Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Riruka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Riruka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 października 2016

Od Riruki - C.D Hazel

   Od samego początku mojej egzystencji tutaj, zdawałam sobie sprawę z tego, jak będzie. Jedna ze zwyczajów panujących w tym miejscu bardzo kojarzyła mi się ze światem zewnętrznym, mimo że nie do końca go pamiętam, a mianowicie fakt, że takie osoby jak ja postawione są na najniższej hierarchii społecznej, ukształtowanej przez samą ludność. Zaistniał podział na charaktery, zamożność, rangę... ktoś, kto nie potrafi się odezwać, jest ograniczony i coraz trudniej jest mu przetrwać pośród miastowego zgiełku, gdzie ważne jest to, by nie dać się wbić w ziemię. Tymczasem to jest mój kolejny tydzień, a ja - tak samo jak większych zdolności - nie mam także głosu w wymagających tego sytuacjach. Nie liczyłam razów, gdy zostałam zaczepiona na ulicy, w dziwny i niestosowny sposób wyśmiana... nauczyłam się odwracać na pięcie i odchodzić w zupełnie inną stronę, podczas gdy moje serce wypełniała nadzieja, iż tego człowieka nigdy więcej nie spotkam. Ta taktyka działała długo, dopóki pewnego słonecznego, naprawdę pięknego dnia, nie spotkałam pewnego mężczyzny. Na jego twarzy najpierw zobaczyłam gęsto rosnącą brodę, później podarte i niechlujne ubrania, a na końcu poczułam uścisk. Zbliżył się do mnie i otworzył usta, by przemówić. W okamgnieniu do moich nozdrzy dotarł nieświeży oddech spleciony z niemiłą wonią alkoholu. A ja? Stałam jak wryta, podczas gdy na mojej twarzy gościło czyste przerażenie. Szarpałam się, chcąc wydostać rękę z jego uścisku, jednak na próżno. Uchwyt wspierany większą siłą znacznie dał o sobie znać i wygrał tą walkę o wolność. Sprawił, że moja twarz znalazła się jeszcze bliżej jego szaleńczego i gwałtownego spojrzenia. Wymówił parę nieprzyzwoitych gróźb, propozycji, lecz ja nie mogłam odróżnić żadnego słowa. Może to dlatego, że w mojej głowie panował totalny chaos, nie potrafiłam się uspokoić i myśleć o jednej rzeczy.
   – To co, oddasz wszystko pokojowo? – Zapytawszy, uniósł wolną rękę i wykonał gest oczekujący pieniędzy.
   I wtedy rozległ się kobiecy wrzask, a może nawet krzyk, lecz nie był on przepełniony przerażeniem, a złością i groźbą. Odwróciłam głowę, ale nie udało mi się skorzystać z nieuwagi napastnika. Zamiast zacząć się wyrywać, razem z nim odwróciłam głowę w kierunku wysokiej dziewczyny, która zmierzała twardo w naszą stronę.
   – Ej ty! – Wydarła się kobieta. Na pewno była bardzo ładna, a przede wszystkim o niebo wyższa ode mnie. – Puszczaj ją jeśli życie ci miłe! – Wtedy, zanim ponownie mężczyzna pociągnął mnie za sobą, moje myśli rozbłysnęły radością. Byłam szczęśliwa, a z drugiej strony zdziwiona, że ktokolwiek zainterweniował specjalnie, by wybawiać mnie z opresji, która i tak pewnie nie jest ostatnia.
   – O kurwa! Znowu ten babsztyl! – Odsuwał się lekko zdenerwowany, przez co zaciskał dłoń na moich rękach. Wydawało się, że nawet zapomniał, iż w ogóle trzyma mnie obok siebie. Nieznana kobieta ruszyła biegiem w naszym kierunku. Miałam wątpliwości co do tego, że sobie poradzi, bo w końcu to był masywny oprawca, a tu nagle taka niespodzianka... moje dotychczasowe teorię rozpadły się niczym lustro na miliony małych kawałków. Dorwała ubrania szaleńca i odepchnęła go do tyłu, w efekcie czego gruchnął twardo o podłoże. W okamgnieniu czarnowłosa dopadła do niego i zaczęła okładać pięściami po twarzy. Próbował się bronić, zakrywając rękoma swoją twarz, lecz ostatecznie nie udało mu się ochronić nosa, policzków i łuku brwiowego, z którego za chwilę zaczęła się sączyć całkiem obfita strużka krwi. Kompletnie nie wiedziałam co mam powiedzieć, a może o czym pomyśleć. Po prostu moje myśli zatrzymały się w miejscu, podczas gdy oczy próbowały nadążyć za natłokiem nowych, niespodziewanych zdarzeń. Jako zakończenie tego przyjemnego widowiska, dziewczyna dźwignęła się ponownie na nogi i jednym, sprawnym ruchem sprzedała facetowi kopa z półobrotu. Mogłam tylko powiedzieć "wow".
    – Uciekaj i spróbuj tylko dotknąć jakąś dziewczynę, a pożałujesz tego! – Spojrzała na niego wściekła. Gdy mężczyzna bardzo powoli próbował zebrać się w całość, ocean cierpliwości dziewczyny wysechł i zdecydowała się ona ponaglić go kolejnym kopniakiem. Potem znikł z zasięgu mojego wzroku, a wybawicielka odwróciła się w moją stronę. Lecz jak się okazało, z powodu dużych emocji zdecydowałam się po prostu ulotnić się z miejsca, co było niezbyt skuteczne. Tak naprawdę to nie chciałam tak zachować się wobec niej, ale moje nogi same rzuciły się do ucieczki. Nie minęła minuta, a ta sama dziewczyna zajechała mi drogę.
   – Nic ci nie jest? Ten obleśny typ to jakiś wariat… – Prychnęłam i spojrzałam na nią z troską.
   I wtedy nadszedł moment, kiedy zbierałam się w sobie i zamierzałam otworzyć usta, by coś powiedzieć. Choćby jej podziękować.
   – Hmmhm... dzięki za pomoc. Raczej bez pani bym sobie nie poradziła. – Przymknęłam oczy, a po chwili na mojej twarzy rozbłysł niepewny uśmiech.
   – Pani? Mam tylko 19 lat, nie postarzaj mnie – zaśmiała się krótko, a ja wybałuszając oczy, nie mogłam uwierzyć, że naprawdę jest taka młoda. Gdy mój wzrok po raz pierwszy ją spotkał, założył, że ma powyżej dwudziestki. Oczywiście to żadna obelga, bo po prostu kobieta prezentowała się dla mnie dość formalnie i dojrzale.
   – Wybacz – roześmiałam się, a moja ręka zmierzwiła włosy w geście lekkiego zakłopotania. – Więc... jak masz na imię? – Mimo jej zapewnień, bardzo dziwnie się czułam, kiedy miałam być z nią na "ty".
   – Hazel. – Wyciągnęła rękę, którą natychmiast uścisnęłam, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Pierwszy raz tak długo patrzyłam się na kogoś i nie czułam się przy tym niekomfortowo.
   – Riruka, ale raczej wszyscy mówią mi Ruka – odparłam, lecz w mojej głowie na hasło "wszyscy", pojawiła się czarna pustka. Doskonale wiedziałam, że nie mam znajomych, a samo przywitanie zajmuje mi wiele zachodu. – Znaczy... ja ogólnie nie mam zbyt wielu znajomych, ale mniejsza z tym. Naprawdę nieźle walczysz, jak to się nazywa? – Nim w ogóle się zorientowałam, zaczęłam podążać z dziewczyną wzdłuż ścieżki.
   – Co? Ta sztuka? Aikido – przyznała ze śladami dumy na twarzy.
   – Znasz kogoś, kto mógłby mnie jej nauczyć? – Nie wyrażałam w sumie największych chęci, ale gdy zastanawiałam się nad tym, co mogę zyskać: obrona przed napastnikami, pewność siebie i swoich ruchów... to by mi zdecydowanie pomogło. A poza tym pomyślałam, że to dobry pretekst żeby złapać z nią kontakt.

(Hazel?)

niedziela, 4 września 2016

Od Ruki - C.D Leo

  Ja? Zaatakować? Gdyby znał mnie dłużej, to wiedziałby, ze to jest raczej niemożliwe, a chęci do nauki to ostatnie, na co mam ochotę. Chociaż zdaje mi się, że zdążył przejrzeć mnie już na wylot i to bez żadnych starań. Oczywiście trening to trening, tam będę zmuszana do wymierzania ataków. Ale póki co, to podobna myśl nawet nie przebiegła mi przez głowę. Wprawdzie to myślałam, że moim trenerem będzie jakiś zgorzkniały facet po trzydziestce z masą zasad, a tymczasem stoi przede mną młody, całkiem przyjemny chłopak. No i trzeba powiedzieć, że także niczego sobie! W sensie z... charakteru! Bo co innego mogę sobie pomyśleć…
   Kiedy moja głowa coraz bardziej plątała się w myślach, mimowolnie odwróciłam głowę, ledwo hamując cisnący się na usta uśmiech. Bezskutecznie.
   – Hmm? Co cię śmieszy? – zapytał i spojrzał na mnie badawczo, a ja przez swój niekontrolowany chichot pozwoliłam sobie na sekundę zapomnieć, jak bardzo wstydzę się tego, kiedy na mnie patrzy.
   Opanowałam się.
   – ...Nie czytasz w myślach, prawda? – Delikatnie przekrzywiłam głowę.
   – A co? Już takie nieprzyzwoite myśli masz o mnie? – Uśmiechnął się, po czym wlepił we mnie swoje przenikliwe, fiołkowe spojrzenie, które od razu sprawiło, że moje policzki oblały się piekącym różem. Rozejrzałam się w poszukiwaniu czegokolwiek, czym uda mi się zakryć twarz, lecz gdy zrozumiałam, że dystans między mną a poduszką jest zbyt wielki, użyłam swoich rąk. Tak, poczułam się o wiele lepiej. Ciemność dodała mi nieco swobody i przestałam się martwić tym, co jest na zewnątrz. Lecz te poczucie minęło tak szybko, jak się pojawiło, bowiem niespodziewanie poczułam delikatny dotyk na swoich nadgarstkach. Teraz w moich uszach dudniło jedynie serce, które w dodatku łopotało jak spłoszony ptak. Czas dla mnie stanął, choć Leo zrobił tak niewiele: lekko pociągnął za moje nadgarstki, ściągając je do dołu i tym samym odkrył moją czerwoną twarz, która normalnie stałaby się o przynajmniej ton bledsza. Cisza panująca między nami trwała przez dłuższą chwilę, albo tak mi się tylko zdawało… pamiętałam tylko, że nie mogłam odwrócić wzroku, bo barwa jego oczu za bardzo mnie hipnotyzowała. No cóż, wyglądało to dziwnie, nie inaczej.
   – Spokojnie, nie czytam w myślach. Wolałbym byś w odpowiednim czasie sama się do tego przyznała. – Puścił mi oczko, a ja natychmiast wyrwałam nadgarstki, przerywając tę jakże cichą i uroczą chwilę.
   – N-nie przyznam się! – zaprotestowałam, dopiero po przynajmniej sekundzie uświadamiając sobie, jak to brzmi… tak, jakbym faktycznie myślała o nim w nieprzyzwoity sposób i się przed tym broniła… a tak przecież nie było! – Znaczy… nie, chwila! Wróć! – Zaczęłam się plątać, i naprawdę byłam zdziwiona, że on jeszcze nie zaczął się śmiać na cały głos. – Nie mam się do czego przyznawać, naprawdę! – Nagle poczułam dziwny uścisk w żołądku. Wprawdzie to wyróżniał się on na tle całego piekła, jakie rozgrywało się w moim wnętrzu. Miałam zacząć się nad nim zastanawiać, ale niepostrzeżenie do mojej głowy przybył o wiele lepszy pomysł.
   – Wybacz Leo, muszę wyjść… – wydukałam. Skoro Leo wiedział już po części jaka jestem, to powinien domyślać się, że to była dla mnie zbyt trudna, a przede wszystkim nowa sytuacja, do której nie umiałam się przyzwyczaić. Oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że nie jest aż tak poważna, ale tak czy siak to było dla mnie odrobinkę za dużo. Muszę ochłonąć… bałam się, że moja reakcja całkiem go do mnie zrazi… lecz zrobiłam to: wyszłam, ponownie przepraszając, i już po chwili w jego apartamencie nie było po mnie śladu. Miałam ogromne szczęście, że moja siedziba znajduje się dosłownie obok, bo ostatnie, na co miałam ochotę to biegać wte i we wte. Gdy tylko ujrzałam rozgrzebane łóżko, rzuciłam się w jego stronę, zanurzając twarz w białej poduszce. I leżałam tak dość długo, dopóki waga dzisiejszego dnia nie zmusiła mnie do refleksji. Nadal biłam się za sytuację, którą sama wprawdzie sprowokowałam. Po kiego chuja ja pytałam o te czytanie w myślach… Nie miałam ochoty płakać, aż tak tragicznie nie było, ale… chyba za bardzo przejmuję się opinią innych. Strzępienie sobie nerwów nad tym zwykle kończy się u mnie bólami głowy, lecz dzisiaj zanim całkiem wpadłam w dołek, otworzyłam laptopa i weszłam na komunikator, gdzie zastałam swoją znajomą online. Tam byłam równie skryta, a jej jako jedynej udało się do mnie dotrzeć. Rozpoczęłam z nią konwersację, lecz parę minut później podjęłyśmy decyzję, by do siebie zadzwonić, bo zasugerowała, że łatwiej będzie rozmawiać. Ogólna dyskusja toczyła się wokół mojego dzisiejszego dnia, a szczerze mówiąc – ten temat przychodził mi z niemałym trudem.
   – No i co, miałaś ten trening? – zapytała Kasumi.
   – Tak, było… świetnie. – Uśmiechnęłam się, mimo że nie tryskałam od nadmiaru entuzjazmu.
   – Już widzę ten sarkazm. – Dziewczyna w pewnym stopniu mnie rozbroiła, choć nie ukrywam, że Leo ogólnie wydaje mi się bardzo sympatyczny. – Opowiadaj!
   – Nie ma co opowiadać, naprawdę… – Przekrzywiłam głowę, całkiem odwracając swoje zrezygnowane spojrzenie. Od tego siedzenia po turecku zaczęły mnie niemiłosiernie boleć plecy.
   – No proszę! – Naciskała, i ostatecznie udało jej się wyciągnąć ode mnie parę słów. No dobra, prawie całe spotkanie!
   – ...I skończyło się na tym, że się skompromitowałam. – Wydałam z siebie cichy chichot pełny przemęczenia.
   – Ale jaja – odparła, a na czacie pojawiły się takie znaczki: ( ͡° ͜ʖ ͡°). W odpowiedzi jedynie prychnęłam z irytacją. – Hej! Ty może weź się z nim zaprzyjaźnij. Poważnie dziewczyno, jesteś taka nieśmiała, że aż urocza. Wyrzuć to z siebie! Nie blokuj się, serio poczujesz się lepiej. 
   – Gdyby to tylko było takie łatwe… – Westchnęłam, i muszę powiedzieć, że mimo tego ciekawego pomysłu, realizacja była niemożliwa. To jest tylko mój mentor, gdybym próbowała nawiązać znajomość, to wyszłabym na jakąś nachalną dziewczynkę… na pewno jest starszy.
   – Ale chociaż spróbuj, ok? Dla mnie. A teraz spadam, bo Javier przyszedł. – Oznajmiając, rozłączyła się, a ja zostałam sama ze sobą. Rozmowa wprawdzie nie była długa, ale nieco dała mi do myślenia i mogłabym śmiało powiedzieć, że interesował mnie pomysł Kasumi. Może faktycznie powinnam nauczyć się z kimś rozmawiać… takie życie jest kompletnie nudne, i w końcu umrę, a nikt nie będzie o tym wiedział. No dobra, może trochę wyolbrzymiam, ale gdyby spojrzeć prawdzie w oczy to tak naprawdę jest. Spojrzawszy na zegar, odczytałam godzinę dziewiętnastą. Czyli minęło całkiem sporo czasu, zanim wróciłam od mojego mentora. Ostatecznie po niezdecydowanym przestępowaniu z nogi na nogę, jednogłośnie oświadczyłam, że dzisiaj wychodzę. Nie przygotowywałam się zbyt długo, a nawet nic nie zmieniałam w swoim stanie. Raczej nie trudno było trafić do apartamentu Leo, więc gdy tylko znalazłam się obok sąsiada, zapukałam delikatnie w jego drzwi, od razu słysząc wyraźne kroki dochodzące z wewnątrz.
   – Hmm? Dzień dobry, w czym mogę panience pomóc? – Czarnowłosy przybrał teatralny ton, zmuszając mnie do uśmiechu. Jednak im dłużej w ciszy patrzył się na mnie, a ja na niego, czułam się bardziej zakłopotana i rozważałam myśl, by po prostu zawrócić. Ale… coś było w nim innego. Zmienił fryzurę? Jego grzywka nie do końca pokrywała oko, zamiast teraz rozkładała się na czole.
   – Niee, ja tylko… – Przerwałam, kiedy obok wysokiego czarnowłosego chłopaka pojawił się drugi, bardzo podobny. – C-co jest?
   – Leo ma straszny syf, nie polecam – powiedział nagle ten pierwszy, którego widziałam, a Leo, czyli mój PRAWDZIWY mentor, spuścił głowę zrezygnowany, jakby mówiąc „nie mam syfu, tylko ty przesadzasz”. Jak mogłam ich, do cholery, pomylić? Już zapomniałam o tych przenikliwych, fioletowych oczętach? No co jak co, byli do siebie na tyle podobni, bym musiała zastanawiać się nad tym, kto jest kim. Pomijając już ich tożsamości: nawet nie zauważyłam, kiedy znalazłam się za drzwiami.
   – Coś się stało? – Odezwał się Leo, podczas gdy ten drugi usiadł w kuchni, krzycząc „no pijesz tę herbatę?!”.
   – O nic w sumie… no bo… przyszłam do ciebie – odparłam, zrywając kontakt wzrokowy, i nawiązując go ponownie w podłogą. Zapewne to dla mojego mentora musiało być niezłym szokiem, bo zdawałam sobie sprawę, że miał mnie za dosyć nieśmiałą dziewczynkę. – Tak… po prostu.

(Leo?)

sobota, 20 sierpnia 2016

Od Riruki - C.D Leo

 Wprawdzie nie wiem co sobie myślałam, pukając w jego drzwi. Dopiero teraz dotarło do mnie, że wszystko co przed chwilą się wydarzyło nie powinno mieć miejsca... za bardzo się tym przejęłam, co teraz przyczyniło się do powstania tej niezręcznej dla mnie sytuacji. Która naiwna dziewczynka wchodzi do pokoju nieznajomego, prosząc o pomoc? Mimo że nie wydawał mi się zły – wręcz przeciwnie – miły i czuły, ja zawsze jestem uprzedzona do ludzi... i nie zanosiło się na zmianę. No cóż, tak mnie ukształtował świat. Wbrew pozorom, obecność tego chłopaka wywoływała u mnie pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. W głębi serca byłam mu wdzięczna, że chociaż mogłam się tu znaleźć, ale jego zamiary wciąż stanowiły dla mnie zagadkę. Roześmieje się? Jakoś zakpi? A może myśląc tak, jestem kompletnie nie w porządku wobec niego? Mimo takiej zażartej gonitwy myśli, nie udało mi się wykrzesać ani słowa; jedynie wpatrywałam się raz w punkty na ścianach, a raz przelotnie w jego oczy. Czułam, że gdybym zatrzymała się na nich chwilę dłużej, całkiem by mnie pochłonęły i odebrały mowę, która obecnie też nie była jakaś zaawansowana.
 – Spokojnie, nikt cię tutaj nie skrzywdzi, na pewno nie kiedy ja tutaj jestem. – Uniósł kącik ust w niewyraźnym uśmiechu, na co moja brew delikatnie zaniosła się do góry, wyrażając niepewność przeplataną ze zdziwieniem. – Co się stało? Ktoś chciał ci zrobić krzywdę? – Zadał kolejne pytanie, a w zestawieniu z poprzednimi sprawił, że moja głowa ledwo nadążała za tą z nagła nadpływającą falą słów. Tymczasem chłopak kontynuował. – ...Wystraszyłaś mnie… – Odetchnąwszy cicho, siadł na podłodze, a ja wciąż niepokojąco drżałam przykryta przez liliowy, miły w dotyku koc. Muszę przyznać, że chyba wierzę w jego zamiary, choć miałam nieodparte wrażenie, że za sekundę ta sielanka się skończy, a to tylko sen. Bo w końcu jak często spotyka się... kogoś, kto tak toleruje innych? No bez jaj, on nawet ze mnie nie kpił, że wparowałam do jego apartamentu o godzinie drugiej, może trzeciej w nocy. Obchodziło go jedynie to, że potrzebuje pomocy... przynajmniej tak mi się zdawało. Dziwiło mnie to, a jednocześnie wprawiało w miłe zaskoczenie. Nie dziwcie mi się! Ja już dawno straciłam tytuł zbyt normalnej. Nie potrafię już odróżniać wroga od przyjaciela.
 W pewnym momencie zebrałam w sobie odwagę i przełamując barierę, pokręciłam głową. W okamgnieniu na twarzy chłopaka zakorzeniła się zastanawiająca mina, a gdy pochylił się w moim kierunku, ja odruchowo odsunęłam głowę o przynajmniej kilka centymetrów.
 – Nie jesteś zbyt rozmowna – zauważył chłopak, ale jego kąciki ust ani nie zadrżały. Natomiast swoim spojrzeniem niemal natychmiast sprawił, że musiałam odwrócić się i podjąć próbę zakrycia szerokiego rumieńca, który – na szczęście – był niezbyt widoczny w panującym półcieniu.
 – Prze-przepraszam... – wydukałam w końcu, a chłopak w odpowiedzi uniósł głowę do góry, jakby zaskoczony faktem, że właśnie przemówiłam. – Ktoś chyba robi sobie ze mnie żarty. – I wtedy poczułam się jak taki przegryw. Sama nie chciałam wierzyć w to, co mówię, bo brzmiało to strasznie absurdalnie... chcąc nie chcąc, moja twarz w tamtym momencie zalała się kolejną falą niechcianej purpury. Nie uniosłam głowy, dopóki powietrza nie wypełnił głos chłopaka.
 – Więc chodźmy to sprawdzić – oznajmił krótko, a ja automatycznie ruszyłam za nim, nie pozbywając się ani na chwilę nakrycia; wręcz przeciwnie, mocniej zacisnęłam je na swoim ciele. Podążając w ślad za chłopakiem, nie czułam już takiego lęku, gdy ponownie przekraczałam próg swojego apartamentu. Szczerze to ten incydent dawno wypadłby mi z głowy, gdyby czarnowłosy o tym nie wspomniał. Nie wiedziałam, na jakiej zasadzie to działa, ale... wolałam poznać jego imię. Oczywiście jak to ja – bałam się nawet o to zapytać. Może bardziej wstydziłam, niż bałam, lecz prawda jest taka, że nie mogłam znaleźć głębszego, sensownego powodu.
 – Cisza – skomentowałam pod nosem i byłam niemal pewna, że jego słuch nie jest aż tak wytrawny, by to usłyszeć. Mimo wszystko, to słowo idealnie oddawało stan sytuacji: w pomieszczeniu nie było ani jednego śladu, który wskazywałby na coś, co działo się może z dziesięć minut temu. I w tym momencie zwyczajnie poczułam się trochę zmieszana... nawiedziło mnie parę tysięcy myśli mówiących tylko o tym, że jestem wariatką, popadam w obłęd i tu nigdy nic się nie działo. Albo coś, co wybiegało naprzód: że chłopak, który mnie uratował pomyśli, że zmyślałam... To – spośród tylu koncepcji – martwiło mnie najbardziej, bo naprawdę nie chciałam zawieść swojego wybawcy.
 – Tu naprawdę coś było. – Gdy zaledwie wyszeptałam ostatnie człony zdania, powędrowałam za plecy chłopaka, doszukując się różnych dziwnych szczegółów właśnie z tamtej perspektywy. – N-nie jestem chora! – Nie planowałam tego powiedzieć, ale cóż... czując się w pewien sposób zagrożona, niemal wyrwałam to ze swojego wnętrza.
 I nagle chłopak zerwał się z miejsca, kierując głowę w stronę ściany. Na początku nie mogłam zorientować się, co wywołało tak gwałtowny ruch, ale nie minęło kolejne trzy sekundy, i dokładnie w tym miejscu, gdzie wskazał chłopak, rozległ się ten sam trzykrotny stukot. Już nie odczuwałam lęku. Nie, kiedy nie byłam sama. Szybko połączyłam fakty: czyżby czarnowłosy posiadał Arcanę, która przewiduje ruchy?
 – Najwyraźniej to twój sąsiad – oznajmił. Ostatnie, na co miałam ochotę, to odpowiadać na pytanie „dlaczego nie poszłaś sprawdzić, czy to nie ktoś mieszkający obok?”.
 – D-dziękuję – zaczęłam, odgarniając kilka kosmyków włosów z grzywki za ucho – jeśli coś takiego się powtórzy, to po prostu tam pójdę. – W tym momencie miałam zamiar podziękować jeszcze raz, ale wiedziałam, jak to dziwnie zabrzmi, dlatego w ostatniej chwili ugryzłam się w język.
 Nie prowadząc już żadnej dyskusji, chłopak delikatnie skinął głową, a na jego twarzy zauważyłam mały cień uśmiechu. Jakoś tak się stało, że ja również podniosłam kąciki ust, lecz z przyzwyczajenia mój wzrok nie zatrzymał się długo na jego ciele. Jeśli o tym mowa... najbardziej rzucało się w oczy to, że był o wiele wyższy. Nim zniknął za drzwiami, zatrzymałam go krótkim „stój”.
 – Dzięki za... koc. – Na początku kłóciłam się ze sobą, by nie powiedzieć „troskę”, ale ostatecznie wygrał koc. Po prostu uznałam, że to będzie bardziej stosowniejsze... poza tym to drugie brzmiałoby w moich ustach zapewne bardzo dziwnie. Kończąc podziękowania, delikatnie zdjęłam z siebie nakrycie i oddałam chłopakowi. Momentalnie przeszył mnie niemiły chłód; zaczęłam bowiem żałować, ze nie mam w rękach tego przyjemnego materiału. I czarnowłosego nie było już w pokoju, pożegnał się, a ja nie miałam nawet odwagi, by zapytać go o imię... a gdy to była jedyna okazja? Rozczulając się nad tym, stałam przez zamkniętymi drzwiami jeszcze jakieś dziesięć minut, aż zorientowałam się, że wokół mnie panuje kompletna cisza. Zero dziwnych, nadludzkich wyć, i korzystając z tych sprzyjających warunków, po prostu wróciłam do snu.
 *rano*
 Wstałam ogarnięta wielkim chaosem; znikąd rozlegał się denerwujący, wręcz pikający dźwięk, który wprowadzał mnie w stan nazwany „coś się dzieje, rozstrzelają nas”. Ogarnięcie tego było kwestią czasu, ponieważ z tego względu, iż byłam omegą, kiedyś mój trening musiał się rozpocząć. I dzisiaj dostałam cynka, że odbędzie się dokładnie za godzinę... no serio, nie mogą uprzedzić mnie wcześniej? Mój czas, który powinnam poświęcić na załatwienie typowych potrzeb, skróciłam kilkukrotnie i chyba dzięki temu wyszłam z apartamentu całkiem punktualnie. Dawno zdążyłam zapomnieć o wczorajszym incydencie albo po prostu inne myśli go przykryły; ogólnie tak bałam się, że nie zdążę na pierwsze spotkanie, że pozwoliłam sobie ominąć śniadanie i z marszu przejść do biegu. Gdy znajdowałam się zaledwie kilka metrów od wejścia na placówkę, usłyszałam nawoływanie. Trzech mężczyzn stało przy murku i wyglądali dokładnie tak samo, jak ci, którzy postanowili poprzedniego dnia gnębić czterdziestoletnią kobietę.
 – Podobała ci się wczorajsza noc, kwiatuszku? – Z jego gardła wydobył się szorstki, głęboki głos, który wywołał ciarki na mojej skórze. W okamgnieniu moja mina znacznie przygasła, i zapewne wyglądałam albo na wystraszoną, albo skrajnie wyczerpaną. Dowiedziałam się właśnie, kto był moim sąsiadem.
 Pozwoliłam sobie to zignorować, i bez zbytecznych ripost czy błyskotliwych odpowiedzi, po prostu poszłam w stronę placówki. I wtedy zatrzymałam się, ignorując przy okazji pozostałe uwagi tamtych osób. Jakaż zdziwiona byłam, gdy zobaczyłam podchodzącego z daleka wysokiego, czarnowłosego chłopaka. Wychodził prosto z tego miejsca, do którego potrzebowałam się dostać. To była ostatnia rzecz, jakiej mogłam się spodziewać. Chłopak ratujący mnie „z opresji” dosłownie poprzedniej nocy, a dzisiaj mam okazję spotkać go tutaj?

(Leo? U mnie też nie jest lepiej :v )

środa, 17 sierpnia 2016

Od Riruki - Do Leo

Kolejny dzień zapowiadał się dokładnie tak samo, jak inne. Dzisiaj tylko dostrzegłam małą różnicę w atmosferze na zewnątrz: naukowcy postanowili się pobawić i utworzyli z nieba pochmurną płytę szarości, która wskazywała tylko na kolejne sztuczne opady rzęsistego deszczu, jak gdyby małe kropelki osiadające na nowoczesnej szybie nie były wystarczające. Ech... to naprawdę potrafi zdołować... mogli wystawić za horyzont jakieś słońce, by chociaż minimalnie zmotywowało mnie do dzisiejszego dnia, jednak na próżno. Motywacja zresztą była rzeczą, której desperacko potrzebowałam, ale coraz rzadziej miałam szansę ją gościć w swojej przepełnionej dziwnymi pomysłami głowie. Oczywiście nigdy nie przejmowałam się jej brakami, tylko dzisiaj pokładałam nadzieję w tym, że zrobię dobre wrażenie na nadchodzących treningach. Wprawdzie nie wiem jeszcze, kiedy mam pierwszy, ale nie lubię myśleć na ostatnią chwilę. Ja i dobre pierwsze wrażenie? No chyba mówimy o innej osobie... biorąc pod uwagę to, jak bardzo zaawansowane są moje techniki. Po chwili udało mi się zerwać z łózka w całkiem dobrym tempie. Nie gonił mnie czas, więc wyszorowanie się, ubranie i ogarnięcie burzy roztrzepanych włosów wydawało się trwać w nieskończoność, dopóki nie wyszłam poza budynek. Spojrzawszy na zegarek: zorientowałam się, że mam jest godzina jedenasta. Nie wiedziałam, czy mam czuć się dyskryminowana będąc omegą, czyli kimś, kto nie wykształcił jeszcze w sobie umiejętności. Ale prawda jest taka, że nie za bardzo kręciły mnie te całe popisy swoimi atakami. Będę w przyszłości rozpoczynać naukę nie tylko z przymusu, ale ze świadomością, że wtedy będę mogła komuś pomóc czy obronić. Mimo że nigdy nie otrzymałam czegoś takiego od drugiej osoby, to nie umiałam inaczej zmotywować się do dzisiejszego dnia. Chwilę później nawiedziły mnie kolejne pesymistyczne myśli, które próbowały uświadomić mi, iż treningi to będzie kompletna porażka: bo albo mój trener okaże się idiotą, albo to ja nie będę umiała zrobić nic pożytecznego. Niby jedno z drugim się spaja, ale... gdybym miała dobrego nauczyciela to możliwe, że ta nauka będzie dla mnie przyjemniejsza. A może nawet sprawi, że się do czegoś zmotywuję. Tak właściwie to wiedziałam tylko jedną rzecz, której byłam pewna na sto procent: nie zmienię się i nie będę próbować. Mimo że zaakceptowanie tego, kim naprawdę jestem przychodzi mi z trudem – bo bywają momenty, w których nienawidzę siebie za to, że nie potrafię się sprzeciwić – to nie chciałabym być kimś innym.
   Przerywając swoje przemyślenia, zauważyłam mały sklepik, wprawdzie doskonale mi znany. Zawsze przychodziłam tam, by się nieco rozluźnić, bowiem pracowała tam pewna pani. Mogłam ją wziąć za swoją mamę; zawsze starała się mi pomóc, mimo że zawsze zapewniałam ją, że wszystko jest okej. Tak więc przypomniawszy sobie o tym, iż nie mam określonego celu, skręciłam uliczką.
   – Dzień dobry. – W tym momencie weszłam do budynku, od razu wpasowując się w przyjemną atmosferę. Nim oswoiłam się ze spokojem, ktoś go zakłócił. Kilkoro mężczyzn przeszło obok mnie szykując się do rozmowy z ekspedientką. To musiała być mała sprzeczka. Przez chwilę stałam jak wryta i obserwowałam; chciałam coś zrobić, ale nagle jakby pnącza przywiązały mnie do ziemi. Usłyszałam parę niemiłych słów, wyzwisk i jak mniemam chodziło o pieniądze, zważywszy na gestykulację każdej z osób. Wtedy niespodziewanie wyrwałam z siebie słowo:
   – Przepraszam?
   I zwróciłam na siebie całą uwagę.
   – Podsłuchiwałaś, mała? – Poczułam ten parszywy, paskudny wzrok na sobie i w jednej chwili pożałowałam, że próbowałam interweniować.
   – Skąd! – Pokręciłam głową nerwowo.
   – Jak to nie... byłaś zbyt blisko, jak mogłaś nie podsłuchiwać?
   – Dziewczyna wkrótce dostanie nauczkę, a teraz spadamy. – Zaczęłam oddychać, gdy tylko trójka mężczyzn oddaliła się ode mnie i wyszła drzwiami, taranując wszystko na swojej drodze. Wtedy nastała niepokojąca cisza.
   – Och, moja miła Riruka! – W ułamku sekundy zmieniła swoją minę: z przerażonej i przejętej 40-sto letniej kobiety do uśmiechniętej i cieszącej się życiem. Nie musiałam długo zastanawiać się nad tym, że ma jakieś problemy.
   – Coś się stało? – spytałam niepewnie, odruchowo oglądając się za potencjalnym zagrożeniem. Dookoła jednak nie znalazłam nikogo podejrzanego, oprócz kilku osób pijących kawę przy stolikach.
   – Nie, skąd! – Ten sam, fałszywy uśmiech. Nie od dziś wiem, że stara się ukrywać swoje problemy przed innymi. Co z tego, że wychodzą już one poza jej prywatny krąg.  – Gdzie się wybierasz? Może słodką bułeczkę na drogę?
   – Nie, dziękuję. – Postanowiłam się chwilę wstrzymać z zapytaniem jej o co chodzi, ale ostatecznie przez jej kolejne pytanie straciłam rytm i w jednym momencie spojrzałam na zegarek. Jeszcze ponad czterdzieści minut. – Wybieram się... obecnie nigdzie, ale kiedyś trzeba zacząć jakąś naukę. Nawet tu jestem bezużyteczna, więc ciekawe jak to wyglądało w zewnętrznym świecie – przyznałam, jednocześnie zastanawiając się nad drugą myślą.
   – Przestań tak mówić! – Szturchnęła mnie, i jak się tego spodziewałam, nie wywarło to na mnie żadnej reakcji. Długo myślałam nad tym, co ludzie mówią żeby mnie pocieszać, mimo że wcale tego nie potrzebuję. Ale podczas, gdy to robię, nigdy nie daję wyraźnych znaków, że w ogóle się tym przejmuję. Hmm... a co, gdybym nagle powiedziała sobie „nigdy nie pozwól dać komuś powód, że może cię zranić”. Zapewne te myśl przekształcałabym w postępowanie w przeciągu wielu lat, i tak naprawdę nigdy bym jej nie opanowała.
   Tej nocy przekręcałam się z boku na bok. Non stop coś nie pozwoliło mi oddać się głębokiemu snu. Słyszałam kilka regularnych stukotów następujących trzykrotnie po sobie, a między nimi występowało parę sekund niepokojącej pauzy. Za każdym razem, gdy to powracało, chowałam głowę w poduszkę z nadzieją, że to tylko ma miejsce w mojej – z lekka ześwirowanej – głowie. Robiłam tak, dopóki odgłosy się nie nasiliły; później zwyczajnie usiadłam skulona na łóżku i badawczo zerkałam wzrokiem w każdy ciemny kąt pokoju.
   I nagle kolejne gwałtowne dźwięki sprawiły, że moje ciało zerwało się do skoku na drugi koniec łóżka, tam, gdzie wtulone w poduszki mogło czuć się najbezpieczniej, zważywszy na okoliczności. Nie myślałam za dużo, bo to było oczywiste: albo ktoś mnie straszy i ma z tego niezły ubaw, albo w ośrodku nawiedza. Najwyraźniej mój obecny stan w geście ratunku oraz wybawienia od razu sięgnął po pierwszą opcję, która jednocześnie wtedy mnie uspokajała. W głębi umysłu snułam teorię, że to mogą być ci trzej faceci, którzy zaczepili mnie wczorajszego dnia, ale byłam zbyt roztrzęsiona, by móc dłużej o tym myśleć. Omackiem wyszukałam włącznik od lampki i bez namysłu go wcisnęłam, odreagowując na widok pochłanianego światłem mroku. Zauważyłam, że przy najmniejszym geście moje ciało drży, ujawniając na rękach bardzo dobrze widoczną gęsią skórkę. Miałam dość... cokolwiek się tu działo, skończyło się. Jeśli teraz zdołam ruszyć się z miejsca i sprawdzić, kto mi robi te świństwa za ścianą, to będę w stu procentach zadowolona. Kto głupi może straszyć ludzi o trzeciej w nocy...
   I z myślenia wyrwał mnie kolejny dźwięk: tym razem był to bliżej nieokreślony krzyk. Rzekłabym nawet, że niezidentyfikowany i z całą pewnością nienależący do żadnego z mieszkańców tej Ziemi. W chwili obecnej siły mnie opuściły i wybuchłam cichym jękiem, całkowicie zrywając się do biegu w stronę wyjścia. Pilnowałam swojego szlafroka, podczas gdy zsuwał się on z mojego wpół nagiego ciała, a nim zdołałam odliczyć parę sekund, już byłam na korytarzu. Desperacko pobiegłam do losowych drzwi, pukając cicho oraz szepcząc parę razy „pomóż mi”. Szybko jednak zorientowałam się, że jeśli chcę być w jakikolwiek sposób zauważona, to muszę trochę podnieść ton... niestety byłam taka przestraszona, że to okazało się silniejsze od mojego wewnętrznego, wstydliwego ducha. Ignorując na chwilę swój ubiór i incydent sprzed dosłownie minuty, czekałam z nadzieją, że ktoś otworzy mi drzwi o tej porze. Cóż, to było prawie niemożliwe, ale te myśli szybko się rozpłynęły, gdy zobaczyłam jak ktoś uchyla niepewnie drzwi. A już za moment miałam szansę zobaczyć zaspanego, młodego chłopaka, który przez swój kolor włosów niemal wtapiał się w panujący z tyłu mrok. Dopóki jego twarzy nie rozjaśniły fioletowe, ładne oczy, nie mogłam dobrze oszacować jego nastroju. Mistrzyni pierwszych wrażeń znowu pokazała, w czym jest dobra: pominąwszy już okoliczności spotkania... gapiłam się na niego dobry moment, aż w końcu zmusiłam gardło, by wypuściło z siebie parę słów. Zapewne gdyby nie ciemność, to dawno zażenowałabym się z powodu czerwonej twarzy. Zapewne jej nie dostrzegł, chyba że on widzi w całkowitej ciemni, to uznam to za pech. Cóż, nie byłam pewna, więc jedynym pozytywnym aspektem było to, że tylko ja czułam odbijające od niej ciepło. Zanikający fakt, że chłopak mnie nie widzi, dodawał mi nieco pewności siebie.
   – P-pomożesz mi?
   Postanowiłam mu wszystko wytłumaczyć, jeśli tylko pozwoli mi wejść...

(Leo?)