.olera. Zapomniałam"pomyślałam. No nic musiały ze mną iść.
-Do zobaczenia. Mam nadzieję, że wkrótce-szepnęłam do ścian i do każdego zakamarka.
"Będe tęsknić"pomyślałam. Zanim zdążyłam się rozmyślić ruszyłam biegiem do wyznaczonego miejsca. Wszyscy już się zebrali. Naukowcy biegali wokół nich przygotowując ich na ostateczną drogę.
-Em przepraszam-zaczęłam podchodząc do jednego z naukowców.
-G66 zostaw te pudła nie możesz ich ze sobą zabrać.
-Ale to pomysł na kamuflarz-zaczęłam.
-Ta schowasz ich do pudeł czy jak?-warknął.
Wyrzucił mi je z rąk. Co przyciągnęło uwagę zebranych Arcan oraz wywołało warczenie wilków
-Yuki, Shiro sza-szepnęłam do szczeniaków.
Wilki od razu się uspokoiły. Z pudeł wypadły mundurki.
-Co to jest G66?-zapytała wysoka kobieta.
-To kamuflarz. Sprawdziłam. St. Marguritte jako jedyna szkoła nie jedzie do tego miasta. I to są mundurki z ich placówki. Wymyśliłam że-wskazałam po kolei Lee, Aarona i Enzo-Oni będą nauczycielami, a reszta uczniami.
-A co z tymi wielkimi?-wskazał Sebastiana i Toshiro.-Nie są wystarczająco wysocy na nauczycieli?
-Pięciu nauczycieli na dziesięciu uczniów?-rzekłam spokojnie.- Nie sądzę, by to było okey. Za dużo nauczycieli by było wtedy. Tylko dla chłopaków potrzeba czarne spodnie.-wszystko mówiłam pewnie. Pilnując by głos mi nie zadrżał co było bardzo możliwe. Po prostu się denerowałam.
Sebastian podszedł do mnie i położył mi dłoń na ramieniu. Zdziwiła mnie ta reakcja, wywołała też syk niezadowolenia u Lou. Czy tych dwoje coś łączyło? To teraz nie było ważne.
-To jak maskujemy się tak czy nie?-spytałam pewniej.
Naukowcy szybko przystali na tę propozycję.
Mundurki dla dziewczyn były w podobnych rozmiarach, ale miały specjalne szwy by można je było dopasować:

U niektórych osób wywołało to śmiech.
-Ej tak się noszą w St. Marguritte!-zawołałam szybko.
Po czym wręczyłam mundurki chłopakom. Pani naukowiec szybko przyniosła czarne spodnie dla czwórki chłopaków.
-Ten facet szybciej umrze ze śmiechu niż naszych umiejętności-zaczął zrzędzić Toshiro.
-Ja tego nie włożę-zaprzeczyła Shino.
-Wkładaj to, albo zostajesz gówniaro!-warknął naukowiec.
Wszyscy szybko się przebrali i pochowali broń w torbach. Nauczycieli wcisnęliśmy w równie czarne spodnie i koszule, ale bez loga szkoły za to z opaską na ramię z informacją że jest opiekunem. Kiedy im się przyglądałam nie mal chciałam parskąć śmiechem. Tak wszyscy wyglądali jak uczniowie ze szkoły dla indywidualistów na wycieczce szkolnej. Normalnie. Kiedy wyszliśmy przed bramę Ośrodka, naukowcy rzucili za nami krótkie powodzenia. Jakie to miłe z ich strony, że podstawili autokar. Zapakowaliśmy nasze torby do luku bagażowego. Nie mogliśmy się długo rozglądać dookoła, bo pośpieszając nas wepchnęli nas do środka. Musiałam się długo wykłucac z kierowcą by pozwolił mi wsiąść ze szczeniakami. Ale się udało.
-Ale jak któryś nasra, albo naszcza sprzątasz to swoją szczoteczką do zębów-warknął do mnie.
Usiadłam po lewej stronie pod oknem. Szczenięta ułożyły się obok moich nóg.
-Mogę się dosiąść? Wszystkie miejsca są zajęte-powiedział jakiś chłopak.
-Tak-odpowiedziałam.
Obok mnie usiadł Sebastian. Chłopak, którego poznałam w parku. Wróć spadłam na niego. Nie przeszkadzało mi to jednak by chłopak usiadł obok mnie. Sigmy naradzały się przyciszonymi głosami. Gdyby nie cisza panująca w pojeździe myślałabym że to na prawdę wycieczka.Pogłaskałam śpiące szczenięta. Autokar powoli ruszył z podjazdu. Zaraz mieliśmy ruszyć w nieznany świat. W świat, z którego każdy z nas niewiele pamięta. Ukrywałam zdenerowanie. A w każdym razie próbowałam. Bo było to trudne. Wyciągnęłam więc książkę i włączając lampkę nad głową zaczęłam czytać.
-Jedziemy prawdopodobnie na śmierć, a ty czytasz?-zakpił Toshiro.
-To pomoże mi się uspokoić-szepnęłam tak żeby nie usłyszał i nie odrywając się od liter po prostu czytałam. Wiedziałam, że nasza podróż potrwa przynajmniej kilka godzin. No ale nic na to nie poradzimy. Musimy zachować pozory.

(Shino?)

[1030 słów]

środa, 3 sierpnia 2016

Od Anjiki - C.D Toshiro

-Do widzenia-odpowiedziałam mu grzecznie kiedy odchodził.
Schowałam książkę do torby i wstałam otrzepując spódnicę z niewidzialnych paprochów.Po rozmowie z chłopakiem, który wciąż i wciąż szukał Taigi ruszyłam do domu. Wzięłam leki, które powinnam wziąć o tej porze. Postanowiłam pokazać Taidze tę książkę. “Cienie na księżycu” Przed wyjściem jednak postanowiłam wziąć prysznic. Ciepła woda powoli obmywała moje białe ciało. Przymknęłam oczy. Słowa jasnowłosego chłopaka: “Wbrew pozorom, jestem dla niej kimś ważnym” odbijały mi się w głowie. “Może to jej brat”pomyślałam. Właściwie to ich oczy były podobne. Westchnęłam. Postanowiłam porozmawiać z Taigą. Może uda mi się ją przekonać, żeby porozmawiała z tym dziwnym facetem. Może rzeczywiście jest kimś z jej rodziny. “Jeśli jest jej bratem lub kuzynem to fajnie ma. Przynajmniej będzie mieć kogoś bliskiego na tym końcu świata. Ciekawe, czy ja mam kogoś tam na świecie” pomyślałam. Tak na prawdę niewiele pamiętałam z mojego poprzedniego życia. Wiedziałam, że jestem z Finlandii, a moje imię znaczy “błogosławiona”. Ojciec mi je nadał. Jednak mogłam cały dzień próbować, a nie udałoby mi się przypomnieć jego twarzy czy chociażby głosu. Zimny strumień wody przywrócił mnie do rzeczywistości. Szybko zakręciłam wodę. Wysuszyłam się ręcznikiem i jeszcze wilgotne włosy zaplotłam w dwa warkoczyki.

anime girl original long hair twin braids glasses blue eyes black hair photo tumblr_neogutN8G71sujosuo1_1280_zps1b8e3b64.png Schowałam książkę do torby. I wyszłam z domu. Już powoli zmierzchało. Nie chciałam zastanawiać się ile czasu spędziłam pod prysznicem. Postanowiłam pójść na skróty. Przez drogę, gdzie nie było żadnych latarni ani ludzi. Od bardzo mądre. Drogę zastąpił mi jakiś facet.
-Co taka śliczna panienka robi w takim paskudnym miejscu jak to?-spytał.-Jeszcze możesz trafić na jakiegoś zboczeńca.
Cofnęłam się kilka kroków w tył.
-Zostaw mnie w spokoju-powiedziałam mrużąc oczy.
- No dalej chodź, lepiej to zrobić po dobroci, aniżeli po złości, prawda? - Ponownie zaczął się do mnie zbiliżać.
-Nie podchodź-powiedziałam wyciągając przed siebie parasolke.
Wtedy obok mnie pojawił się znajomy chłopak. Zgodnie z jego poleceniem odsunęłam się robiąc mu miejsce. Przywarłam do ściany, żeby mu nie przeszkadzać.
***
Kiedy było już po wszystkim wyciągnęłam chusteczkę i przyłożyłam do jego rozciętej wargi. Na co chłopak cofnął się przeklinając.
-Słownictwo-znów zwróciłam mu uwagę.
Przytrzymałam jego rękę by nie mógł się cofnąć. Mimo, że byłam drobna to miałam trochę siły.I znów przyłożyłam mu chusteczkę do wargi. Wcześniej wycierając mu brodę. Widok krwi jakoś za specjalnie mnie nie odstraszał.
- Nie dotykaj mnie, bo złamię swoją jedyną zasadę, jakiej przestrzegam.-powiedział kiedy znów przyłożyłam mu chusteczkę do wargi.-To tylko krew. Codzienność, zaraz przestanie więc schowaj tą chusteczkę, bo nie będziesz miała w co nosa wydmuchać.-Uśmiechnął się.
- Jest czysta. Nie zachowuj się jak dziecko!-powiedziałam poważnie, patrząc mu w oczy. Użyłam tonu nieznoszącego sprzeciwu. -Mogę zawsze kupić drugą.
Chłopak przewrócił oczami, ale wziął chusteczkę. To nie było zbyt grzeczne, ale postanowiłam mu odpuścić. W sumie nie był taki koszmarny, jak mi się na początku wydał. Uśmiechnęłam się delikatnie do niego.
-Co ci się twarz tak cieszy?-spytał.-Przecież tamten facet chwilę temu chciał cię zgwałcić.
Zaśmiałam się cicho, na to przypomnienie.
-Faktycznie. Masz rację-roześmiałam się perlistym śmiechem.
-Jeśli szukasz adrenaliny, to radzę ci jej poszukać w innym miejscu z dwóch powodów. Po pierwsze byłem pierwszy, a po drugie, jesteś drobna, a nie często ktoś tutaj chodzi…-powiedział wpatrując sie we mnie.-Dasz mi już spokój? Ja się pobawiłem. Ty żyjesz. Idę po sake.
Jego słowa znów wywołały u mnie śmiech. Podeszłam do ogrodzenia.

http://45.media.tumblr.com/4851cb0953a11f1e7a1da93c81a5bd97/tumblr_nz64zkMqPi1qe1bdeo1_500.gif Wieczorny wiatr rozwiewał mi włosy.
-Nie doceniasz mnie. Może i jestem drobna, ale umiem sobie radzić. Bo tak jak ty nie jestem człowiekiem. Znaczy nie do końca-powiedziałam powoli.
-Ta? Mogę już sobie iść?-spytał trochę niegrzecznie.
Nagle usłyszałam piekielny jazgot i odgłos wystrzałów. Szybko puściłam się biegiem w tamtym kierunku.
-Hej mała czekaj! To niebezpieczne!-wyrwało się chłopakowi.
Ja go jednak nie słuchałam. Biegłam najszybciej jak tylko mogłam. Moja szybkość mogła zadziwić niejednego. Dotarłam na rynek. Księżyc w pełni oświetlał cały okrąg placu. Na samym środku stały dwa wielkie białe wilki. Żyjąc na północy Finlandii widziałam wilki już wcześniej. Ale te były ogromne,a na dodatek białe. Matka, ojciec i dwoje młodych. Do nich zbliżali się naukowcy ze strzelbami. Puściłam się biegiem w ich kierunku.
-Ej stój oni mają broń!-usłyszałam słowa chłopaka.
Zawróciłam tylko po to by oddać mu okulary. Wcisnęłam mu je w dłonie.
-Popilnuj-krzyknęłam już odbiegając.
Pęd powietrza zdarł mi gumki z warkoczyków. I włosy teraz powiewały za mną jak długi czarny tren. Za późno dotarłam, gdyż dorosłe wilki zostały zabite. Mierzyli teraz do młodych. Przyśpieszyłam przebiegając między nimi.
-Nie!-krzyknęłam zasłaniając maluchy.
Jednak zanim cokolwiek się stało naukowcy pociągnęli za spusty. Odgłos wystrzałów rozdarł nocną ciszę. Skuliłam się na ziemi przyciskając wilcze dzieci do piersi.Pociski jednak zamiast zabić mnie i szczenięta rozbiły się na tarczy utkanej z cieni.
-Powiedziałam nie!-podniosłam głos stając prosto.
Moje oczy błyszczały krwistoczerwonym blaskiem.
-Odejdź stąd G66. One nie przeżyją bez matki-warknął jeden z naukowców.
-To mogliście ich nie zabijać!-krzyknęłam.
Powietrze przeszyła fala dźwiękowa drgającego powietrza, która raniła uszy tych wrogich dla mnie ludzi. Z pleców wyrosły mi skrzydła falującego mroku. Łańcuchy mroku owinęły się wokół moich ramion, a ostrza na ich końcu połyskiwały ostrzegawczo. To samo tyczyło się ostrzy, które zmaterializowały sie na moich dłoniach.
-Jeśli będziecie chcieli je zabić musicie zabić najpierw mnie!-przyjżałam się z osobna każdemu członkowi tej obławy. Jeśli mieli chociaż odrobinę oleju(i wiedzy o moich umiejętnościach) w głowie uciekną w ciągu trzech...dwóch...jednej...sekundy. A jednak wciąż tam stali wpatrując się we mnie jak ciele na malowane wrota. Kucnęłam i pogłaskałam szczenięta.
-Przepraszam-szepnęłam do leżących na ziemi ciał rodziców wilków. -Przepraszam.
Po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Duża wilcza łapa, białej wilczycy dotknęła mojego kolana. Kiedy na nią spojrzałam zawyła cicho. “Zaopiekuj się nimi. A będą cię chronić.Pomogą ci kiedyś.” mówiło jej spojrzenie zanim jej oczy się zamknęły, a ciało i oddech znieruchomiały.
-Obiecuję. Zajmę się nimi-szepnęłam.
Wszystkie sygnały ostrzeżenia zniknęły. Byłam znów zwykłą dziewczyną. Moje oczy znów przybrały najzwyklejszy w świecie błękitny kolor. Pogłaskałam martwe ciało matki wilczycy. Znalazłam na jej szyi naszyjnik z wilkiem wyjącym do księżyca. Podobny był zawieszony na szyi ojca. Zdjęłam je im i założyłam maluchom. Były na nie zbyt duże. “Potem je skrócę. Powinnam mieć coś idealnego do tej czynności.”pomyślałam. Naukowcy ulotnili się niczym powietrze z balonu. Wzięłam w ramiona szczenięta.
-Tylko tyle wam zostało po rodzicach-szepnęłam wtulając twarz w ich miękkie futro.
Białe wilki tak rzadkie. A pod Kopułą zostały zabite dwa zdrowe osobniki. Wstałam z bruku.
-Trzeba je pochować-powiedziałam do siebie, patrząc na martwe ciała wilków.
Poczułam czyjąś, ale znajomą obecność. Myślałam, że chłopak sobie poszedł kiedy naukowcy prysnęli. Nagle zalała mnie znajoma fala lęku. A jeśli to ta sigma, którą straszą nas naukowcy, żebyśmy nie robili głupst. Odwróciłam się przyciskając maluchy do piersi. Wpatrywałam się w niego nieufnym spojrzeniem czerwonych oczu.
http://cf067b.medialib.glogster.com/media/94/94b85f50f51477cc05afddf43c6e77200247190362afb9cdf1db069455d941ba/rosario-vampire-capu2-episode-1-blood-red-eyes.jpg
-Nie podchodź! -warknęłam cofając się.-Nie pozwolę ci ich zabić!
Cieszyłam się, że dziś jest pełnia. Mogłam mu chociaż uciec. Ale co dalej? Mogłam się schować gdzieś daleko od miasteczka. W ułamku sekundy każdy z moich zmysłów został postawiony w czujności. Nie ufałam mu. “Każdy może zdradzić każdego” rozbrzmiewało mi w głowie zdanie z książki. Znów się cofnęłam bo chłopak zmniejszył odległość między nami.
-Stój w miejscu!-krzyknęłam do niego.
Wywołało to tylko uśmiech niedowierzania i przewrócenie oczami.

<Toshiro?>

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Od Anjiki - Do Sebastiana

Siedziałam w poczekalni. Znów szłam na jakieś idiotyczne badania. Przecież wiedzieli już o mnie wszystko. Znów zbadali mi oczy, krew, motorykę. Teraz zabierali mnie na bieżnię. Miałam pewnie przebiec jakieś 100 okrążeń. Mówi się trudno. Teraz musiałam już zawsze nosić okulary, bo inaczej mogłam komuś zrobić krzywdę. Jakby to, że cierpię na ostrą odmianę anemii nie był wystarczający, by mnie upokorzyć. Nie taką córkę wyobrażali sobie moi rodzice. A właściwie czy mam kogoś poza tymi murami? Mamę? Tatę? Rodzeństwo? Psa lub kota? Bardzo możliwe. Jednak nie pamiętam nic z tamtego okresu. Z mojego poprzedniego życia.
-Anjika La..Lev….-zaczął lekarz.
Znów to samo. Nie potrafili przeczytać mojego nazwiska.
-To się czyta Laevelova proszę pana-poprawiłam go.
-A tak, tak-powiedział.-Nevermind. Na bieżnie.
Wszystko mówił zimnym głosem, jakbym była jakimś eksperymentem, a nie prawdziwą osobą. Wstałam z ociąganiem. Zdjęłam okulary, bo jak się przewrócę by mi nie spadły i się nie potłukły, ani żeby nie przeszkadzały mi podczas biegania.
-Zakładaj te okulary natychmiast!-krzyknął na mnie. Podskoczyłam na ton jego głosu. Piskliwy i przerażony. Chyba musiał być przy tym przedstawieniem, które dałam jakiś czas temu, gdy jeden z nich chciał zrobić coś na co nie miałam ochoty. Wzdrygnęłam się na samą myśl. Moje oczy znów błysnęły na czerwono.
-Natychmiast!-pisnął, wyrwał mi je i siłą włożył mi na twarz.
Nie powiem zabolało. Może zostawił jakieś siniaki. No nic jutro ukryje je pod warstwą pudru.
-A teraz na bieżnię-powiedział gniewnie przez zaciśnięte zęby.
Przewróciłam oczami. Związałam długie włosy granatową wstążką. Puściłam się biegiem po bieżni. Okrążenie po okrążeniu pokonywałam ze spokojem.
-Dobra wystarczy-krzyknął naukowiec w białym kitlu.
Zwolniłam i zatrzymałam się. Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem, aż się cofnął.
-Wypad stąd mała. I nie rób problemów, bo pożałujesz-warknął.
Delikatnie mu się skłoniłam. Czym wprowadziłam go w zakłopotanie.
-Tak jest-powiedziałam z uśmiechem.
Szybko opuściłam duży biały budynek. Biegiem pokonałam odległość dzielącą ten pseudo szpital i mój domek. Otworzyłam drzwi i szybko przeszłam przez próg. Zamknęłam dokładnie drzwi. Szybko pozbyłam się tego stroju do ćwiczeń i wrzuciłam go do prania bo najwyższy czas było go uprać. Weszłam pod prysznic. Szybko się umyłam. Wysuszyłam włosy i zostawiłam je rozpuszczone. Siedząc w szlafroku zjadłam obiad i wzięłam niezbędne leki. Po obiedzie postanowiłam się ubrać:
Potem poprawiając okulary zabrałam książkę i poszłam do parku. Wzięłam ze sobą szkicownik, a może coś narysuję chociaż ostatnio brakowało mi weny. Kiedy wreszcie dotarłam do parku jęknęłam. Wszystkie ławeczki były zajęte. Wielu po prostu siedziało i rozmawiało. Niektóry spożywali niedozwolone napoje. A inni po prostu drzemali. Wreszcie udało mi się znaleźć wolną ławeczkę. Usiadłam więc na niej. Na przeciw mnie na ławce spał wysoki chłopak. Jego pierś powoli unosiła się w górę i w dół. Przyłapałam się na tym, że zastanawiam się jaki ma kolor oczu. Potrząsnęłam głową by pozbyć się tej myśli.Wyciągnęłam szkicownik i zaczęłam go rysować. Powoli powstały kontury, by po chwili nabrać wyrazistości. Co chwile patrzyłam na niego by móc narysować jakiś szczegół. Tak mi szybko czas zleciał, że nie zauważyłam srebrnych oczu wpatrujących się we mnie kiedy go rysowałam. Kiedy on znalazł się naprzeciwko mnie?
-Mogę wiedzieć co ty robisz?-spytał uważnie mi się przyglądając.
Zerwałam się na równe nogi. Szkicownik upadł mi na ziemię. Po chwili już stałam na oparciu ławki. Z dłoni wystawały ostrza, a ramiona oplatały łańcuchy unoszące się nad głową, gotowe w każdej chwili zaatakować przeciwnika.
-Przepraszam nie chciałem cie wystraszyć-mruknął Sebastian.-Lepiej zejdź bo spadniesz.
Nie chciałam żeby mówił mi co mam robić. Obróciłam się żeby zeskoczyć z saltem do tyłu, ale poślizgnęła mi się noga. Poleciałam do tyłu.
-Ostrożnie!-zawołał chłopak i rzucił się by mnie złapać.
Oboje chwilę później leżeliśmy na ścieżce. On obejmował mnie w tali, jakby wciąż próbował mnie ochronić przed upadkiem. Policzki mi poczerwieniały. Szybko wstałam. Złapałam chłopaka za rękę i pomogłam mu wstać. Był dużo wyższy ode mnie.
-Przepraszam-szepnęłam pochylając się w ukłonie. -Przepraszam-dodałam już głośniej.

<Seba-chan?>

niedziela, 31 lipca 2016

Od Anjiki - Do Toshiro

Wstałam wcześnie rano, gdyż nie potrafiłam zasnąć przez całą noc. Dziś wreszcie wychodziła kolejna część mojej ulubionej książki i po prostu musiałam ją mieć. Wiedziałąm też, że wychodzi dziś kolejna część ulubionej mangi mojej znajomej Taigi. Poznałyśmy się właśnie w tej księgarni. Poleciła mi kilka tomików książek, a wydawało mi się że tylko czyta mangi. Po szybkim śniadaniu i lekach popitych jedynie szklanką wody wybiegłam z domu. Po drodze prawie potykając się na nierównym chodniku przeliczyłam pieniądze. “Tak” pomyślałam. Starczyłoby jeszcze na jedną czy dwie dodatkowe książki, które bym mogła kupić. Szukając point cart’y wpadłam na jakiegoś mega wysokiego chłopaka. Miał chyba z dwa metry. Co przy moich beznadziejnych 1,65 robiło dużą różnice.
-Przepraszam-powiedziałam szczerząc się w uśmiechu.
Coś odburknął mi w odpowiedzi. Ale ja go nie dosłyszałam, gdyż szybko go wyminęłam i pobiegłam do księgarni. Była 7:55 na zegarku kiedy zatrzymałam się przed wejściem. Dysząc pochyliłam się do przodu by złapać trochę oddechu.Zaczynałam żałować, że nie zabrałam ze sobą wody.
-Masz-ktoś podsunął mi butelkę wody.
Wyprostowałam się i odkręciłam ją. Szybko wypiłam zawartość.
-Ojć, przepraszam.-spojrzałam na mojego wybawce, a raczej wybawczynię.
Stała przede mną Taiga. Białe włosy jak zwykle miała rozpuszczone, a błękitne niczym szmaragdy oczy błyszczały w wczesnym świetle.
-Nic nie szkodzi-odpowiedziała.
-Odkupię ci ją w automacie-odpowiedziałam szybko poprawiajac zsuwające się okulary.
-Na prawdę nie trzeba-powiedziała z nieznacznym uśmiechem, chociaż nie wiem. Ona sie raczej nie uśmiechała.
-Ależ nalegam-powiedziałam spokojnie.
Wtedy otworzyli księgarnię. Właściciel powitał nas z uśmiechem. Już nas rozpoznawał.
-Wiedziałem, że dziś przyjdą moje stałe klientki-powiedział.
-Dzień dobry! Tak, tak. Przecież pan wie, że od dziś można kupić “Siłę”. Czekałam na to chyba wieczność-powiedziała z uśmiechem.
Właściciel roześmiał się. Jego śmiech rozszedł się echem w porannej mgle.
-Dobrze wchodźcie do środka. Wybierzcie sobie książki. Dziś mamy promocje.Trzy w cenie dwóch. Mang też to dotyczy.
Znów się uśmiechnął widząc jak nasze oczy rozbłysły. Przepuścił nas w wejściu. Od razu odkupiłam wodę Taidze.
-Na prawdę nie trzeba-powiedziała dziewczyna.
-Weź. Nie chcę być ci dłużna-powiedziałam podając jej butelke.
-Dziękuje-schowała ją do torby i podeszła do regału.
Ja też zagłębiłam się w książkach. Czując ich zapach. Na samym środku działu “Fantasy” były one. Książki mojej ulubionej autorki. Od razu wzięłam do ręki jeden z tomów. Przekartkowałam go. Przeczytałam tył oraz powąchałam. Taki piękny zapach tuszu właściwy tylko dla tego wydawcy. Od razu wzięłam ją i zaczęłam przeglądać nowości. Jednak jakoś żadna mnie nie ujęła. Poszukałam wzrokiem tanich książek, które kochałam kupować. Jednak kiedy i tam nie znalazłam nic co by mnie zainteresowało raz jeszcze przejrzałam dział fantastyki. Wybrałam “Magiczną Gondole” i “Cienie na Księżycu”.
-Muszę koniecznie pokazać tą książkę Tai-chan. Spodobałaby się jej. -powiedziałam do siebie oglądając książkę.
Kiedy zajrzałam do mang, zobaczyłam tylko wysokiego faceta, tego samego, którego spotkałam rano. Chyba. Nie mam pamięci do twarzy. Taiga musiała już iść bo nie było po niej śladu.
-Szukasz swojej koleżanki?-spytał sprzedawca.
-Właściwie to Taiga i ja nie jesteśmy koleżankami. Po prostu się znamy-powiedziałam poprawiając spadające okurary.-I tak szukam jej. Chciałam pokazać jej tą książkę.
Wręczyłam mu “Cienie na księżycu”.
-Aaa bardzo dobra książka. Mojej córce się bardzo podobała. “Królestwo Łabędzia” jest w gratisie.
-Na prawdę? Dziękuję!-pisnęłam z uśmiechem.
Poszłam do kasy i zapłaciłam za książki. I podstępowałam kartę. Wyszło na to, że opuściłam księgarnię z dziewięcioma nowymi książkami, chociaż planowałam najpierw tylko trzy nowe pozycje. Kiedy już miałam opuścić księgarnię usłyszałam jak ktoś pyta o Taigę. Kiedy tu przychodzi czy gdzie mieszka.
-Zboczeniec jak nic-mruknęłam pod nosem.
Chłopak spojrzał na mnie. “Cholera usłyszał mnie!”przeszło mi przez myśl. Zaczęłam rachować w głowie czy zdążę dobiec z tym do domu, bez przewrócenia się po drodze. Odpowiedź brzmiała nie.
-Często widuję tutaj ją razem z Taigą-powiedział właściciel wskazując na mnie.
Chłopak podszedł do mnie. Musiał się nachylić żeby spojrzeć mi w twarz. Cofnęłam się do tyłu potykając się o wystający kamień poleciałam na ziemię. Książki z hukiem upadły obok mnie.
-I diabli wzięli wszystkie romantyczne first love, które widziałam w mangach Taigi-mruknęłam do siebie. zaczęłam zbierać książki.
Okulary zsunęły mi się z nosa i spadły. Szybko je podniosłam i założyłam. Wtedy dopiero spojrzałam w twarz wysokiego młodzieńca. Przez chwilę patrzyły na mnie oczy Taigi. Co było dość dziwne. Potrząsnęłam głową by pozbyć się tego wrażenia.
-Co mała zapuszczasz tutaj korzenie czy kulturalnie wstaniesz?-warknął.
-Tak się składa, że upadły mi książki, muszę je zebrać-powiedziałam zbierając swój nowy zakup.-Wybacz śpieszy mi się. Tak się składa, że mam trochę do poczytania.
Odwróciłam się by ruszyć do domu. Szybko zostawiłam go przed księgarnią. Odłożyłam zakupy na regał, który ostatnio zakupiłam. Zabrałam małą przekąskę a mianowicie sałatkę ze szpinaku, wodę, leki, które musiałam wziąć popołudniu, książkę i wyszłam do parku poczytać. Przed wyjściem zabrałam jeszcze parasolkę bo zapowiadali ulewę. Jednak nie mogłam długo cieszyć się lekturą, bo znów przerwał mi ten tajemniczy chłopak sprzed księgarni.
- Szukam Taigi, a ty podobno ją znasz-powiedział do mnie bez ogródek.
-Po pierwsze dzień dobry-powiedziałam spokojnie.
Spojrzał na mnie zdziwiony, ale powiedział.
-Dzień dobry-odpowiedział zdziwiony.
-Po drugie. Może ją znam. Może i nie. Zależy od tego w jakim celu potrzebna jest ci ta informacja-powiedziałam opierając się na ręcę. W drugiej trzymałam książkę. Uważnie lustrowałam wzrokiem chłopaka, który oparł się o drzewo. Jakby jego wypowiedź miała potrwać dłuższy czas. Wyjęłam butelke z wodą i upiłam łyk wody.

<Toshiro>

Od Anjiki - Do Lee

Dzień zapowiadał się słonecznie. Wyszłam więc z domu, gdyż lekarz kazał mi więcej wychodzić na dwór. Zabrałam “Magiczną Gondolę”, gdyż coraz bardziej zaczynała mnie ciekawić. Nowe leki jednak sprawiły, że czułam otępienie i dochodził do tego upał. Po pół godzinie wróciłam do domu. Wiedziałam, że zaraz będzie ulewa. Poprzedził to szum wiatru. Następnie powoli krople wody zaczęły uderzać o szybę. Niewiele myśląc wyszłam z domu, nie myśląc o zabraniu parasolki. W tym czasie deszcz przybrał na sile. Chłodne krople chłodziły miło moja skórę i rozjaśniały umysł. Spacerowałam w deszczu. Woda spływała po mokrych włosach, wsiąkała w już mokre ubranie. A właściwie w zwykłą czarną na ramiączka sukienkę. Na nadgarstku na czarnym rzemyku zawiesiłam krzyżyk.Buty miałam też przemoczone, ale lubiłam deszcz. Lubiłam w nim spacerować. Przeszłam się alejką, przy której były jakieś krzaki.Usłyszałam jakieś miałczenie. Rozgarnęłam gałęzie i zobaczyłam małego białego kociaka, którego deszcz również nie oszczędził. Wzięłam go delikatnie na ręce. Z ramienia utworzyłam kołyskę. Drugą ręką podrapałam kotka po puszystym brzuszku. Kotek zaczął się bawić moją bransoletką. Usłyszałam odgłos kroków zanim jeszcze zobaczyłam postać wysokiego chłopaka. Odwróciłam się w stronę dochodzących kroków, we właściwym czasie cofając się i robiąc unik zanim wpadł na mnie. Zdziwiony moim szybkim unikiem poślizgnął się na mokrej trawie i wywrócił się. Parasolka wypadła mu z ręki. Wciąż trzymając kota przyjrzałam się chłopakowi, który powoli podnosił sie z ziemi. Zwierzak widocznie rozpoznał w nim swojego pana, gdyż wystrzelił z moich ramion jak z procy i podbiegł do chłopaka. Ja w tym czasie podniosłam jego parasol i podałam mu. Jednak nie wziął jej. Nie od razu. Najpierw obejrzał zwierzątko ze wszystkich stron.
-Spokojnie panie, nie mu nie zrobiłam. Jest tylko mokry- powiedziałam cicho.
Wreszcie wziął ode mnie parasol. Chroniąc siebie i kota przed deszczem. Przyjrzał mi się uważnie.
-Dobrze się czujesz?-spytał mnie.
Zdziwiło mnie jego pytanie. Aż tak źle wyglądałam? Chyba muszę pogadać z tymi naukowcami. Widać jakiś lek źle działa z innymi.
-Krew ci leci z nosa-wyjaśnił po chwili.
Uniosłam dłoń do twarzy. Rzeczywiście moje palce zabarwiły się na czerwono. “Kurcze, przecież biorę regularnie leki”pomyślałam.
-Masz może chusteczkę?-spytałam.
Nie liczyłam na to, że ją ma. Moje pytanie było najspokojniejsze na świecie. Po prostu działo się to już setki razy wcześniej. Ten sam schemat. Te same zachowania. Norma. Chłopak pokręcił przecząco głową. “No świetnie. Zaczynałam żałować, że nie miałam, żadnej chusteczki, albo chociaż części tkaniny. Wytarłam więc krew w nadgastek tworząc czerwone smugi. W tej samej chwili zaczęło kręcić mi się w głowie. Oparłam się więc ręką o najbliższe drzewo.
-Hej wszystko w porządku?-ponowił pytanie.
Pokiwałam głową tylko po to by pozbyć sie mroczków przed oczami.
-Tak. Wszystko w porządku.-powiedziałam próbując przybrać jak najbardziej godną postawę na jaką pozwalała mi ta chwila słabości.
“Nie narzeka, nie płacze, nie jęczy”przypomniały mi się słowa. Chyba mojego ojca.
-Nic mi nie jest-powiedziała spokojnie.
-Nie wydaje mi się.-powiedział, głaszcząc kota.
Znów zawirowało mi w głowie i opadłam na kolana. Nie nie mogłam teraz zemdleć. Poczułam coś zimnego. To kot zaczął trącać moją dłoń swoim zimnym noskiem. Czyli gdzie był teraz chłopak. Poczułam jak ktoś obejmuje mnie z przodu ramieniem.
-Już w porządku panienko-powiedział spokojnym głosem.
Nie wiedziałam co powiedzieć, nie mogłam go też odepchnąć. Nie chciałam być niegrzeczna, ale też nie potrafiłam dłużej okazywać słabości. Krew z nosa zaczęła mi spływać już po brodzie i kapać na chodnik. Teraz też tak zbawienne dla mnie chłodne krople deszczu zdawały się przeszywać mnie milionem lodowych igieł. Chciałam już po prostu iść do domu.
-Spokojnie panienko-mówił do mnie chłopak. Słyszałam go jak przez mgłę. Wszystko zamazywało mi się przed oczami.-Już dobrze.
Jego silne ramiona wciąż mnie podtrzymywały bym nie walnęła twarzą o twardy chodnik. Deszcz wokół nas jak na złość przybrał na sile, jakby chciał nas zatopić. Znów wróciłam do tego dnia, kiedy prawie utonęłam w jeziorze. Znów lodowata woda zalewała mi nos, usta i płuca uderzając we mnie miliardem lodowych szpilek. Gdzieś wśród tego słyszałam głos chłopaka i miauczenie tego jego kotka.

<Lee wybacz, że tak krótko?>