Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andree. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andree. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 października 2016

Od Andree - CD. Azusy

Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni poczułem tak wielkie zażenowanie. Śmiech tych ludzi ze spojrzeniami wbitymi z moją postać, wypełnione pogardą... nie mogłem sobie pozwolić na takie traktowanie. Byłem wściekły na Azusę, nie wiedziałem dlaczego zawsze starał się mnie ośmieszyć czy postawić się ponad.
Zanim zdążyłem pomyśleć o czymś więcej i po raz kolejny nerwowo uderzyć podeszwą buta o drewnianą podłogę, silny ból w klatce piersiowej rzucił moim ciałem na ścianę obok. Wziąłem głęboki wdech, próbując zrozumieć co się właśnie stało. Alvaro nie było już jakiś czas: przez chwilę przez myśl przeszło mi by sprawdzić czy alkohol zbytnio nie uderzył mu do głowy i nie zaliczył bliższego spotkania z porcelanowym tronem. Nie kryłem urazy, nie poszedłem tam tylko dlatego, by zrobić mu na złość i udawać, że jestem wystarczająco dojrzały, by poradzić sobie bez niego.
Nie mam pojęcia jak wiele czasu minęło, jednakże ciężko było mi uwierzyć, że zerkam na zegarek po raz dziesiąty w przeciągiu pięciu minut. Jako Theta posiadająca bliźniaka będącego nadal przy życiu, powinienem wykazać nieco więcej empatii, tak przynajmniej wpajali mi naukowcy. Jęknąłem zniechęcony i chcąc nie chcąc, wszedłem do toalety. O mało nie zemdlałem zastając nieprzytomnego Azusę na zimnej podłodze, opartego plecami o ścianę. Prawdę powiedziawszy do zamurowało mnie do tego stopnia, iż przez przynajmniej minutę stałem i gapiłem się w totalnym bezruchu. Później jakby ktoś zniósł ze mnie niewidzialne łańcuchy: ukucnąłem przed nim i szarpałem za ramiona starając się dobudzić przyjaciela. Zero reakcji – w sekundzie uświadomiłem sobie jak bardzo bezbronny jest w tej chwili. Zdałem sobie sprawę, że to mogłem być ja...
Mógłbym stworzyć robota, który wyniósłby stąd Garay’a na zewnątrz i bezpiecznie przetransportował na oddział medyczny. Bałem się jednak reakcji ludzi, nie chciałem zwracać niepotrzebnej uwagi tych napakowanych gości, którzy chcieli mnie mowiąc ładnie „udupić”. Nie wiem co nimi kierowało, by zrobić ze mną co zechcą, lecz zapewne było to spowodowane niecodziennym wyglądem.  A może właśnie mój pomysł wcale nie był najgorszy? Jeżeli zobaczą co potrafię, usuną się z drogi. Byłem niestety zbyt słaby, by unieść kogoś o głowę wyższego od siebie, dlatego musiałem zdać się na łaskę własnych umiejętności. Przywołałem żelazną maszynę, lewitującą lekko ponad ziemię, przyglądającej się i wyczekującej na rozkaz.
- Zabierz go ze sobą i podążaj za mną. Jeżeli ktoś odważy się ruszyć Azusę, strzelaj bez ostrzeżenia. – robot błyskawicznie wykonał polecenie, po czym opuściliśmy toaletę i ruszyliśmy w stronę wyjścia, jak gdyby nigdy nic.
Wcześniej wspomniani oprawcy wybałuszali oczy ze zdziwienia, a napotykając moje pełne mordu spojrzenie, prędko odwracali głowy. Potajemnie wskazałem palcem na lidera gangu, na co stworzona przeze mnie naszyna nacelowała jedno ze swych ramion i oddała celny strzał prosto w udo mężczyzny. Pocisk ten nie był wprawdzie prawdziwym pociskiem jakich używano do pistoletów, jednak stykając się ze skórą rozpadał się i paraliżował wszystkie mięśnie. Facet padł na ziemię, a wewnątrz pomieszczenia zapanował chaos. Doskonale wiedziałem jakie są konsekwencje mierzenia z broni do cywili nie posiadających Arcany, ale w tamtym momencie miałem to głęboko gdzieś. Azusa nie zawahałby się ani sekundy, jeżeli chodziłoby o moje życie – ja też nie chciałem się wahać.
[...]
Siedziałem zaraz obok niego na małym krzesełku, po raz chyba dwudziesty omiatając wzrokiem skąpany w bieli, niewielki pokoik medyczny, i zawsze kończąc na uśpionej twarzy chłopaka, którą lekko przykrywały kosmyki miętowych włosów. Nie wiem jak długo był nieprzytomny i jak wiele czasu spędziłem w owej pozycji: podejrzewam, że dobre cztery godziny. Przez ten czas nie wypiłem choćby kropli wody, nawet poproszony o jedną z kobiet z oddziału nie zgodziłem się, by opuścić pomieszczenie. Zdjąłem cylinder, co rzadko mi się zdarzało: czułem się dosłownie jak na pogrzebie, gdzie należy zdjąć nakrycie głowy. Było mi przykro i zarazem głupio, iż przez swój własny gniew oraz dumę nie zauważyłem kto tak naprawde w tym wszystkim jest jedyną osobą jaka się o mnie troszczy. Poczułem łzy wzbierające w kącikach oczu i coś w rodzaju wstydu: z nieposłuszeństwa zradzały się katastrofy i nieporozumienia.
Praktycznie zasypiałem na siedząco, kiedy czyjać dłoń słabo zaciskająca się na mojej własnej czym prędzej przegoniła uczucie zmęczenia. Rubinowe tęczówki przewiercały mnie na wylot, ale wzrok miał wciąż nieobecny. Przeczesał włosy palcami,  powoli unosząc się do pozycji siedzącej. Musieli wcześniej dać mu jakieś leki, by wypłukać to gówno z organizmu. Dopiero po paru minutach nieznośnego milczenia, zdołał wypowiedzieć logiczne zdanie:
- Popatrzcie kto zaszczycił mnie swą obecnością. – głos Thety nie wyrażał żadnej emocji poza żalem, a może nawet smutkiem – Mówiłem ci, że twoja duma kiedys zgubi nas obu. Jeżeli chcesz zginąć, rób to beze mnie, a i wtedy wszyscy się od ciebie odwrócą zanim zdążysz się zorientować.  
Nie odpowiedziałem od razu. W końcu nie wytrzymałem – byłem tak szczęśliwy, że nic mu się nie stało... Rzuciłem się w jego ramiona, prawie wywalając nas z materaca na podłogę i przy okazji mocząc łzami koszulę Alvaro. Nie przejmowałem się już tym, iż ktoś zobaczy jak płacze, zamiast tego schowałem twarz w jego piersi i mocno przytuliłem do siebie.
- Przepraszam... – wychlipiałem pomiędzy kolejnymi pociągnięcami nosem. – Ja nie chciałem...
Miał rację, byłem głupi, nie potrafiłem dostrzec faktu, że ktoś może kiedyś spróbować mnie krzywdzić w pozornie niewinny sposób. Poczułem jak gładzi mnie po włosach, lecz nie odezwał się słowem. Był zły, wiedziałem to aż za dobrze i miał do tego pełne prawo. Ale nie potrafiłem zapanować nad swoim usposobieniem panicza, przez co umykało mi tak wiele istotnych rzeczy np. fakt bronienia siebie nazwajem, a nie utrudnianie sobie życia.
- No już, nie rycz, Andrzej. – uspokoił mnie, tym samym odrywając od siebie, przez co ukazała mu się moja lekko zarumieniona twarz, mokra od łez. – Chyba nie chcesz, żeby ktoś cię zobaczył w takim stanie hmm? Przypominasz własnie słodkiego uke, którego ktoś wyruchał, a on i tak prosi o więcej i mocniej. – zdobył się na szarmancki uśmiech, ohoho, humor mu wrócił z tego co widzę.
- To nie jest śmieszne... – wyszeptałem, starając się jakoś ogarnąć – Naprawde się bałem, że już się nie obudzisz. Dobrze, że nie kazałeś mi tutaj gnić całą noc do tej chwili.  
- Już nie udawaj takiego zatroskanego, Księciuniu. – to powiedziawszy, powstał z zamiarem zrobienia kilku kroków, lecz zanim zdążył zrobić cokolwiek, traciłby górne jedynki, lądując na podłodze. Miał szczęście, że stałem obok i usłużyłem jako podpórka.
- Uważałem cię za kogoś odrobinę mądrzejszego... nawet małe dziecko wie, że nie powinno się wstawać od razu po czym takim. – powiedziałem z wyrzutem godnym matki robiącej awanturę nieodpowiedzialnemu synowi. – Zaczekaj tutaj, a ja przyniosę ci coś do jedzenia i ewentualnie biszkopty na przegryzkę, bo w przeciwnym wypadky ryzykuję ubabranie swojej ulubionej koszulki przez zawartość twojego żołądka. – nie spotkałem się z żadnym sprzeciwem, więc zabrałem leżący na szafce cylinder i wychodząc poprosiłem jedną z krzątających się na korytarzu kobiet o cokolwiek na zwilżenie gardła. Sam zresztą poczułem jak mój wysuszony, chropowaty język ociera się o równie suche podniebienie – zmienił mi się głos, przez co musiałem odkaszleć, ilekroć chciałem wydać z siebie jakiś dzięk nieprzypominający bulgotu starej ropuchy.
I wtedy ją zobaczyłem – kobieta o białej czuprynie i tym jakże znajomym, lodowatym spojrzeniu.
„Sora?” ~ przeszło mi przez myśl.
Zdołała zauważyć mnie równie szybko co ja ją. Na moim obliczu malowało się lekkie zdziwienie, kiedy okazało się, iż przyszła tutaj dowiedzieć się więcej o stanie mojego bliźniaka. Sprawiała przy tym wrażenie zupełnie obojętnej i tak też prawdopodobnie było naprawdę, ale co do tego nie miałem stuprocentowej pewności. Sora jako Sigma otrzymywała informację o tym co działo się poza granicami czy w obrębie ośrodka, nieważne czy dotyczyło to jednej, nieszczęsnej Arcany na pierwszym poziomie czy też Omicrona starającego się zburzyć pół miasta. W tym wszyskim brakowało mi już chyba tylko Enzo... kleił się do niej jak rzep, tak go przynajmniej zapamiętałem.
- Co tutaj robisz? – zapytałem w końcu, spotykając się jedynie z czystą ignoracją.
Ja też jej nie tolerowałem. Miałem jednak prawo dowiedzieć się co takiego łączy ją z Azusą.

<Sora lub Azusa? Nie mogłam się zdecydować xd>    


środa, 21 września 2016

[Team 2] Od Andree - CD Azusy

Nie wiedziałem czy jestem bardziej zaskoczony czy może zawiedziony postawą Azusy. Owszem, nasze charaktery różniły się diametralnie, ale nie przypuszczałem, że posunie się do czegoś takiego – znajdowaliśmy się na polu bitwy, jednakże moim zdaniem kazać Thetom walczyć między sobą było pozbawione sensu. Zawiódł się, bo obroniłem członka swojej drużyny... gdyby to był on, zrobiłbym to samo.
Enzo dowiedziawszy się o rodzaju mojej Arcany zdawał się nabrać nieco więcej szacunku – co nie zmienia faktu, iż irytował mnie w mniejszym stopniu (zresztą z wzajemnością). Patrzyłem jeszcze chwilę w stronę odchodzącego Teamu pierwszego, gdy niespodziewanie na horyzoncie pojawił się czwarty, wraz z młodą kobietą na czele. Nie potrafiłem jednoznacznie określić jej wieku, ale błękitne spojrzenie skierowane było wprost na mnie, jakimś cudem musiała wiedzieć kim jestem. Sam praktycznie niezauważalny uśmiech jaki pojawił się na jej twarzy sprowokował mnie do ataku.  Ścisnąłem dłonie w pięści, wyczuwając wbijające się w skórę pierścienie.
- Nie wyglądasz na kogoś kogo powinnam się obawiać. – powiedziała krótko, lecz zachowała pewien dystans. – A teraz pokaż mi co potrafisz. – zawołała i puściła się biegiem w kierunku budynków, skacząc z jednego na drugi.
Natychmiast podążyłem za nią, chociaż miałem świadomość, że długo tak nie pociągnę. Mogłem całkowicie skupić się na swoim przeciwniku podczas, gdy Enzo rywalizował z gościem z paskami na policzkach. Swoją drogą Kaito zniknął mi z pola widzenia już na samym początku, ale teraz musiałem zająć się Kapitanem innej drużyny i jak się domyślałem, była Sigmą – niezwykle przebiegłą zresztą.
- Zatrzymaj się wreszcie! – krzyknąłem władczym tonem jak to miałem w zwyczaju i tworząc w rękach pistolet, posyłałem naboje jeden za drugim w stronę budynku, starając się tym samym strącić białowłosą na ziemię.
Trafiając w strukturę budowli, pociski rozszczepiały się i wzniecały całe tłumany kurzu, a ogłuszający huk słyszalny był chyba z każdego zakątka Areny. Byłem prawie pewien, że usłyszał go również Azusa i teraz nawet nie raczy odwrócić głowy w stronę źródła hałasu. Myśl o tym nie pozwalała mi się skupić.
 W pewnym momencie dziewczyna zahwiała się na krawędzi, gdy fundament zaczął się niebezpiecznie kiwać. Moje oblicze wykrzywił grymas wygranej. Wycelowałem idealnie w jej nogę, chcąc tym samym uniemożliwić jej ucieczkę.
- Mam cię. – wyszeptałem i oddałem strzał.
Wtedy stało się coś bardzo dziwnego... moje oczy same zamknęły się pod wpływem światłości jaką ujrzały. W jednej sekundzie kobieta zamieniła się w diament, którego struktura silnie odbijała słoneczne promienie i raziła tak przeraźliwie, iż widziałem to nawet przez zaciśnięte powieki. Poczułem nagłe oszołomienie, ale minęło ono dosyć szybko. Ta jedna sekunda wystarczyła, aby cel moich pogodni po prostu zniknął. Rozglądnąłem się niespokojnie we wszystkich kierunkach, starając się uspokoić rozszalały oddech – moja kondycja pozostawiała wiele do życzenia, potrafiłem znieść duży wysiłek na krótki czas, po czym potrzebowałem dłuższego odpoczynku. Moich uczu dobiegł cichy szelest i pomimo zmęczenia w jednej sekundzie wytworzyłem katanę i przeciąłem w pół rośliny starające się opleść moje ciało. A więc taka jest cwana? Jeszcze zobaczymy...
- Nie doceniasz mnie, panienko. – wydyszałem, poprawiając ledwo trzymający się na głowie cylinder.
Katana zmieniła się w miecz, kiedy ostrze jej diamentowego oręża zetknęło się z moim, a siła uderzenia wytworzyła iskry  oraz niewielkie pęknięcia, które nieprzerwanie rekonstruowałem używając swoich umiejętności. Była szybka, ale w walcze na broń białą nie miałem sobie równych: wiedziałem pod jakim kątem i w jakim momencie uderzy we mnie, ręka sama balansowała we wszystkich możliwych kierunkach, opdychając kolejne ataki. Zdając sobie sprawę, iż w ten sposób nie wygra żadne z nas, niespodziewanie z ziemi zaczął unosić się dziwny dym, jakby trawa pod moimi stopami zaczęła intensywnie parować. Beta zniknęła, rozpływając się we mgle niczym duch.
Nie byłem w stanie ujrzeć Sigmy, ale coś podpowiadało mi, by wstrzymać oddech. Wyszeptałem ciche słowa, a ciało zmieniło strukturę na płynny metal, na który dziwne opary nie miały żadnego wpływu. Oddaliłem się czym prędzej od miejca ich zasięgu i wracając do dawnej postaci, gwałtownie odwróciłem głowę się do tyłu. Ostatnim co zobaczyłem okazała się sylwetka mojej przeciwniczki, szarżującej na mnie z nieludzką wręcz prędkością. Mógłbym przysiąc, że czułem jak ze strachu zwężają się moje źrenice, nie miałbym czasu zareagować i odeprzeć jej ataku. Dźwięk łomoczącego w piersi serce zagłuszył trzepot skrzydeł. To wszystko działo się w zwolnionym tempie, choć trwało dosłownie kilka sekund.
- Andree, uważaj! – Hamilton wzniósł się w powietrze, unikając ataku ze strony Lou i dzierżąc w rękach przydzieloną dla naszej drużyny broń, trafił idealnie w ramię dziewczyny, tym samym powalając ją na ziemię.  
Korzystając z chwilowego zamieszania, dosłownie wbiegłem w nią i powaliłem z powrotem na ziemię, kiedy próbowała się podnieść. Słowo „Sora” ze strony tygrysopodobnego chłopaka było ostatnim co udało mi się rozpoznać w tym całym chaosie.  A więc to tak miała na imię...
Stoczyliśmy się z niewielkiego pagórka na szczycie którego ulokowano dziwnie fundamenty. Wpadliśmy prosto do wody, przez co Sora natychmiast wciągnęła mnie pod nią, szukając źrodła oparcia. Dopiero, gdy udało mi się wyrwać i wypłynąć na powierzchnię, uświadomiłem sobie, że nie umie pływać. Z niewyjaśnionego powodu dryfowałem obok i po prostu patrzyłem jak się krztusi. Nie zamierzałem jej pomóc, z kamiennym wyrazem twarzy obserwowałem jak powoli przestaje się rzucać i znika pod taflą wody. Znowu ten krzyk... Zauważyłem plusk oraz rozszalałe spojrzenie żółtych ślepii chłopaka z przeciwnej drużyny – powietrze zastygło mi w płucach, kiedy oplótł moją szyję ogromną dłonią i stopniowo wzmacniał uścisk. Nie wyrywałem się, nie widziałem w tym sensu... zamiast tego podpłynął do swojej pani Kapitan i wyłowił ją, usadzając na barczystych ramionach. To był jego błąd, że stracił na chwilę czujność.
- Spróbuj się tylko ruszyć.. – zaśmiałem się ochryple i usadzając dłoń na jego nadgarstkach, wytworzyłem wokół nich grube kajdany z żelaznymi kulami na dole. - Albo wyprowadzisz całą naszą trójkę na brzeg, albo wszyscy razem pójdziemy na dno. Wybieraj.


<Sora, Satoru?>  

piątek, 16 września 2016

[Team 2] Od Andree - Do Kaito

Pierwszym co poczułem zaraz po przebudzeniu się ze stanu przypominającego sen były okropne zawroty głowy i rozmazany obraz. Zahwiałem się niebezpieczne, uprzednio mrugając kilkakrotnie, by odzyskać wzrok i ujrzeć miejsce, w którym się znajdowaliśmy. Ogromny gmach zawalającego się budynku rzucał rozległy cień na teren gdzie aktualnie się znajdowałem. Wygląda na to, że słońce zaczynało już zachodzić, a przynajmniej odniosiłem dziwne wrażenie, iż tutaj czas działa wolniej bądź całkiem się zatrzymał. Spojrzałem na swoje ubranie - niby wszystko w porządku, lecz to jak bardzo pomięta była moja nowa szata, obudziło we mnie nieznośny nawyk: zacząłem poprawiać włosy, cylinder, kołnierz i wszystko pokolei, będąc święcie przekonanym, że mój nieskazitelny ład właśnie został zakłócony. Z tego powodu nie zauważyłem jak podchodzi do mnie o wiele wyższy chłopak, po czym widząc mnie, zanosi się śmiechem.
- Już wystarczy, tak też wyglądasz dobrze. - poklepał mnie po ramieniu, niszcząc to co przed chwilą udało się poprawić.
Zdążyłem mu się przyglądnąć przez te parę krótkich sekund: szkarłatne ślepia i wręcz rażąco jasne włosy, a na twarzy wieczny, szarmancki uśmieszek. Przypominał mi takiego cwaniaczka albo osobnika za wszelką cenę starającego się być zabawnym w każdej sytuacji. Czym prędzej strzepnąłem jego zapewne brudną dłoń z siebie, przy okazji otrzepując owe miejsce z niewidzialnego kurzu.
- Widzę, że naukowcy lubią się nade mną pastwić, na przykład przysłali mi ciebie. - tym razem to ja wykrzywiłem usta w słabym uśmiechu - Zastanawiam się tylko gdzie wcięło mojego kompana. - to dodałem już ciszej, spojrzeniem zamiatając okolicę i wypatrując jakiegokolwiek człowieka na widocznym horyzoncie. Mimowolnie westchnąłem cicho, gdy dziwne uczucie ścisnęło moje serce.
- Co się dzieje? Gdzie... ja jestem? - słaby, nieznajomy głos zmusił naszą dwójkę do odwrócenia głów.
Zza ściany wyłoniła się chłopięca postać, a cień ją okalający nadawał śnieżnobiałym skrzydłom brudnej szarości. Przez chwilę odniosłem wrażenie, że mam zwidy i widzę anioła, ale potem zrozumiałem, że to tylko kolejny chłopaczek i co gorsza, należący do mojej drużyny.
- No dobra... jeżeli jest tutaj ktoś jeszcze to proszę powychodzić zewsząd, albowiem nie mamy na to całego dnia. Najlepiej ustawcie się w szeregu, żebym mógł was lepiej widzieć. - machnąłem niedbale ręką w kierunku nieznajomka numer jeden.
- No nie gadaj, że on będzie naszym kapitanem... - szepnął do Bożydara, który zdawał się nawet nie rozumieć jak i dlaczego się tutaj znajduje.
- Nie jestem głuchy. - podszedłem do niego, tykając palcem w pierś, pomijając to, że moje oczy znajdowały się na wysokości jego brody - Jak się nazywasz?
- Enzo Daquin. Ale co to ma do...
- Ja tu jestem od zadawania pytań. - mało mnie obchodziło co chciał powiedzieć, po prostu się odwróciłem, obracając pierścień na serdecznym palcu - Musicie wiedzieć, że to żadna zabawa i sprawa jest poważna. A ja jestem tutaj od tego, żeby was niańczyć i bronić przed czymś co wam się nawet nie śniło, tak więc ruszcie odbyt i skupcie się.
- Kaito Hamilton. - pan numer dwa jakby dopiero teraz oprzytomniał i przyglądając mi się, wyprostował się nieco, machnąwszy skrzydłami.
- Może ty też zdradzisz nam swoje imię, zamiast bezmyślnie dyktować kolejne rozkazy.
Coś czułem, że z Enzo w życiu się nie dogadam oraz miał okropnego pecha trafiając wlaśnie do tego Team'u. Już mu współczułem.
- Zwracajcie się do mnie po prostu Andree. Pytajcie, ale tylko, jeżeli będzie to śmiertlenie ważne, bo nie mam zamiaru niszczyć sobie głosu na zaspokajanie waszej ciekawości. A teraz lepiej ruszajmy, członkowie innych drużyn mogli zdążyć się już ocknąć. - stuknąłem utworzoną wcześniej metalową laską o jeden z kamieni, przez co wydała ona z siebie charakterystyczny dźwięk. - znajdźmy jakieś dogodne miejsce na obserwacje, a później pomyślimy nad kryjówką.
Mogli być wszędzie, a ja chociaż z natury byłem raczej oschły dla nowo poznanych osób, nie chciałem stracić żadnego ze swoich.  Zdążyłem się mniej więcej zorientować gdzie jesteśmy - stare, opuszczone miasto, trochę przypominające scenerie żywcem wyrwaną z filmach o zombie, z tą różnicą, że brakowało trupów.
- Proponuję iść w tamtą stronę. - Kai wskazał kierunek przeciwny co do tego jaki ustaliłem. Śmiał podważać moje zdanie? Nie tolerowałem tego...
- Dlaczego właśnie taklm? Co ci nie pasuje w tym?
- Wydaje mi się, że idąc tam gdzie mówię,  niemal napewno kogoś spoktamy. - mówiąc to nie patrzył na mnie, a błądził wzrokiem gdzieś w górze, jego źrenice poruszały się szybko i niespokojnie.
Zacząłem się obawiać, iż nie mam do czynienia z osobą do końca zdrową, jednakże gdzieś głęboko wewnątrz czułem, że może powinienem posłuchać. Ale jakim cudem... a zresztą.
- No dobra, niech stracę. Będzie nam się łatwiej pracowało, jeśli was trochę poznam, niekoniecznie od tej dobrej strony.
- Nareszcie zaczynasz gadać jak człowiek, być może nie jesteś takim gburem za jakiego cię miałem. – ta szczerość mnie dobiła, dziękuje ci Enzo. – W ogóle to widziałeś jakie cudeńka dla nas zostawili tam gdzie leżeliśmy? – mówiąc to pokazał mi całkiem ciekawy pistolet wręcz wysadzony diodkami i prawdopodobnie ze wskaźnikiem laserowym.
Nie zrobiło to na mnie wrażenia, ponieważ sam potrafiłem taki wytworzyć.
Bardziej zastanawiała mnie istotniejsza rzecz – ich Arcany i to jakie są. Zapytałem więc wprost czym mogą się pochwalić.
- Moja Arcana związana jest z wodą. Potrafię wytworzyć z niej broń i potężną falę, więc jak będzie cię suszyło po walce to zapraszam. Potrafię też leczyć. – gdy to powiedział, zwłaszcza ostatnią kwestię, kiwnąłem z uznaniem głową, po czym skierowałem wzrok na tajemniczego jegomościa, którego swoją drogą nie potrafiłem go rozgryźć. Po prostu stał i sprawiał wrażenie zagubionego. Nie miałem pojęcia co może w sobie kryć tak dziwna osoba.

- A ty, Kaito? Co ty potrafisz?

<Kaito, ziemia do Ciebie!>